wtorek, 14 kwietnia 2015

Jak efektywnie się kłócić. I efektownie też!

Czy jest coś bardziej trącącego nudą, niż stan zakochania? Okej. Film, w którym trzeba pięćdziesiąt razy oglądać tę samą twarz. Reklamy suplementów. Mój makijaż. I jeszcze obiady w szkolnej stołówce.  Przepraszam, te czasem mogą głęboko zaskakiwać. Ten sam makaron jednego dnia skąpany w przecierze potrafi odgrywać spaghetti, by kolejnego oprószony cukrem stać się nietuzinkowym deserem.

Tymczasem człowiek zakochany dzień w dzień postępuje przewidywalnie słodko. Na śniadanie je czekoladki. Na obiad też. Na kolację ewentualnie sobie poliże. Lizaka. Albo loda. Ileż jednak można znosić deszcz komplementów, nawałnicę pocałunków?!

Na szczęście, po kilku miesiącach (w ciężkich przypadkach po roku...) ten stan szybko mija

Jeśli kończymy z jeszcze większym pudełkiem pralinek i lekką zgagą, to niezawodny znak, że nasz wybranek okazał się niestrawną ropuchą. Czemu mnie to nie dziwi... Żabie udka mogą być strawne na talerzu, nie w łóżku. Jeśli udo spoczywające przy naszym biodrze nie jest oślizłe i szarawe, a różowe i włochate, najprawdopodobniej znaleźliśmy się w  stałym związku. To taki stan, w którym nad ilością czekoladek przeważa ilość żółtego sera zjadanego podczas wspólnych kolacji. Cóż, w związku nie jest już tak słodko.  Ale powstaje to samo zagrożenie - nuda. Żeby wspólne dni nie ciągnęły się jak ten ser na pizzy i by nie mielić wciąż wspólnie tych samych tematów, można sobie różnorako umilać ten czas. Wyskoczyć na mielonego do rodziców, popcorn, kebaba, przy odrobinie szczęścia, dalej zwanego wypchanym portfelem, na sushi. 

Co jeśli jedno z dwojga krzywi się na widok surowej ryby oklejonej ryżem?

To świetnie!

Wreszcie jest okazja by spróbować czegoś nowego razem. Sushi?! Phi... Kłótni





Kłótnia, podobnie jak sushi, może przybierać różne fantazyjne formy. Można na siebie wrzeszczeć. Albo syczeć. Można sobie wygarniać albo siebie wyganiać. Żeby nie było tak monotonnie, można dołożyć rękoczyny. Niektóre kobiety rzucają kapciami albo telefonem. W ścianę, nie mężczyznę. Mężczyźni zazwyczaj są zbyt leniwi, by pofatygować się o tego typu przedstawienia. Co najwyżej ostudzają rozemocjonowaną wybrankę serca wylewając na nią szklankę wody albo też zakleszczają swoimi umięśnionymi udami. Niestety to może szybko prowadzić do łóżka. Taki efektowny koniec kłótni to według wielu efektywna kłótnia.

W końcu doszło do zgody!

Cóż, trudno się nie zgodzić, że to oczekiwany finisz każdej związkowej utarczki. Będę się jednak kłócić z każdym, kto spróbuje mi wmówić, że efektywna kłótnia to tylko ta, która kończy się wymianą uścisku dłoni tudzież płynów ustrojowych. 

Prawda jest taka, że zaraz potem może nastąpić kolejna ostra wymiana - już nie płynów ustrojowych, lecz zdań. I to dokładnie o to samo, o co poszło pół godziny i trzy minuty wcześniej. To nie zgoda świadczy o tym czy kłótnia była sensowna. Efektywne kłócenie nie polega też na tym, że ktoś komuś przyznaje rację. Albo czuje się wygranym. 

Najczęściej kłótnie nie mają w ogóle większego sensu, bo wylęgają się jako efekt urażonego ego lub z powodu braku snu. Albo nagromadzonych emocji (dotyczących opóźniającego się okresu lub wypłaty). W kłótni zatem nie trzeba się zgodzić z partnerem, ale trzeba zgodzić się z samym sobą. Odkrycie o co tak naprawdę (do ciężkiej cholery
nam samym chodzi. I pogodzić się z tym, że nie jest się tak idealnym partnerem, na jakiego chciałoby się kreować. Taki obrót spraw jest szczytem samoświadomości i wróży rychły koniec. Nie związku, a kłótni. Jaka szkoda... Znowu zacznie zionąć nudą. 

Chyba, że zamiast ostro się kłócić, zrobimy wspólnie coś innego, lecz równie pikantnego. Najlepiej na kuchennym blacie. Żeby było efektowniej. Smacznego. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Smakowało?