niedziela, 22 marca 2015

12 kroków do...

Obiecanki cacanki.



Gdy tylko w internecie zaroiło się od chwytliwych tytułów w typie "5 powodów dla których warto ćwiczyć mięśnie małego palca prawej stopy", "10 sprawdzonych przepisów na kanapkę z masłem" oraz "50 sposobów puszczenia bąka" wzięłam głęboki oddech, spojrzałam w sufit i obiecałam sobie jedno: nigdy nie zatytułuję tak mojego artykułu. 



Obiecanki - cholerka jasna - cacanki. A wyszło jak zawsze...



Za bardzo polubiłam się z cyfrą 12. Czyżby dlatego, że było 12 apostołów? Cóż, imię Aurora nie oznacza, że nad moją głową wisi aureola. A może przez to, że mamy 12 miesięcy? Też nie. Nawet najbardziej racjonalna z opcji - czyli istnienie 12 potraw wigilijnych - nie jest powodem mojej sympatii tej liczby. 

Wszystko to wina... wina

O, kurczę faszerowane siarką! No to wpadłam. Choćbym nie wiem, co teraz napisała, zostanę posądzona o alkoholizm. Nim odeślecie mnie na odwyk i zmuszona będę podjąć program 12 kroków AA, pozwólcie że wrócę raz jeszcze do pewnej butelki wina. Otóż, wspólne opróżnienie jej z Panem B. było pierwszym krokiem ku naszemu związkowi. Mimo tego, iż tamta randka trwała tak długo, że zdążyliśmy jeszcze doprawić się innym alkoholem, do dziś doskonale pamiętam każdy jej szczegół. Nawet jeśli za kilka lat te wspomnienia zostaną nadgryzione zachłannym zębem czasu, będę pamiętać o jednym - to był 12 dzień października. 

Wkrótce po tamtym spotkaniu, okazało się, że jest nam ze sobą tak radośnie i błogo, że alkohol już nigdy więcej nie był nam aż tak potrzebny. Ja zaś odkryłam w sobie złoża romantyzmu, których istnienia nigdy bym u siebie nie podejrzewała... Złoża romantyzmu dawały o sobie znać każdego 12 dnia miesiąca.

Oczywistym było, że po pięciu miesiącach związku przygotuję coś szczególnego, by uczcić okrągłą liczbę dni ze sobą spędzonych. 12 słodko-ostrych pralinek w kształcie serduszek. Nie, to by było wulgarnie oczywiste... Jeszcze bardziej oczywistym było jednak, że coś stanie mi na przeszkodzie ku temu, by ten dzień wyglądał tak jak sobie zaplanowałam...

Kto by jednak pomyślał, że pierwszym krokiem ku mej zgubie będzie... Instagram. Cóż, Instagram pełen jest kuszącego zła w postaci eklerów wypełnionych tłustym słodkim kremem oblanych kruchą gorzką czekoladą. Może jestem łatwa, ale dałam się na to złapać ( kto by się nie dał?! Kto?!). I tym oto sposobem, przeglądając o poranku pośpiesznie słodkości, wybierając się do pracy, zapomniałam telefonu w domu...  Można by było po niego gibko zawrócić. Można by... Pech lub też Zarząd Gminy chciał, że znowu zwinęli asfalt na drodze i objazdy zajmują dwa razy tyle, co normalna trasa.

Argh. Do potęgi.

Gdyby nie fakt, że jechałam do pracy z Panem B. (przez co nie chciałam rozmazać makijażu) zalałabym się łzami. Tak czy owak, zalała mnie krew, gdy uświadomiłam sobie dokładnie rozmiar mojego dramatu. Otóż, telefonu używam nie tylko do wysyłania sprośnych wiadomości i oglądania cukrowych zdjęć. To moje narzędzie pracy(!!!). 

Nie mogąc znieść widoku mojej ponurej twarzy, Pan. B. podjął radykalny krok i oddał mi swój telefon. Moja radość była krótka jak kreci wzrok. Okazało się, iż był pozbawiony internetu i środków na koncie... Mi zaś coraz bardziej brakowało cierpliwości. I sił, choć był dopiero poranek. Musiało mi jej starczyć, by dotrzeć na pieszo do redakcji. Następnie zaś skontaktować się z wszystkimi umówionymi osobami, by odwołać z nimi zaplanowane rozmowy. I poradzić sobie z pierdyliardem (czyt. tuzinem) innych spraw, które zahaczały o kontakt telefoniczny... 

W międzyczasie popijałam mocny napar z melisy i rzewnie modliłam się o to, by była 12 wieczorem i by ten dzień wreszcie się skończył...

Nim wybiła ta magiczna godzina, ja musiałam wybić sobie z głowy iluzję o swojej samowystarczalności... Miałam tylko nadzieję, że nie pryśnie również czar, gdy Pan B. zobaczy mnie po powrocie spoconą, zziajaną, zestresowaną i z wielkim kłębem czegoś na głowie zamiast włosów... 

Tego wieczory zamiast romantycznej kolacji przy świecach, zjedliśmy chińszczyznę w galerii handlowej. Nie miałam dla Pana B. czekoladowego tortu. A i ja nie dostałam od niego kwiatka. 






Otrzymałam jednak pewność, że gdy moje włosy układają się równie podle jak mój cały dzień, nadal jestem akceptowana. I mam na kogo liczyć. Dzięki temu zrozumiałam, że tamten dzień był krokiem na przód. Gdy wszystko wokół nas wali się jak w amerykańskim filmie katastroficznym, a między nami pozostaje niewzruszona więź, to chyba najlepszy prezent jaki możemy sobie dać, by uczcić kolejny miesiąc bycia razem. 

Mimo wszystko, na kolejny nasz mały jubileusz zamawiam smycz do telefonu. Ewentualnie magiczną różdżkę, dzięki której będę mogła przywoływać do siebie moją zgubę. 



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Smakowało?