środa, 24 czerwca 2015

Koniec Bloga Czekolady.

Są różne rodzaje czekolad, mężczyzn i przerw
Jest, na przykład, przerwa na reklamę albo lekcyjna. Przerwa między jedną a drugą połową meczu. Każda ma sens, bo czemuś służy. Niektóre przerwy doczekały się nawet własnych nazw. Tak, więc - przerwa między zębami to diastema, między skałami to szczelina, a ta w tekście to dygresja.


Pozwólcie, że i ja teraz popełnię małą dygresję. 





- Puk, puk. Jest tam kto? 


Widzicie, trochę mnie tu nie było... Zrobiłam sobie nieco długą przerwę w pisaniu bloga. I trochę się tego wstydzę. Bo kocham pisać mojego bloga. Odejście od tego to swego rodzaju zdrada. Albo jeszcze gorzej. To tak jakby przestać oddychać lub przestać karmić swoje zwierzątko... 

Co robiłam w tym czasie? 

Cóż, nie nudziłam się - napatoczyło się sporo zajęć, które próżno by wymieniać, a wystarczy streścić w jednym słowie: życie. Nie martwcie się, nie ominęło was nic spektakularnego - nie wyszłam w tym czasie za mąż, nie zmieniłam płci, ani nawet koloru włosów. Nadal codziennie jem czekoladę. Spotykam się z Panem B. I jestem posiadaczką dość specyficznego poczucia humoru.





A jednak pewnego dnia uświadomiłam sobie, że czegoś mi brakuje... Za czymś codziennie tęskniłam. Jako w miarę rozsądna kobieta, wiedziałam, że dojmujące burczenie w brzuchu w godzinach wieczornych to (chyba) nie ochota na zjedzenie kawałka tłustego brownies. To był głód pisania. A jednak im dłużej trwał mój post od umieszczania postów, tym trudniej mi było do tego wrócić. Czy w ogóle możliwy jest powrót po tak długiej przerwie. A może to po prostu nie było to? Może to już ostateczny koniec Bloga Czekolady i pora zacząć coś nowego?! Ta myśl powodowała u mnie nie mniejsze dreszcze, niż widok Caitlyn Jenner. Bo była równie przerażająca.

A więc jestem. Wróciłam. Nie z lęku. Nie z poczucia winy. Ani nie z nudów lub dla fejmu. Wróciłam, bo go kocham. Bo dzięki niemu się rozwijam i jestem szczęśliwa. 

I po to była ta cała szopka z robieniem sobie przerwy - by uświadomić sobie kilka słodkich banałów? Też. Ale to już wiemy od czasów wieszcza Mickiewicza - iż to, co jest nam drogie potrafimy docenić dopiero, gdy tego brak... 

Jako kobieta, która samą siebie klasyfikuje jako nader mądrą, uświadomiłam sobie, że ta przerwa była absolutnie potrzebna również z innego powodu. Otóż, w moim życiu Coś się zmieniłoNa pozór - nic. Z wierzchu nadal jestem czekoladowa. Tylko nadzienie ma zupełnie nowy smak. Jakiś taki głębszy. Mocniejszy. Bo dojrzałam.

Innymi słowy, pożegnałam się z pewną częścią siebie. Dlatego mój blog nigdy już nie będzie taki sam. Stąd w tytule złowieszczy "koniec". Dobra, ze względów marketingowych też. Ludzie lubią dramaturgię. Seks. I czekoladę. I to nadal będzie obecne w moich felietonach. Tylko w nieco odmienionej formie. 

W tym czasie zrozumiałam, że czasem lepiej milczeć, niż powiedzieć za dużo. Nie zawsze trzeba wierzyć własnym myślą. Nic nie robienie przynosi lepsze efekty, niż robienie wszystkiego na raz. I że małymi krokami można zajść dalej, niż uprawiając sprint. Dlatego nie napiszę dziś nic konkretnego. I dlatego mój blog nie zmieni nagle szaty graficznej, ani platformy. 

Zostawiam was zatem z lekkim niedosytem, bo ten również jest korzystniejszy, niż przesyt. Wie o tym każdy, kto choć raz obudził się o 4 nad ranem z bólem brzucha po tym, jak stwierdził, że pochłonięcie na kolację dwóch talerzy spaghetti z ostrym sosem i zalanie tego kuflem piwa to nie taki głupi pomysł. Tymczasem ja uciekam oblać mój nowy początek. Kubkiem gorącego kakao. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Smakowało?