wtorek, 21 lipca 2015

Seks w mniejszym mieście

Co prawda nie mieszkam w Nowym Yorku i wolę pić wódkę z Coca Colą, niż Cosmopolitana, ale gdybym tylko przypadkiem znalazła się na Manhattanie i spotkała Carrie Bradshaw, z całą pewnością przegadałybyśmy razem całą noc.

Co prawda nie mam burzy blond włosów i jestem nader szczęśliwą posiadaczką chomika, nie psa, ale jestem pewna, że stwarzając nas obie, Bóg używał tej samej (specyficznej...) mieszanki przypraw. 

Tylko jedno nas różni. Carrie zawsze bała się nadejścia takiego dnia, w którym skończy jej się limit na karcie kredytowej i nie kupi kolejnej pary szpilek. Tymczasem ja odwiecznie z trwogą myślałam o dniu, w którym skończą mi się randki i nie napisze już kolejnego wpisu na bloga. 


Jako że świat jest tak urządzony, że to czego najbardziej się boimy, prędzej czy później dopadnie nas i to w najmniej oczekiwanym momencie, również i mój lęk pewnego dnia postanowił się beztrosko zmaterializować. W bardzo apetycznej postaci. Pana B. 

Skończyły się randki, zaczął się związek. Nie trzeba być wybitnym znawcą spuścizny Nicolasa Sparksa, by wiedzieć, że na związku tematy do ciekawych opowieści się kończą... Przeciwnie, jest on wyśmienitą pożywką do pisania niestworzonych historii o latających kapciach, wojnach o pilota oraz wspólnym penetrowaniu kuchennej szafki w celu odnalezienia składników do zrobienia spaghetti. W czym więc problem?

Cóż, prawda jest taka, że móc nie zawsze idzie w parze z chcieć. Gdzieś pomiędzy jedną penetracją (szafki) a kolejną, uświadomiłam sobie, że robione przez nas spaghetti jest tak dobre, że nie chcę się już więcej dzielić nim z nikim innym. 


Co prawda, to brownie, nie spaghetti,
 ale przyznacie, że lepiej się prezentuje, niż to drugie... 



Zamiast pisać więc o tym jak Pan B. namiętnie wylizuje patelnię z resztek sosu, postanowiłam zanurzyć palec w cudzej zupie i pod lupę wziąć życie uczuciowe moich znajomych i przyjaciółek. W końcu ileż można pisać o sobie?! 

Co prawda, moje przyjaciółki, podobnie jak ja, nie mieszkają na Manhattanie, na spokojnych wiejskich włościach. Nie randkują z bajecznie bogatymi maklerami, ani nie uganiają się za niszowymi celebrytami. Ani nawet za karierą... Zasadniczo to jedyne, co ścigają to własne dzieci. Byłabym zapomniała, uprawiają też dziką gonitwę z czasem - by jakimś cudem w ciągu 24 godzin zdołać ugotować obiad, zapłacić rachunki, wyprać ubrania, by znowu załadować pralkę. 

W gąszczu trywialnych zajęć, znajdują jednak czas na pewne luksusowe przyjemności, takie jak babskie spotkania. I wtedy właśnie w towarzystwie bab, czekoladowych babeczek, lodów, popcornu i dużej ilości wina lub cydru, okazuje się, że mieszkanki małych miejscowości niewiele różnią się od tych z wielkich metropolii. Bez względu na to kim są, ile zarabiają, status matrymonialny oraz rozmiar biustonosza, wszystkie jesteśmy takie same. Bo tego samego pragniemy. 

Nowej pary szpilek? Świętego spokoju? Kremu usuwającego owłosienie na całe życie? Słodkości, które idą w cycki, nie biodra? 

Wyrwać i usidlić faceta?

Phi. Gdyby sprawa była taka prosta... 

W dżungli relacji damsko-męskich nie trudno jest upolować smakowity kąsek. Ba, nie sztuką jest też go sobie oswoić. Istnieje wiele mniej lub jeszcze mniej moralnych sztuczek, by tego dokonać. Tymczasem chodzi o to, by faceta - choć ociupinkę - pojąć, zaakceptować i się z nim dogadać. Jak człowiek z człowiekiem. 

I możemy na ten temat gadać frenetycznie jak noc długa. I dzień też. Nie obgadywać samych facetów (czasem, owszem...), ale nasze relacje z ich udziałem. Ciekawe, bądź też należałoby powiedzieć raczej dziwne przypadki. Kłótnie. Zgody. Ciche dni. Rozczarowania. Wzloty. A więc i seks. Owszem - ponoć faceci mają obsesję na jego punkcie, ale to kobiety są dużo bardziej otwarte, by o nim wprost rozmawiać w towarzystwie, nie chichocząc nerwowo przy tym pod wąsem.

Czy w efekcie tych rozmów został wynaleziony jedyny słuszny przepis na udany związek? Oczywiście, że nie! Bo też nie o to w tym wszystkim chodzi. Babskie spotkania to nie rodzaj niedzielnej szkółki albo spotkanie gospodyń koła wiejskiego. Babskie spotkania służą samym babom, a nie pustym ideom - dzięki nim wiem,  że jestem w porządku, nawet jeśli czasem wydaje mi się, że stoję u progu popadnięcia w czyste szaleństwo i mieszczę się w normie, nawet jeśli mi wydaje się, iż tylko moment dzieli mnie od stania się wzorem wszystkich zołz. Jeśli one wszystkie też tak mają, to znaczy, że wszystko ze mną w porządku!

A jeśli czuję się dobrze sama ze sobą, to nagle mija mi całe  ochota na prowadzenie wielkich sporów. Zamiast tego wolę z czystym sumieniom oddać się brudnym myślom i uprawiać seks w mniejszy mieście. 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Smakowało?