poniedziałek, 11 grudnia 2017

Biznesłuman

Jeśli ktoś kiedyś powiedział mi, że zostanę właścicielką firmy złapałabym się za dwa boki, rozdziawiła usta i roześmiała do rozpuku. Właścicielką chomika? Owszem. Męża. Niech będzie i to. Szafki wypełnionej setkami czekolady? No pewnie! Samochodu. U la la! Ale że... firmy? Przecież jedyne co mnie łączy z business to namiętne granie w Monopoly w pewne ferie zimowe. Znacznie więcej we mnie tego woman. M.in.  upodobanie nie do zarabiania, a wydawania pieniędzy. Na książki. Jedzenie. Ciuchy. Jedzenie. Czekoladę (tak wiem, że to również jedzenie, ale jakże jego ważna podkategoria!). Bilety do kina. Jedzenie. Bibeloty do domu. Jedzenie. Skarpetki z reniferami.





A jednak. Jeśli książę Harry się zaręczył, a w telewizji śniadaniowej promuje się plastikową kobietę o ustach tak napompowanych, że trzeba siedzieć daleko od monitora w obawie, że zaraz wybuchną, to wszystko jest możliwe. Wszystko. Na przykład... 


Zwolnienie się z etatu z dnia na dzień. Pozyskanie dotacji w jeden miesiąc. Wydanie 17 tysięcy złotych w jeden dzień. Tak mniej więcej zostałam właścicielką firmy (!). Ale jeszcze nie businesswoman. Businesswoman nie staje się w jeden dzień! Phi, nawet nie w jeden miesiąc! Przecież to wymaga wielu zmian. Zarówno psychicznych jak też fizycznych.

Niewiele wiem o istocie takiej jak businesswoman, bo moja mama od od zawsze cieszyła się karierą pełnoetatowej i usatysfakcjonowanej kury domowej. Podobnie jak 90% kobiet w mojej rodzinie. Niemniej jednak jakieś dziwny głos z tyłu głowy podpowiadał mi, że kobieta biznesu nosi się schludnie i elegancko. By wdać się w szczegóły - gustuje w dobrze skrojonych marynarkach i lakierkowanych szpilkach. W ogóle we wszystkich szpilkach. Jej włosy wyglądają tak jakby właśnie wyszła od fryzjera. Pardon, z ateliere fryzjerskiego. Tyle o wyglądzie. Przecież businesswoman to nie szafiarka, ani celebrytka, ani inna perfekcyjna Gosia (eks)Rozenek-Majdan. 

Bardziej od pary dobranych szczewików i - byłabym zapomniała - czerwonych ust liczy się charakter. A jeśli już jesteśmy przy czerwonych ustach, te doskonale ten charakter wyrażają. Twarda babka, to mało powiedziane. Businesswoman kroczy śmiało do przodu, nawet jak w oczy ciśnie jej wiatr. Łapie go w żagle. Albo używa go do rozwiania włosów. Lub też własnych wątpliwości. Bo jest przedsiębiorcza. Ot, co.

A może są też inne businesswoman? Takie, które noszą trampki, zamiast teczki z dokumentami i nie znają odpowiedzi na wszystkie pytania Przecież nie można wszystkich wrzucać do jednego wora. A propos worka. Ten jest ważniejszy, niźli ciuchy (a w przypadku businesswoman należałoby użyć słowa garderoba) oraz osobowość i styl bycia. Worek jest symbolem tego, co niejako konstytuuje naszą bohaterkę. Pieniędzy. Zysku. Udanych interesów. Bo o to w prowadzeniu własnego biznesu chodzi! Jeśli więc po nocach lub stojąc w kolejce po karpia zastanawiacie się co robi businesswoman, w przerwach między jedzeniem lunchu, a brunchu, a także w przerwach pomiędzy kupowaniem akcji na giełdzie, a monitorowaniem konkurencji i obmyślaniem chytrego planu jak ją zgładzić, to mam na to odpowiedź. Liczy.  Liczy na siebie. Na zyski. I liczy te zyski. Ot, co. 

