sobota, 29 października 2016

Śmierć jesiennym smutkom!

Gruby koc, zwykły dres, wielki kubek gorącej czekolady i odgrzewane odcinki ulubionego serialu. Oto czego potrzeba każdej prawdziwej kobiecie w czasie dni, w których wydaje się, że już nigdy, ale to nigdy nie przestanie padać. I że już nigdy zza ciężkich nie wyjdzie słońce. Tylko co, jeśli powyższy zestaw przestaje działać

A to dopiero początek sezonu na chandrę...

Co roku, gdy zbliża się 1 listopada człowiekowi przypomina się, że lata i słońca dawno już z nami nie ma. Wraz z nimi odeszła też naturalna beztroska, arbuzy, opalenizna i chęć zapanowania nad kształtem pośladków. A w związku z tym i dobry humor. Bo jakoś tak nie wypada zbyt często się uśmiechać, gdy za oknem szaro, a nawet buro i ponuro. Grobowy nastrój panuje nie tylko na cmentarzu, ale też w duszy człowieka, która jesienią najczęściej przypomina cmentarzysko dobrych myśli... 
Gdy któregoś poranka przebudziłam się z głową ciężką jakbym zeszłej nocy balowała do rana (a był poniedziałek) i chęciami do życia tak nikłymi jak składniki odżywcze w zupce chińskiej ( a przecież staram się ich w ogóle nie jadać), stwierdziłam, że pora coś z tym zrobić. W końcu to dopiero początek mrocznych i zimnych dni.

Podobno wszystko zaczyna się od myśli. To one tworzą rzeczywistość i mają moc wprawiania w dobry nastrój. Postanowiłam zaufać tej tezie i tak oto wraz z kolejnym porankiem zaczęłam zupełnie inaczej podchodzić do otaczającej mnie rzeczywistości.


Cóż za piękny poranek! 


Świadomie utworzyłam w głowie pozytywną myśl, podnosząc oburącz kąciki ust w gorę i wyglądając za okno, by napawać się widokiem szalejącego wichru miotającego zmokłymi liśćmi. Czyżby wśród nich była i stara kuchenna ścierka, którą zapomniałam wrzucić do kubła z śmieciami? A niech to szlag... Ups! Miało być pozytywnie! 


Jak miło zasiąść do komputera i zapłacić ZUS! 


Nadal usilnie próbowałam trzymać się szlaku dobrych myśli, wbrew temu, co dyktowała logika... 


Jestem kwiatem lotosu. 


Ponoć ta myśl działa cuda. Zwłaszcza, gdy odkrywamy, że spóźniliśmy się z zapłaceniem ZUSu o 2, no może 3 albo i 4 dni robocze. Ponoć. Mi nie pomogła. Tak jak żadna z pozytywnych myśli.

Na dworze było paskudnie
Ja wyglądałam paskudnie.
I mój humor był paskudny

Mimowolnie sięgnęłam po tabliczkę gorzkiej czekolady. I nagle świat stał się piękniejszy! Temperatura wyższa. A niebo jaśniejsze. To było to! Jak zawsze czekolada stanowiła odpowiedź na wszystkie moje rozterki! Ma się rozumieć, nie czekolada sama w sobie (chociaż też!). Otóż, w ten jakże słodki i nieskomplikowany sposób przypomniałam sobie, że tylko działanie może mnie uratować!  I to nie byle jakie działanie. Chodzi przechytrzenie jesiennej chandry! Innymi słowy, o zrobienie czegoś tak przyjemnego i na tyle angażującego, że po prostu chandra, zły humor i ciężkie myśli nie miały kiedy wkraść się do naszych umysłów. 





Leżenie pod grubym kocem i opróżnianie słoika kremu czekoladowego, choć w pełni spełnia powyższe warunki i jest czynem wielce chlubnym, szybko może stać się rodzajem nałogu, a przez to potrzeba innych (czyt. silniejszych) bodźców. W przeszłości było łatwo - z każdą nadchodzącą jesienią rozpoczynałam nowy angażujący romans. W tamtym roku było jeszcze lepiej, bo byłam pochłonięta przygotowaniami do ślubu. Cóż pozostało mi teraz?

Cóż, całkiem sporo opcji! W zasadzie wystarczy prowadzić własną firmę. Ale pomyślałam, że skoro sezon na chandrę w pełni warto się jednak dodatkowo zabezpieczyć. Skoro w tamtym roku powiedzenie "TAK" Panu B. przyniosło mi tyle dobrego, w tym roku powiedziałam "TAK" kilku innym osobom. Bez obaw, nie były to propozycje matrymonialne. Choć - jak się wkrótce miało okazać - nie mniej angażujące. W efekcie zastępowałam Krzysia Ibisza na scenie podczas Cake Festival Poland. Działam dziennikarsko i PR-owo na rzecz tortów. Pomogłam w tworzeniu bardzo ciekawego bloga Kuuk&Travel. Opowiedziałam o tym, że czekolada jest dźwignią sukcesu w biznesie podczas TED X Woman. I jeszcze kilka innych rzeczy, wśród których należy wymienić upieczenie ( i zjedzenie!) niezliczonej ilości ciast i tortów... 

Nie wszystkie te działania przyniosły mi kasę lub sławę. A już na pewno nie święty spokój... Prawdę powiedziawszy większość w pewnym momencie przyprawiła mnie o lekki stan przed zawałowy. Nie przespane noce. I jedzenie czekolady zamiast normalnego obiadu. Prawie zawsze prędzej czy później zadawałam sobie pytanie - po co mi to było

Ale właśnie wtedy, gdy sama umierałam z wyczerpania i stresu przypominałam sobie, że zadaję tym samym śmierć własnej jesiennej chandrze. A że odwaliłam przy tym kawał świetnej roboty, bez cienia wyrzutów sumienia zakopywałam się pod gruby koc z największym słoikiem kremu czekoladowego... 

...by po chwili uświadomić sobie, że z mężem też można odnowić romans. Blada twarz! Że też dopiero teraz na to wpadłam! Lepiej jednak późno, niż wcale. W końcu sezon grzewczy dopiero się rozpoczyna. 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Smakowało?