środa, 1 listopada 2017

Jej ważność, Pani Śmierć

Śmierć. Brzmi poważnie. Wywołuje dreszcze. Zupełnie jak sformułowanie "niezapowiedziana kartkówka" wypowiedziane przez nauczycielkę fizyki w VI klasie podstawówki. Nikt się jej nie spodziewał, lecz każdy przeczuwał jej istnienie... I w końcu nadeszła. Przerażała tak bardzo, że nie pozostało nic innego jak zacząć się... śmiać. Wymyślić nowe imię dla wrednej pani nauczycielki. Podrasować kilka zasłyszanych anegdotek na jej temat. Koniecznie narysować jej nowy portret. Koniecznie bez zębów. Za to z wielkim wąsem.


Kupa śmiechu! I tak oto już żadna niezapowiedziana kartkówka - choćby i z wzorów - nie będzie straszna. Raczej strasznie śmieszna. 

A gdyby tak... A gdyby tak to samo zrobić z śmiercią? Doprawić jej kilka zabawnych dodatków. Przebrać ją za całkiem sympatyczną postać. Tak by można wreszcie przestać się nią trwożyć. Ba, nawet spróbować się z nią zaprzyjaźnić. Polubić.

Nie lubię Halloween. Zamiast drążyć dynię i wkładać weń lampion, wolę ją przerobić na zupę lub muffinki i włożyć je do ust. Ale w pewien sposób rozumiem to "święto". Jest niczym innym jak czysto ludzkim aktem drążenia tematu śmierci. I próbą wdrożenia w życie planu oswojenia się z śmiercią.  I w tym miejscu raz jeszcze powtórzę - to dążenie tak uniwersalne jak słabość człowieka do czekolady. Być może Halloween to wynalazek na wskroś amerykański. Ale podejść do oswojenia się z tematem śmierci było już tak wiele,  jak przepisów na smakołyki z udziałem dyni. 

Zabawki, ciuchy, reklamy.... Filmy, bajki, legendy... Przysłowia, nawet piosenki i opowieści dziwnej treści powtarzane przez kolejne pokolenia babć. Wreszcie - liryka, epika i dramat - wszystkie te środki sprawiły, że dziś częstokroć śmierć zostaje odarta z swej dramaturgii. Tylko czy słusznie? Czy przez to, że umiemy śmiercią się bawić, z niej śmiać i iść ramię w ramię jak z dobrym kumplem na kolejkę krwawej Mary, tak de facto rozumiemy ją lepiej?





Otoczona upiornie uśmiechającymi się do mnie dyniami, zdjęciami poprzebieranych celebrytów, którzy tradycyjny botoks zamienili tym razem na make up w stylu gore oraz filmikami na Facebooku instruującymi jak zrobić deser, który będzie wyglądał jak ludzkie wnętrzności nie miałam w swoim wnętrzu ani grama więcej odwagi do stanięcia z tematem śmierci. Nie na ekranie telewizora. Nie na halloweenowym party. Nie w rozmowie. Ale twarzą w twarz.

Choćbyśmy nie wiem jak bardzo się starali i wysilali, nic nie poradzimy na to, że gdy śmierć zjawi się w progu naszego domu na nowo czujemy złowrogie mrowienie, które nam mówi, że do naszych drzwi wcale nie puka przyjaciel. Choćbyśmy nie wiem jak bardzo się starali i wysilali, nic nie poradzimy na to, że gdy śmierć zabiera nam kogoś bliskiego łzy wylewają się obficie z oczu, jak z ust słowa żalu, niezgody i grozy...

Gdy tamtego wieczoru  wróciłam spocona z aerobiku i wdrapując się resztkami sił po schodach mojego mieszkania, zobaczyłam wędrującą w moją stronę sylwetkę mamy, wiedziałam, że za chwilę usłyszę z jej ust najgorsze z wieści... Mimo wszystko zupełnie nie byłam na nie przygotowana. Poczułam się jak wtedy, gdy pani nauczycielka obwieszczała, że trzeba wyciągnąć karteczki. Tyle, że sto razy gorzej... Dostając jedynkę z niezapowiedzianej kartkówki płakałam - najwyżej - pół minuty. Teraz, szlochałam na podłodze 3 godziny. A potem zaczęłyśmy z mamą rozmawiać. Zadawać pytania. Wyrzucać emocje. Modlić się. 

A może ze śmiercią jest jak z tą nauczycielką? Może ona po prostu chce nas czegoś nauczyć? Czy przez to jest fajna? Ani trochę. Tak jak moja nauczycielka fizyki nigdy nie stała się moją idolką ani psiapsiółką. Bo to nie jej rola. 

A więc jaki jest ten sens śmierci? A skąd, u licha, mam to wiedzieć! Boleśnie przeżyłam już śmierć kilku bliskich mi osób. Boleśnie też doświadczyłam roli nauczycielki. Ale jedno tylko wiem - im dłużej żyję, tym mniej wiem. Nie żebym siebie stawiała na jednej szali z niejakim Sokratesem, ale co do tego jednego mamy to samo zdanie... Nie będę więc udawać mądralińskiej i powiem zupełnie szczerze - nie mam pojęcia czemu Ktoś to wszystko tak wymyślił... 

Tamtego wieczora, gdy wszystko wydawało się bez sensu, czarne i ciężkie  - wbrew wszelkim obawom - poszłam spać jak zwykle. Może dlatego, że zakończyłyśmy naszą rozmowę z mamą wspólną herbatą z lipy? A może dlatego, że w tej ciszy, chlipiąc jedynie gorący napar rozumiałyśmy, że nie musimy na siłę szukać rozwiązania. Odpowiedzi. Wytłumaczenia. Logiki. Poczułam ulgę...

Śmierć po prostu jest. Była i będzie zawsze taka sama. 
Straszna. Smutna. Trudna. Niesprawiedliwa.
I ważna. Bo czasem tylko w obliczu tego, że życie umiera potrafimy docenić to, że życie jest.  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Smakowało?