sobota, 16 lipca 2016

Jeden schabowy żoną czyni

Znacie to? Nagle ktoś obraca was do góry nogami. Wciska do dupy motorek i nakręca tak, byście przypadkiem nie zwolnili z piątego biegu. Do tego każe wam żonglować. Potem zamyka oczy, by po
chwili znaleźliście się w zupełnie nowym miejscu. To właśnie spotkało mnie. 

Pół roku minęło jak zjedzenie jednej kostki czekolady... I oto, ni stąd ni z owąd, znalazłam siebie pośrodku lśniąco-białej kuchni. Gotującą zupę pomidorową. Obierającą ziemniaki. I tłukącą mięso na kotlety. Nie byle jakie - schabowe. Bo to nie był byle jaki posiłek. To był obiad dla męża. Zaraz, zaraz... A więc wychodziłoby na to, że ja jestem... żoną


Rzeczywiście. Coś tam błyszczy na moim palcu. To już 4 miesiące odkąd dumnie obnoszę się z obrączką. Mam jednak srogie wątpliwości, co do tego czy aby na pewno od czterech miesięcy jestem żoną. Bo czy sterczenie w białej sukni przed ołtarzem i dławienie się (ze wzruszenia) przy wypowiadaniu przysięgi jest tym momentem, w którym kobieta przeistacza się w małżonkę.

Generalnie - tak. Sprawa jest prosta - obiecujesz lubemu, że już do końca życia będziesz dzielić się z nim ulubioną tabliczką czekolady. Następnie coś podpisujesz. Bawicie się do białego rana, ładując w siebie bezbożne ilości procentowych napojów oraz cukru. By następnego dnia podjąć nader poważną, odpowiedzialną i przede wszystkim zupełnie nową rolę życiową.

Rzeczywistość jest nieco mniej majestatyczna, niż powyższe zdanie. Chyba, że ktoś potrafi zachować majestat po bardzo dobrej imprezie. Tak dobrej, że poszło się spać o 4 nad ranem. W związku z tym, że jestem jedynie samozwańczą superwoman, dla mnie drugi dzień był dniem, w którym chciałam spalić wszystkie szpilki świata, pić wodę z cytryną i to najlepiej w łóżku. Stękając raczej ze zmęczenia, nie rozkoszy. W tym dniu była ze mnie raczej marna żona.

A może jeszcze żadna?





Świadomość tego kim się stałam i co mnie czeka dochodziła do mnie powoli, im bardziej schodziły ze mnie emocje, kalorie i procenty przyjęte na weselu. Niby nic się nie zmieniło. A jednak wszystko było inne. Przecież jeszcze kilka miesięcy wcześniej, ktoś musiałoby mnie nieźle potłuc bym dobrowolnie i bez poważniejszych gróźb tłukła na obiad kotlety schabowe! Tymczasem mrucząc pod nosem nowego Biebera (?!) z zadowoleniem obsmażałam takowego (schabowego, nie Biebera) na ładny rumiany kolor. Czy to był ten moment w którym stałam się pełnoprawną żoną? Brakowało jeszcze mizerii! A może jeszcze mam kręcić wałki na głowie? Lub zaprenumerować "Panią Domu"? I posadzić pelargonie (najlepiej czerwone)?

Przemyślę sprawę z pelargoniami. Co do reszty, na razie nic nie będę zmieniać. Bo i tak wiele zostało zmienione. Łącznie z długością moich włosów. Chciałam się odciąć od samotnie jedzonych ciastek, więc obcięłam spory kawał moich piór. Wierzcie lub wyśmiejcie, ale dla osoby, która była przyzwyczajona do kilku randek tygodniowo i to każdej z innym absztyfikantem wstąpienie do drużyny pierścienia jest zmianą o rozmiarach pupy Kim Kardashian i Black Chyna razem wziętych. Czyli kolosalną, dla tych, którzy nie znają wyżej wymienionych pań. Zmianą, z którą się oswajam dzień po dniu. I z którą jest mi tak dobrze jak z pudełkiem pralinek w zasięgu ręki. 

Żoną się nie tylko jest, ale również staje. Bo w tym wszystkim nie chodzi o robienie schabowych. Lodów. Żurków. Klusek śląskich. Raczej o coraz to większe zrozumienie, że nie jestem pępkiem świata. Że nie gotuję już tylko dla siebie. A że gotowanie i jedzenie jest metaforą życia, nie będę się rozpisywać na ten temat, by nie popaść w patos. Zwłaszcza, że jutro na obiad zaserwuję zwykły żurek. Zwykły? Cóż, dla mnie to wyższa szkoła jazdy! A pozwolę sobie nadmienić, że użyję zakupionego zakwasu... Ale właśnie sedno tkwi w drobnych rzeczach. I być może właśnie o tym ma przypominać ten mały złoty element na moim palcu. 



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Smakowało?