czwartek, 21 grudnia 2017

Popierniczony czas

Zawsze miałam ambicję coś po sobie światu zostawić! Nie kufer pieniędzy lub innych kosztowności. Ani też nie długi do spłacania moim potomkom... Coś... specjalnego! Niematerialnego. Jakąś ponadczasową mądrość, która będzie nieść nadzieję, krzepić serca i porywać do działania...

Niestety urodziłam się długo stulecia po tym jak w prawieniu takich mądrości uprzedził mnie Mickiewicz, Tołstoj, Goethe. Dziś znacznie trudniej być wieszczem. Nie tylko dlatego, że wszystkie wiekopomne sentencje już zostały powiedziane. Ale też dlatego, że żyjemy w popierniczonych czasach. Mikrofon i kanapę w telewizji (czyt. głos) nader często oddaje się tym, którzy nawet jeśli mieliby coś do powiedzenia nie umieją się wysłowić w naszym ojczystym języku. 

Cóż, nie pozostało mi nic innego jak poczekać na lepszy czas. Ten dla ludzkości. I dla mnie. Prawda jest taka, że w chwili obecnej nie mam czasu nie tylko na posegregowanie skarpetek, regulację brwi oraz wymianę żarówki w samochodzie. Ale też na terminowe oddanie książek do biblioteki (!), kupienie prezentów (!!), jedzenie (!!!). A co dopiero mówić o prawieniu mądrości... Jedyną z resztą, która mi przychodzi do głowy to, że grudzień to naprawdę popierniczony czas. Kto to wymyślił, by w jednym miesiącu były Mikołajki, Święta, urodziny męża i Sylwester! Być może, gdyby nie trzeba było pracować to wtedy miałoby to ręce i nogi... Ale przecież trzeba jakoś zarobić na te wszystkie prezenty i ucztowanie!

Na szczęście ktoś też wymyślił Black Friday! Nie zrażona wizją PRL-owsko długich kolejek ruszyłam na polowanie do sklepów. To czego nie zrobiły kolejki, zrobiły jednak przeceny, których w zasadzie nie było... By nie wyjść sama przed sobą na starego piernika, który zamiast mądrości narzeka i sączy gorzki jad, postanowiłam kupić foremki do wykrawania pierniczków. Co prawda, mam już nimi wypchaną całą szufladę. Ale zawsze w komplecie znajdzie się jakiś nowy rodzynek, którego w tej szufladzie brakuje. O! I już humor poprawiony!

Po powrocie do domu ruszyłam w te pędy do kuchni. Nie robić pierniczki. Ani też obiad. Rozpakować zakupy i przegryźć kawałek suchego rogalika z masłem orzechowym. Jak już wspomniałam, grudzień to wyjątkowo popierniczony czas. Podczas, gdy człowiek winien wykrawać, lukrować i zjadać pierniczki, ewentualnie mleć mak lub też całować się namiętnie pod jemiołą, pracuje. Pracuje. I pracuje. A byłabym zapomniała - pracuje!

Mówi się trudno i... pracuje się dalej. A pierniczki chowa do... szuflady? Cóż, jak również wspomniałam ta jest wyjątkowo zapchana. Nie znalazłszy w niej ani tyci miejsca by upchać nowy nabytek włożyłam całą zapakowaną w folię blaszkę z plastikowymi foremkami do piekarnika. Ryzykowny krok? Cóż, przecież mój mąż i tak nie wie jak odpalić piekarnik! A ja będę pamiętać o nich. 

Jakiś tydzień później wreszcie nadszedł ten czas! Pierniczki?! Nie, w końcu wygospodarowałam czas na bycie przyzwoitą gospodynią domową i ugotowanie prawdziwego obiadu! Kurczak pieczony w piekarniku! Od samego wypowiadania tego w myślach czułam się dumna! Załączyłam piekarnik na 180℃. Przedtem jednak wyjęłam z niego wszystkie blachy. Nie wiem jak Perfekcyjna Pani Rozenek (też Majdan), ale Martha Stewart byłaby ze mnie dumna!





