wtorek, 1 grudnia 2015

Z grubej rury

Co łączy Justina Biebera i kluski śląskie? Bezkształtność? Owszem. Ale coś jeszcze istotniejszego - w równej mierze nie przepadam za jednym i drugim. Zasadniczo dla wyrażenia moich odczuć trzeba by tu było użyć mniej subtelnych słów. I chętnie bym to uczyniła, gdyby nie fakt, że... nie przepadam też za chamstwem i brakiem kultury. 

Tylko czy zawsze mocno słowo w ustach musi oznaczać, że właściciel tych że ust jest skończonym prostakiem, którego miejsce jest w najbrudniejszym kącie obory? Otóż, sprawa nie jest tak prosta... 


Zdarza się bowiem, że pewne prawdy wymagają bezpardonowego przekazu. Bo inaczej nie dotrą do adresata, nawet jeśli je usłyszy. Prawda obleczona w nazbyt słodkie słowa przestaje mieć moc.

Innymi słowy, czasem, zamiast owijać w bawełnę, trzeba coś powiedzieć
z grubej rury.  

Przykład? 

Dostajemy zbyt małe wynagrodzenie w zamian za ogrom pracy wykonywanej z pasją i oddaniem. Sytuacją nieprzyjemnie częstą w naszym kraju, a mimo wszystko niewiele osób sobie z nią radzi. Zamiast łaskawie prosić o kilka złotych więcej, podpierając się przy tym litanią swoich zasług oraz łzawą historią o tym, że inni mają więcej za mniej, powinniśmy tupnąć nogą i groźnie (ale nie zbyt groźnie) brzmiącym tonem wypowiedzieć następującą kwestię: "Do ciężkiej cholery, nie jestem tu wycieraczką!". Równie dobrze moglibyśmy powiedzieć, że nie jesteśmy Matką Teresą. Ale przecież to widać gołym okiem po kobiecie, która preferuje wysokie szpilki i krótkie spódniczki.

Dlaczego zatem nie dostaje zasłużonej podwyżki? Bo brak jej jaj. I jeśli sama nie powie sobie tego z grubej rury, nadal będzie cienko przędła. Cóż, prawda jest taka, że osobami, którymi najczęściej powinniśmy częstować słowami z grubej rury jesteśmy my sami. Dopiero potem przełożeni. Listonosze. Przyjaciele. I oblubieńcy. 

A może oblubieńcy na pierwszym miejscu? W końcu im więcej miłości, tym więcej szczerości. Tylko trzeba uważać, by pociskami z grubej rury częstować w odpowiednim momencie. Przykład? Przed 6 grudnia nie zdradzać, że św. Mikołaj nie istnieje. Taka prawda może nie tylko zaboleć, ale wręcz przyprawić o wieloletnią traumę i awersję do brodaczy. A ostatecznie może okazać się zwykłym kłamstwem. Niestety nie mogę na razie zdradzić szczegółów, ale dostałam wiadomość, z której wynika, że Pan Mikołaj żyje. Ma się dobrze, a nawet bardzo dobrze, sądząc po rozmiarze jego brzucha. I ma prezenty... 





Jeśli chcecie taki prezent musicie jednak być... niegrzeczni! I napisać coś z grubej rury w komentarzu pod tym wpisem. Dajcie sobie upust, a ja Wam dam książkę. I czekoladę! Do rozlosowania mam 3 prezenty. A Wy nie macie nic do stracenia, więc piszcie do 5 grudnia!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Smakowało?