czwartek, 8 lutego 2018

Żona głodna

cukierni - zwłaszcza w Tłusty Czwartek - możemy znaleźć różne rodzaje pączków - z różą, czekoladą, śmietaną, wreszcie z lukrem lub cukrem pudrem i takie z dziurką. W małżeństwie możemy znaleźć zaś różne rodzaje żon. Zołza, mamuśka, księżniczka, szpieg... W przyrodzie spotykamy też takie gatunki jak żona modna. Albo żona głodna. I właśnie ten ostatni - dość rzadki przypadek - wytropił Pan B. Biedak, wracając zadowolony z łowów nie mógł przypuszczać, że to najgorszy typ żony... Ba, nawet ja nie sądziłam, że taka jestem!

Pierwszy raz, w którym zorientowałam się do jakiego gatunku żon przynależę wydarzył się w bardzo niewinnych okolicznościach. To był sobotni poranek. Właśnie w takich okolicznościach mamy czas i chęci na wspólne śniadanie, które nie stanowi na chybcika przełknięta smutna kanapka ( czyt. czerstwy chleb pszenny z masłem i szynką z całą pewnością nie szwarcwaldzką). Stawiamy na stole całą zawartość lodówki, na którą zazwyczaj składają się: ugotowane na miękko jaja z majonezem, ser mozarella z pomidorkami koktajlowymi, dobrej jakości szynki, parówki, wszelkiego rodzaju warzywa i przyprawy. W takich okolicznościach nie trudno wyjść na żarłocznego osobnika płci żeńskiej. Jednak, gdy orientujesz się, że twój małżonek ma już serdecznie dość, a ty nie czujesz oporu przed posmarowaniem kolejnej kromki grubą ilością masła i włożeniem jej do ust, możesz przeczuwać, że coś jest na rzeczy. To może być PMS, tasiemiec, ciąża lub...  zwykły głód. Nienasycenie. Chrapka na coś więcej...

Jako że bez cienia wątpliwości mogłam wykluczyć trzy pierwsze pozycje, z lekkim grymasem na sumieniu zostałam przy ostatniej opcji. Postanowiłam sprawie przyjrzeć się bliżej. W końcu to mógł być pojedynczy przypadek! Chwilowy atak perwersyjnego obżarstwa. Mógł być... Szybko okazało się, że moje porcje nakładane na talerz przy różnego rodzaju okolicznościach bardzo często przekraczają to, co pochłaniał Pan B. A trzeba mu oddać, że jest z niego niezły zawodnik w jedzeniu! Koniec końców, gdy dziś do południa bilans zjedzonych pączków wyniósł 4:2 dla mnie, spojrzałam prawdzie w oczy. Weszłam do łazienki, zrzuciłam z siebie ubranie i ... Nie, nie postawiłam nogi na wadze! Spojrzałam w lustro i wyznałam na głos nagą prawdę - jestem żona głodna.





Gdy człowiek sam przed sobą staje w prawdzie dzieją się rzeczy dziwne. W moim przypadku powiedziałabym, że wręcz dobre. A raczej... pyszne! Zobaczyłam w byciu żoną głodną mnóstwo korzyści. Również dla Pana B. Wreszcie na ziemi jest facet, który nie musi się zastanawiać, co sprawić swojej kobiecie na każdą jedną okazję. Urodziny, Walentynki, Gwiazdka, Dzień Kobiet - może kupić jej cokolwiek! Wystarczy, że będzie to jadalne! Pralinki, kolacja w knajpce, tabliczka czekolady, deser w kawiarni, filiżanka gorącej czekolady w czekoladziarni. Żona głodna zawsze będzie szczęśliwa. Prawie

Cóż, ta historia nie kończy się na walentynkowej kolacji, w której on podaruje jej cukrowe majtki. Pączki tylko z pozoru wyglądają na łatwe do zrobienia. W rzeczywistości to jeden z najtrudniejszych i najbardziej skomplikowanych do wykonania smakołyków jaki zna sztuka cukiernicza. I podobnie jest z żoną głodną. De facto jej głód to coś więcej, niż ochota na pączki. Ona chce w ogóle więcej. Nie - nowych firanek, szpilek (chociaż też...), pierścionków z cyrkoniami, zagranicznych wyjazdów. Ona chce więcej czuć. Rozmawiać. Być. Poznawać. Chce by wchodzić głębiej. Nie tylko w łóżku... 

Biedny Pan B. 

Żadna kobieta nie jest dla mężczyzny łatwa w obsłudze. I podobno właśnie to najbardziej facetów w kobietach kręci. Oczywiście tych prawdziwych - którzy lubią wyzwania. Zaczęłam się zastanawiać czy aby mój wiecznie nienasycony apetyt nie jest jednak zbyt wysoko ustawioną poprzeczką. Który facet wytrzyma z kobietą, która wymaga od niego, by nie tylko poszedł z nią na film, ale też go omówił. Albo wysłuchał jej irracjonalnych lęków. Lub też przeanalizował relacje rodzinne dwa pokolenia wstecz. A już nie daj Boże, gdy czasem chce pogadać o Bogu i "tych" sprawach. Hm... Moje wyrzuty sumienia zaczynały być większe, niż te po zjedzeniu pięciu pączków ( w tym jeden z bitą śmietaną). I nagle zniknęły. Ach, gdyby też tak znikały kalorie pochłonięte z tamtymi pięcioma pączkami... 

Każdy lekarz o zdrowych zmysłach przyzna, że głód i apetyt to oznaka zdrowia! I tego się trzymajmy. Być może jako żona głodna czegoś więcej, niż tylko karmienia pustymi mnie komplementami i pieniędzmi, jestem nieco staromodnym i trudnym do okiełznania okazem, ale w gruncie rzeczy czyż relacja między mężczyzną i kobietą - zwłaszcza jeśli noszą te same złote pierścionki - nie jest też czymś więcej? Jeśli mamy ze sobą wytrzymać do końca życia to trzeba być ciągle siebie głodnym. W końcu każdego dnia stajemy się kimś nowym. Dojrzewamy. Zmieniamy się. I gdyby nie ten głód drugiego człowieka i bycia z nim w różnych momentach i sytuacjach nagle mogłoby się okazać, że... od lat żyjemy pod jednym dachem z kimś zupełnie obcym. A to już zakrawa na scenariusz niezłego thrillera, a nie apetycznego życia.

Tymczasem ja lubię smak słodki. Pewnie jutro przyjdzie mi głód na coś innego. Zwłaszcza po tak tłustym czwartku. A teraz już pora pójść do łóżka. Spalać nagromadzone dziś kalorie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Smakowało?