sobota, 9 lipca 2016

Przepis na coś skomplikowanego

Ludzkość XXI wieku trawi wiele dziwnych chorób, takich jak nadęte ego, materializm, Facebook. Jedną z najbardziej dotkliwych, a najbardziej powszechnych jest komplikowanie sobie życia tak bardzo jak tylko się da. Niestety, tą przypadłością zostałam dotknięta i ja. Cóż, los nie oszczędza nikogo, nawet tych, którzy mają na sumieniu jedynie nocne igraszki w kuchni. Podjadanie czekolady, znaczy się.

Choć jestem prostą dziewczyną ze wsi, która ledwo co liznęła wielkomiejskiego życia, mam tendencję do pakowania się w różne dziwne sytuacje. Bóg i ten blog mi tego świadkami.


Byłabym nieszczera, gdybym stwierdziła publicznie, że wyjście za mąż tą sytuację zmienia. Chyba, że na jeszcze gorsze. Od chwili sakramentalnego tak, Bogu ducha winny Pan B., zamieszany jest w każdy bigos, który ja zgotuję. I na odwrót - jestem składnikiem każdego zakalca, który ten spreparuje. Mało tego, małżeństwo jest też świetnym środowiskiem do wspólnego uprawiania bajzlingu

Dajmy na to taki remont. Słowo krótkie i łatwe, a jakiż bałagan wprowadza w życie. I to nie tylko ten dosłowny. Wraz z wyburzeniem ścian, zaburzyła się naturalna homeostaza naszego związku. Wieczorne wypady do kina zamieniliśmy na jeżdżenie do sklepów budowlanych, w których ze zdumieniem odkrywaliśmy świat śrubek i listew, w których najbardziej zaskakująca zawsze okazywała się cena. Rozumiem, że za dobre pralinki można dać taką sumę, ale za bezpłciową kratkę do spływu pod prysznicem? 

Cóż, w owym czasie nie mieliśmy chwili na delektowanie się pralinkami, gdyż romantyczne kolacje we dwoje zamieniliśmy na przegryzanie chleba z czekoladą i konsultacje z fachowcami, którzy przyjeżdżali o różnych porach, mówili różnymi językami (a może to ja po prostu nie znam tych wszystkich słów?!) i mieli różne wymagania. Zwłaszcza zaś te, by na już (!) był kupiony syfon/grzejnik/drzwi/muszla klozetowa/lampa (niepotrzebne skreślić).





Nic dziwnego, że po całym dniu bycia znawcą budowlanki, parobkiem do pomocy i kelnerką, nie mieliśmy nawet siły, by jeszcze dopełnić brakujący element homeostazy naszego związku. Zwłaszcza, że w naszym remontującym się mieszkaniu nie było łóżka. Ba, nawet sypialni! Przez trzy miesiące mieliśmy do dyspozycji jedynie pokój Pana B. Sąsiadujący z sypialnią teściów. 

Do dziś dnia nie potrafiłam stwierdzić, co bardziej komplikuje życie - sypialnia teściów tuż obok mojej "sypialni". Czy wspólnie dzielona toaleta i łazienka. Wiedziałam jedynie, że tak skomplikowanego układu nie warto jeszcze bardziej komplikować. I przez trzy miesiące nie nosiłam seksownej bielizny na rzecz rozciągniętych kremowych piżam, których motywem przewodnim były baranki/kotki/muffinki (niepotrzebne skreślić).

I gdy byłam już u kresu sił, dostawałam drgawek na myśl o barankach/kotkach i muffinkach i zachowywałam się jakbym miała permanentnego PMS-a, nagle stał się cud. Albo raczej naturalna kolej rzeczy. Remont został zakończony. Szybka wizyta w sklepie, w którym prócz sof i komód sprzedaje się hot-dogi po złotówce, pozwoliła na wprowadzenie się do naszego własnego mieszkania. 

Na taki dzień czekałam nie tylko trzy ostatnie miesiące. Raczej całe moje życie. Taki dzień wymaga bardzo szczególnej celebracji. Dlatego zaraz po tym, jak założyłam seksowne koronki, raczyłam je zamienić na... fartuszek z falbankami. Rzecz równie seksowna, a pozwala upiec ciasto. Taki dzień wymaga bardo szczególnego ciasta. Co najmniej, trzy piętrowego tortu, mimo że nasze mieszkanie ma tylko jeden poziom.

Szybko zabrałam się do pracy i tak oto z pomocą Pana B. upiekłam... murzynka. Mu... mu... Co?! Tak pospolity i niewyrafinowany wypiek wobec tak patetycznych okoliczności jak załączenie zupełnie nowego piekarnika?! Podobnie jak piekarnik, całe zaistniałe okoliczności mojego obecnego życia są tak nowe a zmiany tak wielkie, że postanowiłam zrobić coś dobrze znanego i prostego

I to prawdopodobnie jedyny przepis na coś prostego jaki znam ( no może jeszcze chleb z czekoladą...). I rzeczywiście stosuję. Koniec remontu nie oznacza bowiem końca bałaganu. I problemów. Zwłaszcza jeśli kupiło się zbyt nowoczesną lodówkę. Teraz jednak najtrudniejsza i najbardziej skomplikowana sprawa - nauczyć się razem żyć. I to nie przez trzy miesiące. Do końca życia. Cóż, najwidoczniej wielkie rzeczy, takie jak tort lub małżeństwo, wymagają wielu pracy, uwagi, energii. I tą skomplikowaną naturę należy zaakceptować. Może to nie choroba tylko naturalna cecha wspólnego życia?

Mimo wszystko, jeśli znajdę w końcu przepis jak uprościć to życie niezwłocznie dam znać.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Smakowało?