czwartek, 17 sierpnia 2017

Rozszyfruj mnie

Nic nie dzieje się przypadkiem. Światem rządzi przedziwny algorytm, który w wolnym
tłumaczeniu na język ludzki brzmiałby mniej więcej tak:

"Jak nie urok to sraczka"

Dzięki temu, nawet będąc ustatkowaną mężatką mieszkającą na wsi, hodującą pomidory na plantacji trzech niezbyt okazałych doniczek, można się nie nudzić. A to patelnia z przypalonym na niej popcornem przylgnie na stałe to nawierzchni balkonu. A to w środku nocy firmowy samochód ulegnie awarii. A po odholowaniu go do domu, okaże się, że właśnie bratowa zaczęła rodzić. Co ciekawe nawet bez samochodu - zalegającego przez ponad miesiąc w garażu mechanika - można mieć problemy z samochodem. Stety/niestety (nie mogę się zdecydować) nie swoim... Pożyczony od mamy Opel, podobnie jak tabliczka czekolady w mojej torebce, nie przetrwał fali ponad 30 stopniowych upałów i tak oto kluczyk oraz stacyjka odmówiły mi posłuszeństwa. Po 15 minutach kręcenia kierownicą i kluczami w te i we w te, stwierdziłam, że prędzej to ja się przekręcę, niż coś wskóram... 

Poszłam po pomoc.

Najpierw był starszy pan ze sklepu zoologicznego, potem dwóch panów z chodnika. Na koniec 16-letni kontroler biletów, który stwierdził, że jeśli nie odjadę do 5 minut z miejsca parkingowego wlepi mi mandat (!). Niestety smarkacz miał pecha, bo temperatura panująca we mnie była w owym momencie znacznie wyższa, niż ta za oknem. Biedaczyna, po spotkaniu z moim wzrokiem, uciekał w  popłochu, tylko udając, że pod sypiącym się wąsem ma coś na kształt uśmiechu.

Skoro pozbyłam się skrupułów, rozprawiając się z małoletnim terrorystą od biletów parkingowych, nie miałam też większych wyrzutów sumienia w ściągnięciu Pana B. (zwanego też mężem, ku przypomnieniu) z jego pracy. Z innego miasta. Na szczęście mój telefon działał! Działał też umysł Pana B. Połączenie telefonu i umysły Pana B. dało niesamowite efekty! Jak wynikało z jednego forum internetowego trzeba było jedynie (?!) młotkiem wbić kluczyk mocno w stacyjkę i działa.

O, dziwo - zadziałało. 

Kolejny samochód powędrował do mechanika. Tymczasem ja do basenu. Musiałam ostudzić emocje. A gdzie indziej to lepiej zrobić, niż w chłodnej wodzie? No, właśnie... Pewnego upalnego dnia tym samym tropem myślowym podążył i mój telefon. I tym sposobem powędrował do wody. Konkretnie zatonął, niczym Titanic, w czeluściach ubikacji moich teściów. Nie jest to scenariusz na oscarowy film, toteż oszczędzę Wam szczegółów tej historii... 





To było dla mnie jak kubeł zimnej wody. Wtedy jednak okazało się, że życie czasem kieruje się też innym algorytmem. Pewnie go znacie, bo głosi, że natura nie zna pustki. Stąd, po zgubieniu kilku kilogramów, w boczkach po krótkim czasie przybywa ich jeszcze więcej. Na szczęście, tym razem chodziło o telefon. Nowy model przybył do mnie szybko i sprawnie, za sprawą kończącej się umowy w pewnej sieci komórkowej. 

Dokładnie tak samo szybko i sprawnie zdążył też paść ofiarą kolejnej tragedii... Tym razem jednak jej rozmiar był znacznie większy przez wzgląd na samego sprawcę. Tym razem to nie paskudny los zgotował mi psikusa, lecz... ja sama! Co tu dużo mówić - pewnego poranka postanowiłam założyć na moim telefonie blokadę ekranu. Bardziej z nudów i na złość mężowi, który nie pozwala mi dotknąć swojego iPhona. Wymyśliłam więc kod. Najprostszy z najprostszych i najbardziej banalny z banalnych. Umiecie więc sobie wyobrazić jakież było moje zdziwienie, kiedy po 10 minutach, chcąc skorzystać z telefonu, wbiłam owy kod i ten nie zadziałał. 

Nie zadziałał też przy kolejnych 55 próbach. Ba, nie zadziałały nawet jego inne wersje. 

Mój telefon nie działał. Całe szczęście jednak umysł Pana B. okazał się i tym razem niezawodny. Korzystając z filmiku nagranego w języku włoskim, podczas, gdy jedynymi frazami znanymi mu w tym języku są nazwy gastronomiczne (pizza oraz spaghetti) wykonał udaną operację na moim telefonie!

Mogłabym napisać w tym miejscu "the end", ale to nie byłby szczególnie happy end... Nie tylko dlatego, że wraz z hard resetem zeżarło mi wszystkie zdjęcia i filmiki. Mnie samą zżerało coś od środka... Nie, nie były to wcale wyrzuty sumienia z tytułu nieudanej próby zrobienia Panu B. na złość. Zastanawiałam się dlaczego właśnie mi przydarzają się tak dziwne przypadki? Rozumiem, że los płata psikusy. Ale jak to rozszyfrować samą siebie?! Po co mi to było? I jak to się stało, że w mojej pamięci szyfr zaginął niczym pojedyncze skarpetki w przeciętnej polskiej pralce.... Czyżby mi też należał się porządny reset?

Ratunek, czyli odpowiedź na nurtujące mnie pytanie znów przyszła ze strony Pana B. Gdy odłożyłam na bok wszystkie myśli i położyłam się do łóżka zobaczyłam na jego twarzy uśmiech. To był dokładnie ten sam uśmiech, który rozjaśniał jego twarz tamtego dnia, gdy uruchomił jakimś cudem samochód mojej mamy. To była duma.  Nie bez podstawna - kolejny raz wyciągnął z opałów swoją żonę. 

A więc to było to!!! Tu leżał klucz do szyfru. Szyfru miłości. Bo nie na tym polega miłość? Znaczy, nie na psuciu własnego telefonu. Ale wzajemnej pomocy. Poczuciu, że taplając się nawet w najgłębszym bagnie jest dłoń, która mnie z niego wyciągnie. Silna dłoń mężczyzny, który staje się nim właśnie w obliczu kobiecej niemocy. Jeśli taka niemoc wywołuje błysk w oku męża i pozwala mu na chwilę przeistoczyć się w superbohatera, nie mam nic przeciwko przypalonym patelniom, popsutym stacyjkom i zablokowanym telefonom. Tylko może nie częściej, niż na pół roku. Ok? 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Smakowało?