czwartek, 4 stycznia 2018

Tort pełen cudów

Gwiazdka to cudowny czas! Tym bardziej żal, że tak szybko się kończy... Nie zdążyłam strawić ostatniego kawałka sernika przykrytego grubą warstwą gorzkiej czekolady, a tu już trzeba chłodzić szampana... Bo kończą się nie tylko Święta, ale i cały rok! Co tam szampan... Trzeba zrobić tort! Przecież to nie byle okazja! Bez względu na to czy ten rok okazał się robaczywką czy też przyniósł słodkie owoce, trzeba upiec coś wyjątkowego! Oficjalnie ogłaszam więc koniec świątecznego zbijania bąków - won do kuchni! 

Tort to nie bułka z masłem. Dosłownie i w przenośni. Trzeba upiec biszkopty, a to samo w sobie nie jest kaszką z mlekiem. Znów - dosłownie i w przenośni. Pół biedy, jeśli ktoś jest szczęśliwym posiadaczem wolno biegających kur, które akurat nie mają focha albo urlopu od składania jaj. Bez jaj - dosłownie i w przenośni - zrobimy pozostałe elementy tortu, takie jak syrop, masy śmietanowe, konfiturę, ganache, polewę. Wygląda jak sporo pracy. I dobrze! Skoro kończy się rok, długie godziny w kuchni pozwolą na jego sumienne podsumowanie.

więc to był... dobry rok! Bynajmniej nie dlatego, że jak keks bakaliami napełniony był samymi słodkimi zdarzeniami... Owszem, dość nabity był, ale raczej ciężką pracą. Mnóstwem pracy. Rachunkami za upierdliwie psujące się auto. ZUS-em. Anginami. Wilkami w ludzkiej skórze. Dalszym ciągiem docierania się z mężem. Hm... W zasadzie to cud, że jeszcze się nie pozabijaliśmy! Cóż, być może ten kolejny rok przyniesie jakiś bardziej konkretny  cud! Taki z prawdziwego zdarzenia! Wiecie, taki, o którym można bez żenady napisać na blogu. Albo nawet książkę. Ale czy takie cuda jeszcze się zdarzają? Dawno, dawno temu to były dopiero cuda! Bóg, na przykład, rodził się w postaci bobasa! A dziś ... ?

Dziś też rodzą się, ale zwyczajne bobasy. W tym roku w mojej rodzinie znowu ich przybyło. Jeden z nich, płci żeńskiej, o wdzięcznym imieniu Tamara, został nawet oficjalnym prezentem pod choinkę, przychodząc na świat drugie dnia świąt Bożego Narodzenia. To się nazywa wyczucie czasu! Ja zaś postanowiłam mieć wyczucie smaku i postanowiłam podarować coś słodkiego świeżo upieczonym rodzicom. Świeżo upieczony tort sylwestrowy wydawał mi się najbardziej słusznym rozwiązaniem. Ba!




Zapewne wyjdę na osobę o niezdrowym przeroście ego, ale muszę powiedzieć, że ten tort wyszedł znakomicie! Biszkopt wyrósł i nie zapadł się ani na milimetr. Krem nie zważył się. Dekoracja nie odpadła. Cud? Raczej lata praktyki i włożone serce. Cud miał się dopiero wydarzyć. I to nim na sylwestrowym niebie rozbłysły fajerwerki. Obyło się też bez gwiazdy. I anioła, który by go zwiastował. Zdarzył się we wsi obok. W domu mojego brata i jego żony. Na wysłużonej kanapie, nie w żłóbku, pojawiło się tam małe kwilące zawiniątko. Ich własny bobas. Już drugi z resztą! Ten pierwszy, czyli 2-letni łobuz, również płci żeńskiej, przyglądał się przez chwilę w ciszy swojej nowej siostrze. I nie pozwolił by ta cisza trwała zbyt długo. Dziewczynka podeszła bliżej zawiniątka i powiedziała jedno przejmujące słowo: 

Wow!   

Stałam z boku nieruchomo, pozwalając tylko by pojedyncza łza spłynęła po moim policzku. Wszystko było w tej scenie wzruszające jak spotkania Kate i Jacka na Titanicu. I tylko bzyczenie jakiejś wstrętnej muchy  lub burczenie w brzuchu mogło to zmącić. Ale przecież jest środek zimy i much nie ma. Podobnie jak burczenia w przejedzonych po Świętach brzuchach. Ale 2-letni łobuz nie mógł znieść tej ciszy. Rozległ się wrzask. O wszystko i o nic. Idealny obrazek znikł i pojawiła się codzienność, która miała naznaczyć kolejne miesiące  (albo raczej lata...) życia mojego brata i jego żony. A jednak właśnie wtedy, nie w niezmąconej ciszy, ale chaosie i wrzasku zobaczyłam, że stał się cud. I wciąż się dzieje... 

Cud to dziecko. Ale przecież ono nie tylko leży, ale też wierzga kończynami, ząbkuje, robi kupy, bez wyrzutów sumienia budzi wszystkich w nocy i czasem - nie mniej bezpardonowo - zafajda komuś odświętne ubranie. Bo mu się ulało... Cuda nie wcale cudowne. To nie tylko wzruszające obrazki. Fajerwerki. Nagłe uzdrowienia. Tęcze z garnkiem złota. Wyznane po latach miłości. Bez podatkowe spadki. Bezzmarszczkowe czoło. Idealna niezmącona cisza i spokój. Idealna niezmącona cisza i spokój to raczej... śmierć.
 A przecież dziecko to życie! A życie to... tort

?! 

Spokojnie... To nie bąbelki pośpiesznie wypitego szampana. To nie bełkot, a prawda! Tort to król wszystkich wypieków. Zachwyca smakiem. Wyglądem. Ale trzeba się mocno namęczyć by to się stało... Trzeba czasu. Doświadczenia. Wiedzy. Sprzętu. I ubrudzenia się. I ot tak właśnie powstaje tort pełen cudów! Bo cudami, którymi jest wypełniony nie są tylko owoce, musy, galaretki, chrupki i inne dodatki, ale przede wszystkim  nasze chęci i serce. Hm... A czy przypadkiem i życie w ten sposób nie staje się cudem?

Po tamtym dniu wykreśliłam owo niefortunne zdanie w moim dzienniku. To nie był dobry rok. To był cudowny rok. Bo choć trudny i wcale nie idealny, to jednak pełen cudów! Co więcej mam pewność, że ten właśnie się rozpoczynający będzie równie cudowny. Bo nie oczekuję od losu fajerwerków. Ale w dłoni trzymam zwykłe sztuczne ognie z poczuciem, że dzieje się coś niezwykłego. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Smakowało?