Po jakimś kwadransie zaczęłam jednak mieć dziwne przeczucie, że zarówno Martha jak i Rozenkowa nie byłyby wcale takie dumne jak mi się wydawało... Dziwne przeczucie nie było z resztą bezpodstawne. Z mojego piekarnika dobywał się niepokojący zapach. Konkretnie zaś - paskudny smród palonego plastiku. Hmm... Przecież kupiłam prawdziwego kurczaka! Ba, nawet nie zdążyłam włożyć go do pieca! I wtedy nagle moja pamięć wróciła do dnia, w którym kupiłam blaszkę owiniętą folią z plastikowymi foremkami w środku. Teraz w środku piekarnika one właśnie się smażyły, a w moim środku się gotowało. Co ja najlepszego.... 

?!?!

Z plastikowych foremek powstała futurystyczna rzeźba, która wyrażała mniej więcej to, co czułam w tamtym momencie. Jak mogłam zapomnieć o wyjęciu tej jednej blaszki?! Czyżby dopadała mnie forma wczesnej demencji? Zatem stary piernik ze mnie... Eh... Nie! Przecież to przez nadmiar pracy. Niskie/wysokie (niepotrzebne skreślić) ciśnienie. Rozmarzenie się przy śpiewaniu "Last Christmas". Na pocieszenie została mi góra foremek leniwie czekająca w szufladzie. I jeszcze jedno - życiowa mądrość do przekazania potomnym! Teraz z całą powagą mogę zostawić coś światu od siebie.

"Pamiętajcie - nigdy, ale to nigdy nie wkładajcie nic plastikowego do piekarnika!"

Być może nie brzmi to zbyt dostojnie ani ambitnie. Ale na dostojne i ambitne sentencje jeszcze przyjdzie czas, gdy naprawdę stanę się starym piernikiem. Póki co mogę odetchnąć z ulgą - skoro zdarzają mi się takie rzeczy to niezawodny znak, że nadal jestem po prostu sobą! A jeśli potrafię się z tego śmiać do rozpuku, to niezawodny znak, że do starego piernika mi jeszcze daleko!

***

Przepis na pierniki rodu Skwara

Składniki:
(na dużo - czyt. 4 blachy - pierniczków)
1 kg mąki
1 kostka margaryny (lub masła... w zasadzie powinno być masło, ale podaję zgodnie z rodzinną recepturą...)
1 mały słoiczek miodu (wielokwiatowy lub lipowy)
1 słoik dżemu porzeczkowego
3 jaja i 2 żółtka
4 łyżki oleju roślinnego
5 łyżek kakao
2 łyżki kawy
2 łyżki proszku do pieczenia
1 łyżka skórki startej z cytryny
Łyżeczka: zmielonych goździków, kardamonu, cynamonu, gałki muszkatołowej; szczypta soli, anyżu, imbiru oraz pieprzu. Albo po prostu gotowa przyprawa do piernika!

Mąkę wymieszać z pozostałymi suchymi składnikami. W oddzielnej misce roztrzepać jaja, dodać miód i olej. Wymieszać z dżemem. Wlać do mąki. Dodać miękką margarynę w małych kawałkach. Ugniatać. Ciasto powinno być miękkie, dość tłuste. Nie kleić się do rąk.

W przeciwieństwie do lukru. Ten to powinien kleić się do pierników, choć lubi też do łyżek, stołu, palców i... wszystkiego.

Składniki:
(na sporo lukru)

2 białka jaja
500 g cukru pudru
Łyżka soku z cytryny

Białka wybić do moździerza (dużego!), wsypać cukier i ucierać tak długo, aż powstanie puszysty, lepki lukier. Na koniec można nieco rozrzedzić, dodając sok z cytryny.

Pierniki piec ok. 10-15 minut w temp 200℃

A teraz, naprawdę i zaprawdę, dość tego pierniczenia na blogu, pora pierniki robić!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Smakowało?