środa, 14 lutego 2018

Rozgrzej mnie!

Jest kilka prawd życiowych, których nie trzeba nikomu specjalnie wyjaśniać. Kobieta z PMS -em jest nieobliczalna. Wtorek jest po poniedziałku. Jogurt truskawkowy barwiony jest sokiem z buraka. Zimą jest zimno. A gorąca czekolada z chili świetnie rozgrzewa. Ale czy na tyle by rozgrzać porządnie kobietę? Cóż, gdy zima daje się we znaki potrzeba czegoś więcej! Zwłaszcza jeśli celem jest rozgrzanie kobiety do tego stopnia, by zechciała się rozebrać... ?


Ciało kobiety to coś, co wymaga wielu objaśnień. Bo rządzi się pewnymi prawami. Dla przykładu, wychładza się szybciej, niż to samcze. Ciało wychłodzone, nawet gdy sytuacja jest z pozoru gorąca - od pocałunków i innych pieszczot rodem z modnej powieści koloru szarego -  woli grzejniczek, termofor lub grube wełniane skarpetki. Dopiero, gdy krążenie wraca do koniuszków palców, jej wraca ochota na igraszki. Albo i nie. Ciało ciałem. Ale seks zaczyna od głowy. I wcale nie mam tu na myśli tego elementu ciała, który spoczywa na szyi.

Jeśli facet ma łeb na karku,  domyśli się, że nie wystarczy po prostu ściągnąć majtki i pomachać tym i owym. Cóż, być może na początku, owszem. Jeśli robi to jeszcze w niekonwencjonalny sposób. Żonglując jedną ręką. Lub coś w ten deseń. Ja osobiście zalecałabym jednak inne metody. Głównie oralne. Mówienie pewnych rzeczy, w rzeczy samej. Nie ma większego sensu, by je tu teraz przywoływać. Po pierwsze dlatego, że na każdą kobietę działa coś innego. Po wtóre, te same metody rozgrzania tej samej kobiety po pewnym czasie już nie skutkują... Smutne. Ale nikt nie obiecywał, że wzbudzanie pożądania będzie proste jak maczanie frytek w keczupie.

Z czasem jej spada ochota. A jemu chęć na wzbudzanie tej ochoty. Robi się chłodno. I nawet podwójne skarpetki już nie pomagają. Gdy w własnych czterech  ścianach nie umiesz zagrzać siebie, toteż i miejsca.  Trzeba się ruszyć w jego poszukiwaniu... na zewnątrz.  Nawet jeśli oznacza to wyjście i zmaganie się z wiatrem oraz minusową temperaturą. I w tym momencie ciało kobiety oraz mężczyzny stykają się. W przenośni, znaczy się. Oba rodzaje ciał mają bowiem to do siebie, że rozgrzewają się podczas ruchu. Najlepiej szybkiego i rytmicznego.

Szybki i rytmiczny ruch oznacza:
1) Robienie zakupów z udziałem przymierzania licznych par butów oraz ciuchów, a nawet bielizny... Mrr... 
2) Odśnieżanie śniegu... Grr...
3) Taniec na parkiecie... Hmm...
4) Albo...

Zdecydowałam się na pójście na trening. Być może na brazylijskie pośladki i kaloryferek jeszcze będę musiała zaczekać, ale oczekiwane przeze mnie efekty pojawiły się już po rozgrzewce. Pot ściekał po moich plecach i musiałam zdjąć bluzę. Było mi gorąco. I to wszystko bez udziału mężczyzny! Nasza trenerka potrafi zrobić wycisk! I ... zaskoczyć! Gdy po treningu wyciągnęła sernik i talerzyki, moje serce zabiło jeszcze mocniej, niż po wykonaniu serii pompek z gumą. Gdy obok ciasta stanęły dwie butelki pełne słodkich domowych i bardzo alkoholowych nalewek, wiedziałam, że ktoś tu wie jak dobrze podgrzać atmosferę. I to wszystko na wsi, w środku tygodnia! Jak tu nie kochać sportu? 






Inny rodzaj sportu uprawia się na basenie, inny na boisku, jeszcze inny w sypialni. Tego wieczora - po tak solidnej rozgrzewce - byłam w nastroju tylko do jednego! Padłam na łóżko jak zbyt wcześnie wyjęty z piekarnika biszkopt. Spać! Cóż, jak już wspominałam, rozgrzanie do czerwoności mięśni nie konieczne oznacza, że kobieta zagrzana jest do robienia wszystkiego innego. Zwłaszcza, że gimnastyka łóżkowa, częściej zwana seksem, również wymaga wysiłku ciała. A, byłabym przeoczyła - wymaga też obecności dwóch ciał. W moim łóżku byłam tylko ja. Pan B. nadal biegał za piłką. I dobrze. Bo facet spocony od biegania to apetyczny facet.

A jednak między nami zrobiło się naprawdę chłodno. Wręcz mroźno. Albo i lodowato. Bo pojechaliśmy na weekend w góry. Wbrew pogodzie, która nie zachęcała do wyjścia z domu. Wbrew nawałowi pracy, który czekał na dokończenie spraw. Zamiast szczytować, zaliczaliśmy chodzenie po dolinach. Zasypanych białym puchem. I Krupówkach. Pełnych topniejącego śniegu. Gorąco zrobiło się jednak dopiero w chochołowskich termach. I właśnie wtedy, z śniegiem na włosach i czubku nosa oraz ciałem zanurzonym w bulgoczącej wodzie doszło do mnie coś ważnego. 

Kobiety nie da się podgrzać jak wody w termach. Na już. I na stałe. Bo z kobiecym libido jest raczej jak z śniegiem - pojawia się w odpowiednich warunkach, ale też i wtedy może szybko zniknąć. Bez obaw, nie topi się od tak. Facet musi się postarać, by ostudzić kobietę. Co może w tym kierunku uczynić? Zbyt intensywnie rozglądać się za innymi. Za to, jeśli na basenie pośród setek obnażonych ciał obdarzonych bardzo dorodnymi piersiami i bardzo długimi nogami, on nadal intensywnie wpatruje się w te jedne nie nogi ani cycki, lecz - jej temperatura wzrasta gwałtownie w górę. I to nie gorączka. A gorąca ochota na to, o czym teraz myślicie. 






Można na kobietę nasłać Ryana Goslinga. Zrobić jej masaż. Upić ją. Kupić seksowną bieliznę, w której więcej sznurków, niż bielizny. Można podać afrodyzjaki na tacy. A tak naprawdę, by porządnie ją rozgrzać  trzeba zrobić właściwie tylko jedno - dać jej odczuć, że jest najseksowniejszą istotą na świecie. Że dostrzega w niej kobietę i wzbudza w nim pożądanie nawet w dresie, chorobie i gdy ma tego cholernego PMSa ( o ile nie gryzie...). Że jest ważniejsza, niż praca, kumple, mecz w telewizji, a i najważniejsze - że jej przyjemność jest istotniejsza, niż jego zaspokojenie. Żeby nie było, że nie ostrzegałam - tak potraktowana kobieta może na długo nie wypuścić mężczyzny z łóżka. Ale cóż sensowniejszego jest do robienia właśnie dziś, w Walentynki?


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Smakowało?