sobota, 28 października 2017

Wiejskie legendy i jeden fakt


C
zarna wołga porywająca małe dzieci. BMW uprowadzające studentów. A właściwie ich nerki. Czakram wawelski, czyli miejsce mocy... Miejskie legendy. Istnieje ich tak wiele i są tak barwne, by nie powiedzieć przekoloryzowane, że nic dziwnego, iż w końcu musiało powstać specjalne miejsce na ich regularne spisywanie. Tak mniej więcej powstał brukowiec o nazwie - nomen omen - Fakt.  


Fakt faktem, że nie było by ani tej - przepraszam za użyte wyrażenie - gazety, gdyby nie było popytu na jej treści. Jedni ludzie lubią karmić się czekoladą, inni plotkami, pogłoskami, sensacjami... I ciężarówkę z słodyczami temu kto choćby czasem nie wiedzie wzrokiem po nagłówkach artykułów, które dostarczają argumentów na to, że owe legendy wcale mogą nie być legendami... 

Wszyscy je w jakimś stopniu lubimy. I dlatego u nas, na wsi, również je tworzymy. Tudzież tworzy je sama rzeczywistość. Do dziś, mimo że stuknęła mi już 30-stka, gdy wychodzę sama po zmroku na spacer zastanawiam się czy zza krzaka nie wyłoni się za chwilę postać Człowieka Węża. Tak, to jedna z tych mitycznych postaci, którymi rodzice straszyli niesforne pociechy, które za żadne skarby nie chciały zmrużyć oka. Albo były niejadkami. Ale był też i Kozioł. I utopce. I nawiedzone domy... Były.

Po nocy przychodzi poranek. Po dzieciństwie dorosłość. A w dziennym świetle dojrzałego spojrzenia na rzeczywistość wiejskie legendy blakną.  Wydają się nawet zabawne. I tylko czasem jakiś drobiazg każde mi się zastanawiać, gdzie leży granica między fikcją a faktem. Być może tory kolejowe to nie znowu taki drobiazg, ale to właśnie one powodują owy dyskomfort myślowy...

Od lat leżą nieruchomo, stanowiąc granicę między jedną wsią a drugą. Od lat przejeżdżam przez nie rowerem. Samochodem. Albo drepcę po nich nogami wracając z siostrą z długiego spaceru, podczas którego zjadłyśmy tabliczkę czekolady i omówiłyśmy sprawę znikającego kota (to absolutny fakt, nie mit - ale to zupełnie inna opowieść). Od lat zatrzymywałam się i okręcałam głowę o 180 stopni w każdym kierunku, gdy zbliżałam się do tych torów. Mimo że od lat nigdy, przenigdy nic po nich nie jechało. A jednak ktoś kiedyś widział, że po torach toczył się pociąg. Kto? Gdzie? Kiedy? Nie wiadomo... Wiadomo - takie reguły obowiązują miejskie legendy. I wiejskie też. 

Z czasem przestałam się zatrzymywać. Zwalniałam tylko prawie do zera. I rozglądałam się z daleka. Z czasem zwalniałam już nie do 20-stki, a tylko do 30-stki. Z czasem nawet przestałam się rozglądać. A tamtego poranka, spiesząc się na spotkanie, miałam na liczniku tak sporo, że wątpię, iżbym wyhamowała choćby do 40-stki. A tym razem było warto

Po zarośniętych trawą torach pędził pociąg! Szary, brudny, ponury. Gwałtownie wyłonił się zza drzew jak stwór z zupełnie innego, wrogiego świata. Patrzyłam na niego zdumiona z bijącym sercem. Pewnie bym wjechała w niego. Lub pod niego. Gdyby nie jeden drobiazg. Mała sarenka, która nieporadnie kręciła się na polu i wskoczyła na jezdnię jeszcze spory kawałek przed torami. Zrobiła tyle zamieszania swoją filigranową, nakrapianą postacią, że nie sposób było jej nie zauważyć. I nie zwolnić do zera. 

Siedząc za kierownicą, wsłuchując się w dudniący stukot zastanawiałam się tylko nad jednym. Co jest bardziej niezwykłe - tory, po których jednak jeździ pociąg. Czy sarenka, dzięki której nie wjechałam pod ten pociąg... A może wszystko na raz?

Wszystko jest po coś. I we wszystkim jest czasem ziarnko prawdy. Małe jak ziarno kakaowca. A czasem nawet cała prawda. Prawdę powiedziawszy tamto zdarzenie, choć trwało zaledwie kilka minut, pozostawiło mnie z wieloma kłębiącymi się myślami przez całą długą noc. Miejskie, wiejskie, polskie, śląskie, śmakie i owakie legendy, które straszą -  bez względu na to czy rzeczywiście miały miejsce , przekazują pewną ważną lekcję.  Mają nas przed czymś ostrzec. Zbytnią ufnością. Lekkomyślną brawurą. Bezmyślnością... 







Musiałam zatrzymać się przed torami. Nie tylko po to by nie zdarzył się tragiczny wypadek, który z czasem pewnie obrósł by w kilka dodatkowych magicznych elementów i stał się kolejną wiejską legendą. Zatrzymałam się po to by powiedzieć sobie STOP w życiu. 

Gdy dziś wspominam tamten incydent sprzed kilku dni mam wrażenie jakbym sama uczestniczyła w jakiejś ponurej opowieści wymyślonej przez babki chlipiące zimną mocną kawę przy skubaniu gęsi. Tak czy srak, jest w tym jeden pewny fakt. Muszę przestać pędzić. Przecież jeszcze muszę coś w życiu zrobić, by przejść do historii jako legenda. A nie jako naleśnik zmiażdżony pod szynami obskurnego pociągu towarowego. Na wielkie nieba, nawet nie dla chwały bycia cytowaną w podręcznikach historii lub literatury polskiej. Warto zatrzymać się dla... samego życia. By żyć

Czasem warto się przestraszyć. Zatrzymać. Wreszcie, zachwycić. Stworzyć własną legendę. Nie taką znowu ponurą. Śmieszną. Kiczowatą. Ale piękną. Legendę własnego życia. By kiedyś ludzie opowiadali sobie o moim życiu nie ku przestrodze. Raczej tak po prostu - jako zachętę do fajnego życia. 

Morał z legendy, która mi się przytrafiła już wyciągnęłam. Pozostaje pytanie - czemu tak gonię? Za czym? Albo - przed czym uciekam ( bo na pewno nie przed Człowiekiem Wężem...) ?  Ale to już zupełnie inna bajka. Pozostawiam sobie na... dobranoc? Nie wiem, ale na pewno na kolejną długą noc. Tymczasem - dobranoc. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Smakowało?