poniedziałek, 7 grudnia 2015

Jak wygląda prawdziwy św. Mikołaj

Dawniej wystarczył mi jeden lizak z wyrobu czekoladopodobnego. Z czasem, gdy zaczęłam dorastać, moja lista prezentów, o którą prosiłam św. Mikołaja również zaczęła się wydłużać. Tak oto wyrosłam na osobę niezbyt rosłą, ale z całą pewnością wymagającą.

Gdy przekroczyłam pewien próg wieku i mogłam upijać się procentami, czekolada, którą dostawałam w prezencie też musiała mieć wysoką zawartość procentów - kakao. I to nie byle jakiego. Bylejakości zaczęłam unikać jak chomik latania. Celem nie było tu przynajmniej dumne obnoszenie się z logo takiej lub owakiej marki. Cena ani nazwa tu nie grała roli. Tu chodziło o autentyczność.


Prawdziwość zaczęła mnie pociągać. I tak oto w pewnym momencie życia przestało mnie ciągnąć do mężczyzn, którzy mieli mi do zaoferowania tylko niby związki. Nie interesowały mnie weekendowe schadzki, z których nie wynikało nic ponad to, że nowy tydzień zaczynałam z poczuciem pustki. I pustą lodówką - opróżnioną przez pseudo absztyfikanta... Pal licho z kiełbasą. Chciałam prawdziwej miłości. I ją w końcu znalazłam. Bo chciałam. I nie tylko... W związku z tym, że miłość ma nieco bardziej skomplikowany skład, niż czekolada, tu nie wystarczy zwykłe chcenie. Tu trzeba wiedzieć czym ta prawdziwa miłość jest, by umieć ją rozpoznać i nie pomylić byle przebierańca z tym jedynym. Ku mojemu szczęściu tyle razy w życiu natrafiłam na fałszywka, że doskonale wiedziałam czym prawdziwa miłość nie jest. A dzięki temu czym jest jej odwrotność.

Ukontentowana z efektów moich miłosnych poszukiwań, postanowiłam nie ustawać w pogoni za tym jedynym. Nie żebym była seryjną panną młodą. Jako przyszła żona Pana B. wiem, że dość jest zachodu z organizacją jednego wesela... Pomiędzy przebieraniem się z jednej bezy... - przepraszam, sukni ślubnej - w kolejną, postanowiłam zapolować na przebierańców w czerwieni. Skoro znalazłam prawdziwą miłość, znajdę i prawdziwego św. Mikołaja - zawyrokowałam i z szpilek wskoczyłam w sportowe buty, by udać się w pogoń za brodaczami z workiem.

Po drodze zgubiłam jednego buta, kilka kilo i... całą nadzieję na to, że ten prawdziwy św. Mikołaj naprawdę istnieje. Wszędzie sztuczne brody, wypchane brzuchy i... puste worki. Pełna rozgoryczenia wróciłam do domu. Ku mojemu zaskoczeniu czekał na mnie prezent. No tak - łaskawie nastał nam 6 grudzień... A więc czyżby... ?






Niestety to też nie był prawdziwy św. Mikołaj. Sponsorem kubełka lodów czekoladowo-miętowych okazał się Pan B., czym sprawił mi  najprawdziwszą radość. Nawet, gdy okazało się, że muszę się podzielić mroźnym smakołykiem z rodzeństwem łasuchów. Fajnie jest komuś podarować coś, co przyprawia o uśmiech. Pewnie tak właśnie czuje się każdego roku św. Mikołaj... I wtedy właśnie do mnie dotarło. Prawdziwy św. Mikołaj ma 150, cycki i twarz umazaną czekoladą. To ja jestem prawdziwym św. Mikołajem. I Pan B. I każdy kto potrafi bezinteresownie obdarować kogoś w pobliżu 100 metrów tym, co najcenniejsze. Lodami? Też. Swoją obecnością - przede wszystkim. I autentycznymi emocjami. 

Zamiast więc zajmować się czczą pogonią za starcem w czerwieni, wolę pospieszyć do ogłoszenia wyników losowania, w wyniku czego sprawię radość kolejnym wybrańcom losu. Otóż, książka "Święta miłośniczek czekolady' wędruje do: Piwka, Agnieszki oraz Blogierki.  Życzę apetycznego czytania. Pozostałym zalecam lekturę tego bloga. Zawartość procentowa czekolady jest tak samo wysoka. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Smakowało?