piątek, 29 lipca 2016

30-letnia babeczka. Bez konserwantów.

Jedliście kiedyś kilkudniowe ciastko? Mnie się zdarzyło. Przyznam, byłam wtedy desperacko głodna. I jeszcze bardziej spłukana. Z całą pewnością miałam wtedy również bardzo złamane serce i do wyboru jedynie ścierkę kuchenną (też kilkudniową). Inaczej nie tknęłabym starej babeczki. Co
innego Pan B. (dalej zwany Panem Mężem). Ten z apetytem zajada się nawet taką 30 letnią. Jak to możliwe?




Koś ją musiał nieźle zakonserwować! Czy może być jednak dobre ciastko wypełnione po brzegi literkami E i innymi świństwami? A może istnieje jakiś sensowny sposób na to by ją zabezpieczyć przed starzeniem? Cóż, Kopernikiem w spódnicy jeszcze nie jestem, ale zdaje się, że odkryłam na to sposób! Mało tego, podzielę się nim z Wami! Otóż, sekretem jest...

  pozytywne myślenie

Phi. Ktoś ma lepszy kawał do opowiedzenia?

Czy znacie kogoś, kto przez miesiąc leżałby na kanapie zajadając się pączkami z dziurką i to takimi sowicie oblanymi lukrem, myśląc sobie beztrosko o odchudzaniu i z tego tytułu schudł? Choćby i pół kg? Naprawdę, nie znacie? Choćby i pół takiego człowieka?

Cóż. Dobre myśli nie czynią cudów. Zwłaszcza jeśli chodzi o babeczki. Bo przecież to zwykły kawałek ciastka. One przecież nie myślą. Co innego takie babeczki jak ja lub ty. Te zazwyczaj myślą za dużo. Za często. I za bardzo do przodu. Tak, na przykład, dawno, dawno temu wymyśliłam, że do 30 roku życia będę mieć firmę, mieszkanie, wydaną książkę oraz prawo jazdy. I - byłabym zapomniała o drobnym szczególe - męża

Nie bardzo wiedząc od czego zacząć, lecz z  uśmiechem na ustach zabrałam się do wykonania planu. Gdy około 27 urodzin spostrzegłam, że pozytywne myślenie nie działa wpadłam w lekki popłoch. Gdy rok później, mając lat 28, zorientowałam się, że wszelkie inne sposoby również nie przynoszą pożądanych  efektów, byłam bliska totalnej panice. Czas mijał, mi przybywało lat, nieudanych randek, oblanych egzaminów na prawko i zapisanych stronic w szufladzie, a pomysły na życie były nienaruszone jak mielonka w konserwie czekająca na czarną godzinę. I gdy dla mnie właśnie miała wybić ta czarna godzina, coś się ruszyło. Jeden po drugim moje pomysły zaczęły przybierać kształty, by wreszcie w pełni się zmaterializować. 

Czary

Determinacja? Łut szczęścia? A może...

Dojrzałość





Ciastka, które zbyt długo leżą odłogiem psują się. Ale już sery, kiszona kapusta lub wino mają na wskroś inaczej. Podobnie jest z myślami. Te czasem muszą swoje przeleżeć, by dojrzeć. I wtedy rzeczywiście mają moc. Moje plany urzeczywistniły się w momencie, gdy przestałam chcieć mieć męża, firmę, książkę i prawko. Chciałam za to mieć kochającego i mądrego mężczyznę u boku, który się mną nie znudzi, gdy dopnę 30-stki. Chciałam mieć pracę, która sprawia mi przyjemność oraz daje wolność i zysk. Chciałam napisać coś, co nie sprawi, że będę sławna, ale poprawi komuś samopoczucie. I wreszcie chciałam potrafić jeździć samochodem, na wypadek, gdybym komuś mogła tym uratować życie, a nie tylko żeby pochwalić się plastikowym kartonikiem.

Moje myśli dojrzały. Z pozytywnego myślenia stały się mądrym myśleniem. I dobrym. Przynajmniej tak wnioskuję. Po czym? Jestem naprawdę szczęśliwa. I... zabiegana!

Im masz więcej marzeń i pasji, tym większy zapiernicz sobie gotujesz. Co prawda, wstałam dziś o 5 rano nie dlatego, by coś gotować, ale raczej upiec. Muszę zdążyć do 10! W końcu to moje urodziny. I to nie byle jakie - 30! Przyjedzie sporo gości. A ja jak zawsze w powijakach (z niektórych rzeczy się nie wyrasta...). Trzeba jeszcze posprzątać mieszkanie, umyć okna, zapiec parówki w cieście, nazbierać malin, wydepilować nogi, ucałować Pana B., wypuścić chomika na spacer, ukryć cellulit, siwe włosy i zmarszczki... Siwe włosy? Zmarszczki? Cell... Jakie zmarszczki?! Cóż, muszę przyznać, że jak na 30 letnią babeczkę całkiem nieźle się zakonserwowałam. Przynajmniej tak twierdzi Pan B. Inaczej nie wziąłby sobie za żonę 5 lat starszej kobiety. Być może chce być zwyczajnie uprzejmy. A może ma rację - może po prostu najlepszym sposobem na konserwację każdej babeczki są dobre i mądre myśli. Dużo tych myśli. Tak dużo, by ciągle za nimi biegać (ale nie gonić...). Podczas ruchu wytwarzają się endorfiny i nie ma już miejsca na głupoty. I cellulitu.

A teraz, wybaczcie, udaję się świętować. Co prawda najlepsze prezenty już dostałam od losu, ale  nikomu jeszcze nigdy nie zaszkodziła nadprogramowa ilość podarunków. I ciasta czekoladowego.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Smakowało?