poniedziałek, 14 sierpnia 2017

A ku ku!

Można się bać różnych rzeczy. Gdyby mnie nie było stać na kreatywność, napisałabym, że ludzie boją się horrorów albo pająków. Ale, że mam ci kreatywności pod dostatkiem napiszę - zgodnie z prawdą - że są tacy, którzy boją się kalorii w jogurcie 0,5%, miłości, kur (tak, to nie błąd - K U R), prawdy o sobie, okruszków kanapki w aucie albo też... pisania.

Większość pisać nie lubi. Ale znam jedną osobę, która się tego autentycznie boi. Tak, mowa o mnie samej. Nie żebym miała gęsią skórę na widok kartki papieru i długopisu. Przeciwnie - wciąż przybywa gazet i portali, na których możecie poczytać moje teksty. Nie ma dnia, bym nie stukała po klawiaturze. Sprawia mi to ogromną przyjemność, graniczącą z tym, co czuje króliczek skubiący młodą trawę po deszczu. I tak jak na króliczka gdzieś tam czai się szczerzący zęby i puszący rudy ogon lis, tak na mnie czyha strach. Strach przed pisaniem nie przychodzi nocą. Ani, gdy zbliża się deadline oddania tekstu. Strach przychodzi właśnie teraz.

Dlaczego właśnie teraz? Przecież jest znacznie więcej innych, lepszych momentów, w których mógłby się rozpanoszyć, wprawiając mnie w ten rodzaj stanu, w którym zatrwożonej kobiecie może pomóc jedynie lampka wina i słuchanie ballad Eda Sheerana.

Otóż właśnie teraz znów się TO dzieje. Cóż takiego? 

Sąsiad wykasza trawy psujące estetykę jego podwórka. Konie w pobliskiej stadninie opalają się w ostatnich promieniach słońca. Mama wprasza się do mojego mieszkania, by wepchać do mojej lodówki rybę po grecku, która nie mieści się już nigdzie indziej. Bałagan czeka, aż uprzejmie ruszę się z kanapy, by go uprzątnąć. No i jeszcze poczeka. Bo teraz właśnie to się znowu dzieje. Piszę mojego bloga. I właśnie dlatego boję się. 

...

Bo już nie jestem tamtą dziewczyną. I dlatego zniknęły też wszystkie posty, które mogły mnie i moich czytelników trzymać w takiej iluzji. Zaczynam od nowa. Czy ktoś to w ogóle będzie czytał? Czy komuś w dzisiejszych czasach spodobają się felietony o bardzo zwyczajnym, by nie napisać obrzydliwie nudnym życiu? Czy jest w internecie jeszcze miejsce na staroświeckie nie-tabloidowe tytuły? I czy można być blogerką bez ścigania się z innymi po ściankach i eventach? Nie wiem. Ale mam nadzieję się o tym przekonać. Zapraszam Was do czytania najprawdopodobniej najmniej nowoczesnego bloga na tej planecie! Oczywiście to będzie romans niezobowiązujący. Lekki i orzeźwiający jak sorbet arbuzowy. Odgrażam się, że nie będę Wam kazała niczego kupować, ani lajkować. 

Wracam tu głównie dla siebie. Bo mi siebie brak. Nie sądziłam, że mając męża, na pęczki bratanic i bratanków, a nadto firmę i własne mieszkanie, tak łatwo jest zapomnieć o sobie samej. A jest... Stąd pokonałam swój strach przed powrotem do tego miejsca. Inaczej, jeśli nie będę pisać mojego bloga, już wkrótce przeistoczę się w zombie. Potłukę całą weselną zastawę. Albo zapakuję samą siebie w ciasną walizkę i wyślę, gdzieś bardzo, bardzo daleko... A tego raczej nie chcę. Chcę znowu być trochę tamtą dziewczyną... I dlatego wracam właśnie tutaj. A ku ku !!! Oto jestem!!!




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Smakowało?