sobota, 3 lutego 2018

Ale odlot!

Styczeń to ciężki czas. Nie dość, że powietrze ciężkie jest od smogu. To jeszcze pod koniec miesiąca sercu człowieka ciąży myśl, że noworoczne postanowienia już stały się częścią niezrealizowanego planu na ten rok... Jakby tego było mało, obarczają nas grube swetry, kurtki, buty, poświąteczne resztki zalegające w nas postaci mięciutkiego tłuszczyku...  Ach, gdyby wszystkie ciężary dało się zrzucić jak kilogramy na siłowni... A może jeśli nie da się ich zrzucić to chociażby... porzucić? Chociażby na chwilę? 


Jak pomyślałam, tak zrobiłam. Postanowiłam wziąć 4 dniowy urlop od pracy, pisania, gotowania, sprzątania i męża. Och, cóż za ulga. Zrobiło się tak lekko, że niemal fizycznie poczułam jak unoszę się w powietrzu. W rzeczy samej - byłam w powietrzu! Ściśle rzecz ujmując, w samolocie zmierzającym do Włoch.

Mimo lekkiego poślizgu czasowego, udało mi się na niego zdążyć! I to bez uprawiania improwizowanego sprintu na przełaj lotniska. Dlatego zdziwiło mnie, że wsiadając na pokład, mam lekką zadyszkę. Zwłaszcza zaś, że miałam jedynie mały bagaż podręczny, którego większą zawartość stanowiły zbożowe batoniki z czekoladą, ciepłe skarpetki (?!) i najróżniejsze błyszczyki do ust. Czyżbym dźwigała coś jeszcze? Ach, tak! Byłabym zapomniała -  gdzieś głęboko pod kurtką ukryło się poczucie winy, że uciekam bez stosownego pożegnania z Panem B. Ciążyły mi też wyrzuty sumienia, że zostawiam kilka niedokończonych spraw. I garnek z resztkami po wczorajszym obiedzie... Zabawne. Dopiero, gdy człowiek ma oderwać się od ziemi, widzi jak wiele rzeczy ściąga go w dół. Mimo to samolot wystartował. I bez trudu poszybował w wysoko w górę. Tak robią samoloty. Resztki zaś lecą w dół - do kosza na śmieci. I to samo powinno stać się z moim poczucie winy. 

Zapewne nigdy nie dowiem się czy to utajony strach przed śmiercią w przestworzach. Czy lektura ogłupiających kolorowych magazynów czy też silny zapach rumu (?!) unoszący się w samolocie, ale resztki obciążających mnie myśli uleciały gdzieś w siną dal. Poczułam się naprawdę odlotowo. Przestało mnie nawet przerażać, że zupełnie nie mam pojęcia gdzie powinnam skierować moje stopy po przylocie na lotnisko. Nie mogłam też wiedzieć, że dopiero po lądowaniu zacznie się prawdziwy odlot

Jednych kręci moda. Inni przeżywają uniesienia podczas oglądania meczu piłki nożnej. Jeszcze inni mają dreszcze na widok dziewiczego modelu samochodu wyjeżdżającego z salonu. Ja zaś totalnie odlatuję na widok słodkości. Cóż, prócz tego, że uwielbiam je zjadać, interesuje mnie wszystko wokół nich. Historia, produkcja, skład i inne takie. Być może to wyjaśnia dlaczego jestem dziennikarką magazynu cukierniczego. I prawdopodobnie też to wyjaśnia dlaczego tak ogromny zachwyt wzbudziło miejsce, w którym znalazłam się kolejnego dnia po przylocie do Włoch.






SIGEP powie wam tyle, co nic. Ale gdy napiszę największe na świecie targi branży cukierniczej, lodziarskiej, kawowej i czekoladowej, zaręczam, że serce wielu zabije nieco mocniej. I szybciej. Mam rację? Tyle w teorii. W praktyce - łażenie z rozdziawionymi oczyma od stoiska do stoiska pełnego najróżniejszych smaków, rodzajów i kolorów lodów. I wszelkich innych słodkości. Nie mniej rozdziawioną miałam i buzię. Nie tylko z zachwytu. Ale z wygody. Z otwartymi ustami łatwiej mi było co chwilę degustować kolejne pyszności. Czarne lody waniliowe z sosem imbirowym, kremowe lody czekoladowe na bazie wody,  potrójnie pistacjowe, nakładane przez inteligentnego robota lody w kształcie batonów, cake popsów i w pączku! Wreszcie lody latające w powietrzu... Jak widać w takim klimacie nawet lody mogą odlecieć.... Gdy do wafelka wrzuca je żonglujący nimi clown. 


W takim klimacie przede wszystkim czas leci okrutnie szybko. Nim zdążyłam spróbować wszystkich rodzajów gelato trzeba było pakować się z powrotem. Poczułam ogromny niedosyt i żal. De facto, mój głód dopiero się obudził! Jednak nazajutrz, gdy bezduszna machina, zwana budzikiem zerwała mnie na nogi coś po piątej i zeszłam na śniadanie, ledwo mogłam co przełknąć... Zrozumiałam, że to nie był głód jedzenia. Ani słodkości. Ale... ludzi. Zanim wrzucicie mnie do jednego worka z Hanibalem Lecterem, proszę o chwilkę na wyjaśnienie.

W drodze na lotnisko, udając że śpię, myślałam o tym, co tak naprawdę sprawiło, iż czułam się aż tak odlotowo. Uświadomiłam sobie, to nie dzięki dziesiątkom rodzajów czekoladowych lodów. A właśnie ludziom. Cóż, niekoniecznie dzięki tym dziesiątkom tysiący przybyszów ze wszystkich zakątków globu, którzy odwiedzili Rimini. Ale garstce nieznajomych osób, z którymi przyszło mi  być przez te cztery dni. A właściwie to dzięki temu jak się z nimi czułam. Trzeba mi było odlecieć aż 1489 km dalej od domu  by przypomniało mi się, że zawsze byłam duszą towarzystwa. Że to całkiem interesujące, że piszę o lodach. I że mam niezwykłą otwartość na ludzi. To dopiero odlot - poczuć się tak wyjątkową osobą!

Samolot odleciał. A mnie znowu zaczęło ściągać w dół... Moje myśli zaczęły odlatywać w kierunku pozostawionego na kuchennym blacie garnka z resztkami, który z całą pewnością zaczął już żyć własnym życiem... I tryliarda innych czekających mnie po powrocie obowiązków. Czy właśnie przez nie nie czujemy się na co dzień odlotowo? A może... Może jestem otoczona niewłaściwymi ludźmi? Lub też w ogóle za mało otaczam się ludźmi? Przyjmuję na siebie zbyt wiele obowiązków. I przejmuję się zbyt wieloma pierdołami. A może to ja sama pozwoliłam ulecieć gdzieś daleko temu, dzięki czemu jestem właśnie sobą?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Smakowało?