wtorek, 21 listopada 2017

Ta Druga

Nie trzeba było na nią długo czekać. Pojawiła się znienacka. Wraz z chłodem, który wdarł się do naszych trzewi, mieszkania i małżeństwa... Jesień? Nie - Ta Druga. I - żeby było zabawniej - to już jej drugi raz (!). Zawsze zjawia się mniej więcej o tej samej porze  w listopadową noc. Nie pytając o zgodę. Nagle tworzy między mną a moim mężem dystans. Przyglądam się temu milcząco, pytając sama siebie, gdzie leży granica, którą Ta Druga nie może przekroczyć?


Nie wiem czemu większość mi znajomych osób, gdy ma mówić o zazdrości robi mniej więcej taki wyraz twarzy jakby miało zjeść żywą żabę. Degustacja, niesmak, a nawet  odraza ze sporą domieszką nie mniej żywego przerażenia. Bo jak to tak?! Kobieta, która pyta mężczyznę (swego, a nie pierwszego lepszego Janusza) z kim rozmawiał przez telefon jest wścibską zołzą. A ta, która strzela focha, bo ten idzie na mecz z kumplami zamiast do obiecanego kina z nią i popcornem pod pachą, jest zaborczym babsztylem. Jeszcze gorzej jest, gdy kobieta kręci nosem na myśl o jego wyjeździe integracyjnym. Takie to powinno palić się na stosie. Bo toż to zwykła herezja by odczuwać zazdrość.

Żyjemy czasach, w których przyszło nam dawać sobie wolność polegającą na robieniu przez żonę kanapki z podwójną szynką, serem i majonezem mężczyźnie z obrączką na placu, który sam wybiera się do nocnego klubu, by  po ciężkim dniu się rozerwać samemu na parkiecie. Ups! Przecież na parkiecie w nocnym klubie rzadko bywa się samemu. Jest tam za to mnóstwo innych kobiet... Przecież on z nimi nie pójdzie do łóżka! Popatrzy tylko. Ewentualnie tanio poflirtuje. Tak dla sportu. Przecież...

Przecież trzeba dać sobie wolność. Przestrzeń. Przecież na tym polega zaufanie! Mężczyzna obdarowany takim zaufaniem, będzie czuł do niewiasty szczególny rodzaj przywiązania wynikający z tego, że ta nie traktuje go jak psa uwiązanego na niewidzialnym kagańcu. Jeśli więc twój mężczyzna po raz któryś wieczór spędza z konsolą w ręku - nie waż się mówić, że jesteś zazdrosna. Albo też przyłapiesz go na sms-owym droczeniu się z koleżanką z pracy - niech ci język uschnie zanim go upomnisz. Twój wybranek serca bardziej słucha rad swojej mamy, niż twoich mądrości - niech przez myśl ci nie przejdzie zwrócenie mu uwagi!  Nigdy nie waż okazywać mu, że czujesz zazdrość o cokolwiek. I kogokolwiek. Toż to słabość. Tymczasem ty jesteś kobietą niezależną, która daje wolność i sama jest wolna. Czy jakoś tak... Tylko czemu w takim razie nie wolno mi czuć tego, co czuję? Mówić tego, co myślę? Reagować tak jak chcę?

Czyżby taka wolność odbierała mi swobodę bycia... człowiekiem? 

Postawmy trzykropek ... I wróćmy do zamierzchłych czasów, z których z pewnością pochodzę. Innymi słowy do początków mojej znajomości z Panem B., dalej zwanym moim mężem.


Zdjęcie: Katarzyna Myślińska Photography



Pamiętam, gdy po raz pierwszy poczułam lekko wbijającą się we mnie szpilkę zazdrości o Tę Drugą. To było w jego samochodzie. I to ważny szczegół, bo to właśnie jego samochód posiada opcję łączenia się z telefonem i odbierania połączeń przez zestaw głośnomówiący. Dzięki temu usłyszałam jak jakaś zupełnie nieznana mi kobieta zwraca się do mojego ptysia per... kochanie!  To był cholernie ważny moment. I uczucie. Gwałtowna fala czystej zazdrości. To właśnie wtedy, w tym jednym momencie zaczęłam być pewna, że Pan B. zagości w moim życiu na nieco dłużej, niż zajmuje zjedzenie jednej tabliczki czekolady. Oczywiście, po szybkim wyjaśnieniu mi tego, iż jego znajoma do niemal każdej istoty ludzkiej, z którą rozmawia zwraca się właśnie per kochanie. Nagle Pan B. zaczął być kimś ważniejszym, niż jeszcze 5 minut temu. Bo to był pierwszy mężczyzna, o którego poczułam się naprawdę zazdrosna! To była zasadnicza różnica w stosunku do wszystkich innych absztyfikantów, z którymi randkowałam do tej pory.

Bo wszyscy tamci absztyfikanci nie byli dla mnie tak ważni i wyjątkowi jak Pan B. I nie wiedziałabym o tym nigdy, gdyby właśnie nie zazdrość.

Jesteśmy zazdrośni o to, co jest cenne. I przez to chcemy mieć to coś na wyłączność. Lub kogoś. Chcemy tworzyć z kimś coś, co nie powtórzy się z nikim innym. I chronić to. Czy jest w tym coś złego? Zło czyha w chińskich zupkach instant i tam je zostawmy. 

Dlaczego więc nie odczuwam zazdrości w mojej obecnej sytuacji?! Cóż, bo to wszystko moja wina... To ja pozwoliłam na to, by ta druga weszła do naszego mieszkania i nas rozdzieliła.  Ba - chciałam tego! Być może jesteśmy małżeństwem o nazbyt krótkim stażu, by takie rzeczy miały miejsce, ale... Fakty są takie, że od jakiegoś czasu w naszej sypialni znów rozpanoszył się chłód. Byłam pewna, że jeśli Ta Druga się pojawi zrobi się jakoś tak... cieplej. Może nawet gorąco!  I - choć Pan B. kręci nadal nosem - Ta Druga zostanie z nami aż do późnej wiosny. Bo to dobry pomysł, nawet jeśli mój małżonek zacznie ją obściskiwać i przytulać tuż za moimi plecami. 

Ta Druga to bowiem puchata i mięciutka kołdra. Jedna wystarcza tylko latem, a wręcz bywa zbędna. Drugą wyciągam z szafy, gdy tylko temperatura za oknem spadnie do zera. Ta druga kołdra to jedyna Ta Druga, która  może dzielić nasze małżeńskie łoże. I jedyny obiekt westchnień, który może zaistnieć w życiu mojego męża. O Jennifer Lopez i czekoladę nie jestem zazdrosna, bo sama uważam, że są do schrupania! 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Smakowało?