niedziela, 20 grudnia 2015

Zimowa rozgrzewka



Dawniej zima zaskakiwała kierowców. Dziś już nikogo nie zaskakuje, że zimy brak. Co prawda, meteorolodzy odgrażają się, że ta kalendarzowa naprawdę z nami jest, ale w obliczu tego, co widać za oknem jakoś nie brzmi to zbyt przekonująco... A za oknem widać deszcz i błoto. I chociaż mrozu brak, patrząc na tą anty zimową aurę człowiekowi aż krzepnie w żyłach krew na myśl o wyjściu na dwór. 




Z resztą po co tu wychodzić? Bałwana nie ulepię. Chyba, że zrobię go sama z siebie, usiłując odbić anioła w trawie...  Ze złości mogłabym porzucać śnieżkami, tylko z czego je zrobić? Białej czekolady? Szkoda czekolady, nawet tej białej... Chyba, że zamiast rzucać białymi kulami, zrobić z nich lepszy użytek i je zjeść! Na samą myśl moje serce zaczyna szybciej pompować krew. Gdy w rondelku topi się czekolada, powoli topnieje też mój chłodny stosunek do zimy... 

Być może w tym roku w grudniu zabrakło białego puchu i nie potrzebujemy puchowych kurtek oraz grubych szalików, ale wciąż potrzebujemy ciepłych myśli. By nie stać się jak grudzień, w którym więc nocy, niż dnia. Znacznie niebezpieczniejsza od tej zimy na zewnątrz jest bowiem zima w nas samych.

Na szczęście istnieje wiele sprawdzonych sposobów na to, by rozgrzać  nie tylko ciało, ale i ducha. 

Gorąca czekolada. Namiętnie wypita, pozostawia apetyt na więcej. Namiętności. Jak powszechnie wiadomo, rozbudzenie ich również podnosi temperaturę ciała. I związku. By żar nie prędko opadł, proponuję zamiast wkładania czegoś do ust, coś z nich wyłożyć. Na rozgrzewkę, czułe słówka. Potem, podobnie jak w przypadku czekolady, zaleca się dodać szczyptę pikanterii.





Muszę przyznać, że Pan B. jest w tym naprawdę dobry. Choć uchodzę za mistrzynię słowa, to on za sprawą pewnych wypowiedzianych słów sprawił, że zapłonęłam  z rozkoszy. Jakie to słowa? Cóż... Nic sprośnego. Ba, myślę, że tym razem wręcz wypada się publicznie pochwalić.

"Czy zostaniesz moją żoną?" 

Zapytał Pan B. i nagle niebo rozświetliło się tysiącem tęczowych barw. Czyżbym widziała również latającego między obłokami królika? A może to tylko w mojej głowie? Ponoć tamtego dnia w Paryżu zachmurzenie było wysokie, temperatura niska, a kolejki do wieży Eiffela długie jak zimowe wieczory. Cóż, ja pamiętam tyle, że poczułam się jakby ktoś nagle wepchnął mnie do wielkiego basenu pełnej czekolady. Najszczęśliwsza. I podobnie Pan B. (dalej zwany Panem Narzeczonym), gdy w końcu wydusiłam z siebie, że "bardzo chętnie". 

W związku z tym, że temperatura naszego związku nagle zrobiła się bardzo gorąca postanowiliśmy zjeść coś zimnego. Lody, konkretnie. Ostudziwszy emocje, mogliśmy przystąpić do ustalenia dalszego planu. Data ślubu. Jego miejsce. Orkiestra. Fotograf. Na szczęście smak tortu weselnego jest oczywisty... Zaręczyny  okazały się zaledwie rozgrzewką wobec maratonu gorączkowych przygotowań, który nas czeka do końca marca. Owszem, ślub będzie w marcu. Kto o zdrowych zmysłach organizuje ślub w najbardziej kapryśnym miesiącu? Tylko ten, kto się nie boi przelotnych opadów deszczu ze śniegiem, bo potrafi skutecznie podgrzewać temperaturę przy pomocy prostych słów.

to nie tylko sobie. Ogień wzbudzony między nami dał również popalić naszym bliskim, zwłaszcza Pani Mamie i Pani Teściowej, które na chwilę obecną nadal nie potrafią się zdecydować czy bardziej się cieszą czy panikują. Pozostałe przedstawicielki płci pięknej obu stron oddały się pieczołowitym poszukiwaniom kreacji, gwarantując sobie tym samym skuteczną rozgrzewkę przed ćwiczeniami odchudzającymi.

A może ja też powinnam? Oh, dość już się namęczyłam i nabiegałam za właściwym kandydatem na męża. Pora odpocząć. Wy zaś pozostańcie w napięciu, bo ten wpis to dopiero moja rozgrzewka. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Smakowało?