czwartek, 28 grudnia 2017

Tradycja święta. I nieco śnięta.

Zupa rybna. Makówki. Moczka. Kasza manna z masłem i cynamonem. Kapusta z grzybami. Śledzie.  Kompot z suszu. No i karp. Ten smażony i w galarecie. Ma się rozumieć.  Nie wyobrażam sobie innego menu na Wigilię. Nie dlatego, że wymienione dania należą do moich ulubionych i żebym wznosiła się na wyżyny doznań kulinarnych wyciągając kolejne rybie ości. Lub też pozując do rodzinnego zdjęcia z makiem między zębami. Jestem po prostu nieuleczalną zwolenniczką tradycji


Należy dodać, że nie jestem jednak w tym wszystkim sztywna jak ten karp w galarecie. W końcu niektóre tradycje umierają śmiercią naturalną. Inne pojawiają się niespodziewanie jak pierwsza gwiazdka na niebie. W końcu z jednych wyrastamy. Jak na przykładam z wiary w to, że to małe Dzieciątko przynosi te wielkie prezenty. Inne kontynuujemy jak ubieranie choinki. Jeszcze inne przejmujemy wraz z nazwiskiem po mężu. Jak barszczyk z uszkami pękającymi od grzybów.






Najfajniejsze są jednak te tradycje, które są właściwe tylko jednej rodzinie. Albo osobie. Te, które sami tworzymy w czterech ścianach własnych domów. Albo serc. Kompletnie nie pamiętam z dzieciństwa tego, co znajdowałam pod choinką. Ale do dziś mam wyraźnie w pamięci to, co robiłam tuż przed Wigilią. Szliśmy z tatą na spacer. Długi spacer po głębokim lesie. Wracaliśmy już po zmroku ( co nie było wielkim wyczynem, przy tym, że w grudniu zmrok zapada już po godzinie 14.00). Z nosami czerwonymi jak u Rudolfa, butami pełnymi śniegu. I pustymi brzuchami. To był jeden z celów, który założyli sobie rodzice wymyślając tradycję wigilijnych spacerów. Ale nie jedyny. W założeniu, podczas nieobecności 4 niesfornych dzieci, mama wreszcie miała czas na spakowanie wszystkich prezentów i tajemne przetransportowanie ich pod choinkę. A przede wszystkim ogarnięcie chaosu, który mimowolnie wytwarzaliśmy swoim istnieniem.

Z czasem dorobiliśmy się dowodów osobistych. Powyjeżdżaliśmy na studia. Zdobyliśmy dyplomy. Potem też mężów. Żony. Dzieci. Zmarszczki. I tradycja stała się lekko śnięta. Co nie znaczy od razu martwa! W tym roku postanowiłam ją nieco reanimować. I poszliśmy z mężem do lasu. W błocie, nie w śniegu. I raczej wczesnym rankiem, niż po zmroku. I nie trzymając się za ręce. Bo mieliśmy w nich herbatę z konfiturą malinową oraz prądem. Cóż, jak wiadomo przy reanimacji prąd jest nieodzowny. Z resztą cel spaceru był zgoła inny, niż ten przed laty. Prócz tego, że chciałam reanimować rodzinną tradycję, to chciałam też reanimować moje małżeństwo. Konkretnie - wskrzesić dobrą w nim atmosferę. Wiem, wiem - zmartwychwstaniom bliżej jest do Wielkanocy. Ale cuda zdarzają się w każde święta.  Bo to tkwi w ich naturze jak rodzynki w serniku.

Zdarzyło się, że poprztykaliśmy się dzień przed Wigilią! Kto to widział!? Czy można popełnić gorsze wykroczenie?! Oh... Szkoda klikania na klawiaturze by opisać powód kłótni. Szkoda było tym bardziej czasu na myślenie o tym. Trzeba było działać szybko! Nie było chwili do stracenia. Ale... Czy nie lepiej byłoby pogodzić się  wieczorem przy łamaniu się opłatkiem? Byłoby jak w staromodnej powieści. Albo całując się namiętnie o północy pod jemiołą? Byłoby jak w amerykańskim filmie. Być może. Ja jednak chciałam by było jak w przekazanej mi tradycji. Mówi ona, że jak wygląda wigilijny dzień, tak też będzie wyglądać cały nadchodzący rok. Nie mogłam więc tego skiepścić. 

W ciszy lasu umilkły też nasze spory. Uff... Jeden punkt odhaczony. A co z całą resztą?  Moja osobista lista rzeczy do zrobienia w Wigilię była znacznie dłuższa, niż lista do wigilijnego menu, bo też nie chciałam, by cały kolejny rok sprowadzałam się do gotowania i pieczenia (choć w zasadzie to wcale nie taki głupi pomysł)... Zaraz po powrocie do domu zabrałam się za pakowanie prezentów. Zgodnie z moją własną tradycją dodałam do prezentów coś własnoręcznie robionego. W tym roku była to mieszanka do robienia gorącej czekolady z piankami. Lukrowanie keksa. Co też zajęło chwilę, bo oprócz tradycyjnego lukru przygotowałam też polewę z białej czekolady barwionej na różne kolory. Cóż, jedni mają bulion rybny, inni barszcz, jeszcze inni zupę grzybową, a ja do wszystkiego dodaję czekolady.

 I w końcu przyszedł czas na... odpoczywanie! Tak - w przyszłym roku to powinien być jeden z ważniejszych elementów mojej rozpiski dnia. I pisanie bloga. Miałam zamiar piać co najmniej pół dnia. Potem już tylko zdążyć chociaż z jednym krótkim wpisem. Tylko, że... na niebie pojawiła się pierwsza gwiazdka! Pora zasiadać do kolacji. Skandal! A może tak zabiorę ze sobą laptopa do stołu i uświęcę go stawiając między śledziami, a kapustą? Taka nowa świecka tradycja. I jakaś taka śmierdząca, jak zdechła ryba... 

Być może nie napisałam ani pół wpisu na bloga. Ale zdążyłam uratować najważniejszą z tradycji - zasiadłam do kolacji z najbliższymi. Bez laptopa! Bo w sumie - skoro obchodzimy tradycję świętowania narodzin Boga jako człowieka - to w tym wszystkim musi najważniejszy być drugi człowiek. I - niezgodnie z tradycją - publikuję wigilijny wpis grubo po Wigilii. A na koniec podzielę się z Wami moją własną tradycją i połamię się z Wami wirtualnie... opłatkiem? Raczej kawałkiem czegoś słodkiego! A najlepiej czekoladą. Wesołych po Świętach! 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Smakowało?