niedziela, 5 lipca 2015

Histeria weselna

Nie każda historia miłosna kończy się happy endem. Co nie znaczy, że takie przypadki się nie zdarzają. Jest ich w przyrodzie całkiem sporo i zazwyczaj nazywają się "wesele". Wszak to wesoła wieść, gdy ktoś ogłasza, że znalazł kogoś z kim do końca życia chce dzielić się tabliczką swojej czekolady. W teorii. W praktyce zazwyczaj właśnie w tym momencie historia miłosna zamienia się w histerię weselną. Stres, wydatki i borykanie się z wahaniami wagi... Tak było również i  w moim wypadku...


A w tym wypadku byłam jedynie gościem na owym weselu.  Całe szczęście! Drżę na myśl o tym, jakiego kalibru rzeczy będą miały miejsce, gdy sama będę zakładać białą suknię. Tymczasem pozwoliłam sobie na frywolną miętową sukienkę, która - śmiesznie dziwnym trafem -  w przymierzalni pasowała jak ulał. Tego dnia jednak okazała się za ciasna. A przecież w ostatnim tygodniu brałam do buzi tylko jednego loda dziennie. 

Cóż...





Po dziesięciu minutach gimnastykowania się przy jej zapinaniu, suwak nie przesunął się ani o centymetr wyżej, jasnym było, że nie dopnę swego o własnych siłach. Zawołałam więc Mamę. I tak okazała się niewystarczająca. Tu był potrzebny mężczyzna. Pan B. Gdy i ten , mocując się z nią, bliski był użyciu przemocy i najsroższych wulgaryzmów, a ja płaczu i jeszcze gorszych wulgaryzmów, zawołaliśmy również jego Pana Tatę. 

Wypuszczałam powietrze, wciągałam brzuch i wznosiłam modły. Nic z tego. W rzeczywistości, istniało tylko jedno rozwiązanie. Zmniejszyć moje piersi. Na ten jeden dzień. Innymi słowy, pozbyć się biustonosza. Pan B. nader chętnie przystał na ten pomysł. Ja, nieco mniej entuzjastycznie, ale również. Suwak poszedł w górę, a mi wreszcie opadły emocje. 

Prawie

Oczywistym było, że ta hister... Pardon, historia będzie mieć swój ciąg dalszy. W końcu to był ten dzień. Wesele Państwa Młodego. Światowy Dzień Rybołówstwa. I mój PMS... Normalnie zamknęłabym się w szafie z pudełkiem ciasteczek. Ewentualnie poleciała na Tajwan. Tym razem musiałam stawić czoła hormonom. Na szczęście, miałam sprzymierzeńców w tej walce - ciastka, lody i drinki ozdobione truskawką. 

Niestety, szybko zorientowałam się, iż im bardziej pocieszam się weselnym jedzeniem, tym bardziej tu i ówdzie puchnę. Moje piersi coraz łapczywiej pragnęły wydostać się z ciasnego gorsetu, a ja coraz bardziej zapaść się pod ziemię. 

I pewnie bym uciekła z wesela, gdyby nie nie wmurowało w ziemię na widok nowego Pana Młodego, którym był... Pan B! Złapał muszkę, spryciarz. A ja gapa - nie złapałam welonu... Zaraz, zaraz - czyżby chciał mi powiedzieć, że to nie ze mną ma zamiar kiedyś urządzić nasze wielkie czekoladowe wesele? Czyżby bardziej spodobała mu się nowa Pani Młoda? 

To wesele stawało się coraz mniej wesołe. Nasza historia weselna stawała się zaś histerią z krwi i kości i pewnie miałaby swój mroczny, a nawet krwawy finał, gdyby nie krwistoczerwona muszka, w której podszedł do mnie Pan B. Szukał mnie. I srodze zmartwił, gdy stracił z oczu. Przecież to dla mnie złapał tę muszkę... Hm. Ten element nijak nie pasował do historyjki spłatanej mi przez własny umysł. Pewnie dlatego, że był jedynym prawdziwym elementem. I dlatego postanowiłam mu zaufać, zamiast własnym myślom. 

PMS. Alkohol. I niedotlenienie. Oto składniki doskonałej historii zbrodni popełnionej na własnym szczęściu. Heh... Na szczęście ta opowieść ma happy end. Wszystkiemu temu można  bowiem bardzo łatwo zaradzić w jeden sposób - rozpinając sukienkę. I Pan B. jako bardzo mądry mężczyzna o tym wiedział. Co się dalej wydarzyło w noc po-weselną nie powinno w zupełności nikogo interesować. To już całkiem inna historia... 



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Smakowało?