Sto jeden, sto dwa, sto trzy... Jak widzicie ja też liczę. W końcu jestem businesswoman! Jestem? Hm... Zamiast biurka mam kuchenny blat. Zamiast Maca mam garnek. Zamiast garsonki piżamę. No i najważniejsze - zamiast pieniędzy liczę... czekolady. Tamtego pamiętnego wieczora, a właściwie nocy, przy przetapianiu bezwstydnej ilości gorzkiej czekolady, uświadomiłam sobie gorzką prawdę. Nigdy nie będę prawdziwą businesswoman... Pracując z czekoladą, a co gorsza dziećmi, nigdy nie będę wyglądać schludnie. Zwłaszcza zaś pracując z 600 dziećmi jednego dnia. Tak, przyjęłam tak szalone wyzwanie. Tymczasem, szaleństwo to również słowo, które nigdy nawet nie stało obok pojęcia biznes. Biznes jest przemyślany, poukładany, przekalkulowany. Biznes is biznes. A nie lepienie z masy cukrowej nosów dla renifera. 



Licząc kolejne kawałki czerwonej masy cukrowej zrozumiałam jedno - przeliczyłam się z swoimi siłami.... Albo inaczej - nie zaplanowałam pracy tak jak należy. Dochodziły późne godziny nocne, a ja uciemiężona nie tyle odpakowywaniem kolejnych sreberek, co wizją, iż jakiemuś smarkaczowi zabraknie na moich warsztatach masy do wykonania trufli czekoladowej, topiłam czekolady więcej i więcej... Niestety, coraz bardziej topniał też mój zapał do tego wszystkiego. Ale wtedy właśnie mnie olśniło! Skoro nie jestem żadną businesswoman, nie muszę liczyć tylko na siebie! Mam wokół mnóstwo chętnych rąk do pracy, które nie zostawią mnie na pastwę 600 głodnych słodkości uczestników warsztatów. 

Co więcej, skoro już wszem i wobec wiadomo, że żadna ze mnie businesswoman, nie muszę udawać, że wszystko jest ok, gdy świat mi się wali. Ba, mogę sobie pozwolić na porażkę, zupełnie tak jak w starych dobrych czasach, kiedy prosperowałam po prostu do bycia człowiekiem. 

Ufff...

Na szczęście w takich okolicznościach też wszystko może się udać! Warsztaty robienia czekoladowych reniferów i bałwanów dla 600 dzieci wyszły wspaniale! A ja nie wyszłam na bałwana! Być może nie wyszłam też z workiem pieniędzy, ale zdobyłam coś drogocennego! Nie, nie (tylko) doświadczenie, satysfakcję, uśmiech dziecka... Otrzymałam czekoladowego Mikołaja w sreberku. Takiego zwyczajnego, z pierwszego lepszego supermarketu. Pewna pani podeszła do mnie, gdy po warsztatach zostały już tylko ciemnobrązowe plamy i papierki  walające się po podłodze i podarowała mi go, mówiąc: Proszę, pani sobie zasłużyła. Bo pani jest dla nas prawdziwym św. Mikołajem. 

Wow. Fajnie jest być św. Mikołajem! Rozparła mnie duma. To chyba nawet lepsza forma istnienia, niż bycie businesswoman. Ale... Ale chyba jeszcze lepsze jest być po prostu człowiekiem. Tak jak ta pani, która pośród ciemnobrązowych plam i walających się po podłodze papierków zauważyła mnie. I moje ogromne zmęczenie. 

To był ważny moment mojej biznesowej kariery. Bo przypomniałam sobie, że przecież tylko mam firmę. Nie jestem firmą. A chcę być człowiekiem.  I w tej sferze odnosić największe sukcesy. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Smakowało?