poniedziałek, 1 lutego 2016

Cuda nie na kiju. Na co dzień.

I zdarzył się cud. Nic dziwnego - w końcu to były Święta. A w Święta cudów zdarza się tyle co ości w karpiu. Dużo.  Tylko niestety w większości są równie cienkie jak te rybie ości... 

Nazywanie cudem tego, że mimo kilkudniowego obżarstwa nie przytyłam (aż tak bardzo), to przecież gruba przesada! Bez tragiczniejszych skutków ubocznych udało mi się też obejrzeć (i nie umrzeć z nudów) kolejny rok z rzędu "Kevina". Phi. Wielce mi cud... Kiedyś to były cuda! Osły gadały. Bóg się rodził. I to w dodatku z dziewicy! 


Cóż, jakie czasy takie cuda. A może sami sobie jesteśmy winni? Cuda prawdziwe zastąpiliśmy cudami techniki - tablety, iPady, smartfony, a nawet kijki do nich. I to właśnie one, znajdowane pod choinką, stanowią magiczną część Świąt. Nie ukrywam, że również dla mnie. Nie jakobym była wyznawczynią nadgryzionego jabłka. Tudzież podniecała mnie prędkość procesora. Prawdę powiedziawszy, nie wiem nawet czym jest system operacyjny... Wiem jedno - tylko dzięki owym zdobyczom techniki, pomimo, że Pan B. przebywał na sali operacyjnej, mogłam liczyć na to, że te Święta spędzimy razem. 

Wirtualnie. To prawie jak na żywo. A to prawie jak cud.

"Prawie" robi różnicę. 


Zwłaszcza jeśli chodzi o materię tak ważką jak cuda. Wiem to nie z reklamy, tylko z własnego doświadczenia. Innymi słowy, w tym roku pod choinką znalazłam nie najnowszy model smartfona. Tylko samego Pana B. Wyszedł! I to był najcenniejszy i najbardziej niesamowity prezent jaki mogłam dostać. 

Eh, szkoda, że Święta są tylko raz do roku. Choinka już dawno znikła z mojego domu, tymczasem zapotrzebowanie na cuda nie. Ba, podobnie jak żołądek po nadmiernym zapełnieniu, to zapotrzebowanie powiększyło się. I chce więcej! Tylko jak ten głód zaspokoić? 

Skąd się biorą cuda? Czy muszę na nowo ubrać choinkę, by znaleźć pod nią to o czym marzę? Czy może powinnam codziennie wizualizować przedmiot pożądania? Albo wziąć od razu udział w coachingu spełniania cudów? Czy jest w ogóle możliwe by niesamowite rzeczy działy się w zwyczajne dni? 

Tak. 




Nie miałabym serca, a także tupetu by udzielać tak zuchwałej odpowiedzi, gdyby nie przytrafiło się to mnie samej. Szukając odpowiedzi na powyższą litanię pytań i zajadając się waflami przekładanymi czekoladą, nagle uświadomiłam sobie, że w ciągu kilku poprzednich miesięcy zwyczajne dni były przekładane dniami, w których działy się cuda. Zdałam egzamin na prawo jazdy. Kupiłam auto. Założyłam firmę. Zaręczyłam się. I zorganizowałam swój ślub. I to w pół roku! I to nie w remizie strażackiej! 

Dziękuję, oklasków nie trzeba. Ba, nie powinno ich tu być. Bo mi się nie należą. Cuda mają to do siebie, że nie są naszą zasługą. Naprawdę. Jeśli miałabym wskazać jedną cechę wspólną wszystkich zdarzeń, które uważam za cudowne, byłaby to... bezsilność. Moja bezsilność, która towarzyszyła (a może bardziej bezczelnie doskwierała?) mi za każdym razem na chwilę przed tym, nim coś niezwykłego stało się moim udziałem.

A może właśnie dlatego dziś cuda tak rzadko się zdarzają? Może tak bardzo uwierzyliśmy we własną moc, że zwyczajnie nie dopuszczamy do siebie istnienia siły wyższej? Kurczowo trzymamy się własnych sposobów i rozwiązań, wierząc, że tylko spryt, wytrwałość, znajomości, pieniądze lub twarda dupa pozwolą nam uiścić to o czym śnimy. 

Tymczasem dopiero wtedy, gdy stracimy (na chwilę) wiarę w to  wszystko, a nawet wiarę w siebie, zrobimy miejsce na coś więcej. Co? Sprawdźcie sami. Może to dość wywrotowa teza i ryzykowne postanowienie na nowy rok. Ale kto nie ryzykuje ten nie dostaje największej kostki czekolady. Czy jakoś tak... 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Smakowało?