niedziela, 24 lipca 2016

Na dobre. I na ZŁE


Ż
ycie jest jak serial. Końca nie widać. Znaczy końca kłopotów. Cóż, koniec życia postrzelonej singielki i zamążpójście wcale nie oznacza stabilizacji, o czym raczyłam napomknąć ostatnio. Z resztą o ile bieg życia rzeczywiście ociupinkę zwolnił, o tyle zagęszczenie dziwnych przypadków w nim już nie. Być może te wszystkie dziwy dzieją się dlatego, że z postrzelonej singielki stałam się jedynie postrzeloną żoną. A może dlatego, że życie naprawdę jest jak serial. I to nie koniecznie taki pokroju "Na dobre i na złe", ale raczej "Twin peaks"...


Nigdy nie przewidzisz, co stanie się w kolejnym odcinku. Znaczy dniu.  Nawet jeśli masz go perfekcyjnie zaplanowany, zawsze bratowa może ci podrzucić bobasa do pilnowania. Piekarnik może przestać sam z siebie działać pięć minut po tym jak włożyłaś do niego babeczki z borówkami i miętą. Paznokieć  odpaść, choć to nie tips ani temu pochodne. Albo w twoim ulubionym sklepie obuwniczym ogłoszą promocję -50%. I jak tu pracować? Jak żyć?

Żeby tylko takie problemy kąsały mnie jak młode pokrzywy po łydkach... 

Jak pewnie sami zdążyliście zauważyć, życie ma nieco inną wyobraźnię i poczucie humoru, niż scenarzyści seriali, a tym bardziej bajek. I ciągle mi o tym przypomina. Ze względu na stan zdrowia Pana B.  Pana Męża, nie zdążyliśmy jeszcze pojechać na naszą podróż poślubną. Zdążyliśmy jednak kilkakrotnie odwiedzić kilka różnych szpitali. Niektóre całkiem przyjemne. Ale jednak wolałabym spędzić te dni leżąc na hamaku z miską pełną czereśni i koktajlem czekoladowym.

Nikt jednak nie obiecywał, że małżeństwo to leżenie na hamaku. Ba, to ja obiecywałam, że będę przy moim mężu bez względu na okoliczności. Na dobre. I na złe. A pisząc "na złe" mam na myśli nie tylko mojego PMS , jego pobyty w szpitalu oraz 20 stopni i deszcz w środku lata. Tego, co złe i przeszkadza jest znacznie, znacznie więcej. Nie będę wymieniać, by nie wywołać wilka z lasu. Prędzej czy później i tak przyjdzie. I piszę to bez drżenia rąk na klawiaturze. W gruncie rzeczy wilk to trochę przerośnięty owczarek.






Innymi słowy, da się go oswoić. To całkiem proste. Trzeba jednak robić to we dwoje. I to od samego początku. Od samego początku relacji trzeba ją wystawiać na trudne sprawy. I nie mam tu na myśli wspólnego oglądania "Trudnych spraw".

Ok. Może nie na pierwszych kilku randkach. Niech króluje kino, neonowa wata cukrowa, kawiarenki i rozmowy lekkie jak pianka z cappuccino. Potem może się jednak zdarzyć, że traficie razem na przyjęcie i nie będzie to grill u znajomych, tylko stypa. Albo też pojedziecie w odwiedziny do babci i okaże się, że mają one miejsce na oddziale kardiologicznym. Lub też któregoś z was zwolnią z pracy i chwilowo zamiast sushi będziecie o suchym pysku. Jeśli twój luby proponuje ci udział w czymś trudnym wiedz, że coś się dzieje. Coś bardzo dobrego. Prawdopodobnie spotkałaś faceta na całe życie. Bo chce cię mieć nie tylko na dobre, ale też na złe. Chce z tobą spędzić całe życie. A nie mieć cię tylko jako maskotkę do wspólnej zabawy lub też ozdobę przy okazji publicznych wyjść.

Z resztą te złe, wcale nie jest takie złe. Choć jedzenie surowej brukselki albo picie tranu nie koniecznie jest ucztą dla podniebienia, przynosi korzyść. Podobnie rzecz ma się z trudnymi chwilami w związku. O ile są przeżywane razem. Sytuacje skrajne być może nie powinny być częstsze, niż pomidorowa na obiad, zwłaszcza, że człowiek nigdy do nich nie przywyknie, mimo wszystko przynoszą bezcenną wiedzę. O sobie. I tym drugim (mężu, chłopaku, konkubinie - niepotrzebne skreślić).

Na chorwackiej plaży każdy facet z łatwością potrafi zamienić się w twardziela. A to na widok roznegliżowanych kobiecych wdzięków, a to wmawiając sobie, że rozsmarowywanie olejku na plecach jest wyczynem na miarę zdobycia K2. Jednak dopiero, gdy ten facet leży na szpitalnym stole wiesz, czy masz do czynienia z prawdziwym twardzielem. Gdy widzisz jak facet znosi ból, lęk, frustrację. By następnego dnia znowu iść do pracy, zrobić jajecznicę, zabrać cię do kina - by znowu być z tobą na dobre. Ale żeby było naprawdę dobrze, należy wybrać uprzednio faceta, z którym dobrze się znosi złe.

Kurczę. To wszystko brzmi jakbym zachęcała do pakowania się w trudne sprawy. Tymczasem chodzi raczej o to, by uspokoić wasze skołatane nerwy. Nie bójcie się, nie panikujcie, nie uciekajcie - gdy absztyfikant zamiast na lody zaprosi was do połknięcia jakiejś gorzkiej pigułki.

Być może nikt nie obiecywał, że w życiu i małżeństwie będzie lekko, ale ja dałam słowo, że u mnie na blogu będzie sympatycznie. I w związku z tym, jak też mając na uwadze, że  są wakacje niech w waszych związkach będzie raczej słodko. I gorąco. A wasi faceci będą udowadniać, że są twardzielami głównie w sypialni.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Smakowało?