poniedziałek, 9 marca 2015

Stres w wielkim mieście

W wielkich miastach wszystkiego jest więcej. Sklepów z butami. I z czekoladą. Kawiarni. Cukierni. Ciach. Dylematów... A przez to stresu. Bo niby jak wśród wytrysku nazbyt wielu apetycznych opcji wybrać tylko jedną?!

Dla przykładu, co włożyć na uroczystą kolację w gronie cukierniczej śmietanki naszego kraju? Zieloną elegancką sukienkę marki, której przyklasnęłaby co druga blogerka modowa? A może raczej sukienkę "bezę", tak by przypodobać się tej drugiej stronie, w progi której się udaję? 


Po krótkim namyśle, uwzględnieniu tego, że mam jedynie 150 cm wzrostu oraz tego, że należę do grupy osób, która nikomu się nie chce przypodobać, postawiłam na butelkową zieleń. Przydałaby się do tego i butelka wina, choćby i taniego. Na odstresowanie. Cóż, pomimo rozwiązania jednego dylematu, został ze mną niemiły swąd stresu... I nie przepędziła go dodatkowa dawka perfum.

Już wkrótce to ja pędziłam metrem, by znaleźć się przed bardzo wysokim hotelem, w którym miała odbyć się kolacja. Stres był szybszy, niż metro, bo dopadł mnie ze zdwojoną siłą, gdy zorientowałam się, że z jednej stacji jest kilka dróg wyjścia... To już nie jest dylemat rodem z sklepu obuwniczego. To zakrawało na dramat, którego akompaniamentem była muzyka tykającego zegarka, który - gdyby tylko umiał mówić - powiedział by mi jedno: 

"Jesteś spóźniona, mała".

Ale niby jak mam gnać szybciej w szpilkach?! Na miłość wielkiego słoika Nutelli!

Szpilki bywają kłopotliwe. Zwłaszcza na schodach. Kiedy już się po nich wspięłam, zrozumiałam, że są rzeczy jeszcze  kłopotliwsze, jak np. sytuacja w której zastanawiasz się jak nagle dopasować twarze do imion i firm. Gdy brak kompetencji trzeba się wspiąć na wyżyny... wyobraźni? Albo wziąć do ręki kieliszek szampana. Albo dwa. Im więcej tym lepiej, w końcu jestem w wielkim mieście. 

Znacznie więcej, niż kieliszków szampana było jednak sztućców. Niestety. Szybko pożałowałam, że nie jestem zagorzałą fanką publikacji Jolanty Kwaśniewskiej, która podszepnęłabym mi na ucho, którym widelcem powinnam zjeść ciasto z musem czekoladowym i chili. Prawdę powiedziawszy, najchętniej wsunęłabym je całe rękoma. I wylizała talerzyk. A także brudne palce. Niestety musiałam pohamować swoje pierwotne instynkty. I to nie tylko tego wieczoru, lecz przez kolejne cztery dni. Tyle ile trwały targi cukiernicze, gdzie przyszło mi dziennikarzyć. 

Gdybym dała upust swoim żądzom, po czterech dniach słodkiego obżarstwa przeżywałabym najgorszy rodzaj stresu, bo egzystencjalny, wyrażający się w podłym stwierdzeniu: jestem gruba. Być może wielki rozmiar pasuje do wielkiego miasta, ale wciąż wierzę, że nie do mnie. 

Niestety pośród tortów, tart, eklerków, pralinek, lodów, gofrów, muffinek oraz herbatników byłam narażona na różnego rodzaju stresy, powodujące, iż siłą rzeczy sięgałam po łakocie... Owszem, dla zredukowania napięcia, mogłabym uprawiać seks w wielkim mieście. Ale Pana B. - w przeciwieństwie do smakołyków - nie było pod ręką.


boska ambrozja by Jarek Nowakowski



Przeprowadzanie wywiadów, robienie zdjęć, plotkowanie, tęsknienie za Panem B. - wierzcie mi, praca dziennikarki nie należy do łatwych. 

Z wielką ulgą wróciłam z wielkiego miasta na małą śląską wieś. Ach, ta cisza. Prostota. Spokój. I komputer. Komputer?! Argh... 

Skąd mogłam przypuszczać, że dopiero teraz rozpoczął się stres największy?! Wszystkie rozmowy trzeba spisać, zdjęcia zgrać i najtrudniejsze - z chaosu panującego w głowie dobyć treściwą i smaczną relację z targów. Na wczoraj. 

To ja już wolę wejść w szpilkach na piąte piętro wieżowca. Tymczasem poszukam jakiś pralinek, które jeszcze zostały z wizyty w wielkim mieście. Nie, jakobym chciała zajadać stres! Nic z tych paskudnych praktyk! Po prostu chcę zwabić twórczą wenę. Chyba, że nie chcecie czytać jak skończyła się ta trzymająca w napięciu historia... 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Smakowało?