poniedziałek, 16 lutego 2015

(Niekoniecznie) 50 brzydkich słówek

Grey ma pięćdziesiąt twarzy. Ja mam jedną ponurą, na którą ciśnie mi się pięćdziesiąt wersji tego samego stwierdzenia: "cholerka jasna". Każde jedne bardziej niecenzuralne od poprzedniego. Cóż... Ostatnimi czasu cierpię na chroniczny brak czasu. To zaś powoduje nie tylko chroniczny ból pleców w jego środkowej części, ale również permanentnego wkurwa w środku mnie samej.  Nie mam czasu na pieczenie eklerków. A co dopiero przekładanie ich czekoladowym kremem. Na chodzenie po lumpeksach też. Pomalowanie paznokci u nóg... Jak się domyślacie mam tego czasu tak niewiele, iż nie starcza również na zastanowienie się nad jego sensowną organizacją... Tym, co boli jednak bardziej, niż łydki po długotrwałym pościgu za kolejnym dedlajnem, jest fakt, że to nie ja po tym wszystkim leżę na poły martwa, lecz mój blog... 


Od początku roku tylko pięć felietonów. Brak mi słów... 

Znaczy się, słowa mam. W głowie, w ustach, na końcu języka. Na papierze. Na laptopie. Słowa są jak dzieci w przedszkolu i Gremliny - są wszędzie i ciągle się mnożą. Zasadniczo to przez ich nadmiar nie mam czasu na pisanie bloga. Cóż, tak bardzo pokochałam słowa, że pisanie stało się moją pracą. Nikt jednak nie powiedział, że praca w redakcji magazynu cukierniczego ma też gorzkie dodatki. Komuś może, na przykład, nie spodobać się to, co napisałam. Grozi to nie tylko mało sympatycznym komentarzem, ale ewentualną zapaścią rozkładu całego numeru. Chyba, że materiał się przeredaguje. Późnym wieczorem. Nocą. Nad ranem... 

Kiedy już skończę pisanie, omijam laptopa szerokim łukiem, w obawie że mogłabym go obrzucić brzydkimi słowami... Albo rzucić nim. Bezpieczniej jest do ręki wziąć książkę. Czyżby? I tam czają się one - słowa! Wobec powyższego zamiast czytać o kolejnych twarzach niejakiego Pana Greya, wolę ekranizację. We własnym wydaniu. Z jedną twarzą - Pana B. 

W końcu następuje cisza. Tuzin westchnięć. Ewentualnie kilka brzydkich słów,  celem sparafrazowania jak świetnie ta ekranizacja wyszła. Czyżbym zamierzała rzucić pracę w redakcji, by stać się twarzą tanich porno romansideł? Sprawę przemyślałabym głęboko, gdyby tylko znaleźć choć jeden taki, który choćby był minimalnie skalany poczuciem humoru. Trudno. Czy to oznacza, że zostanę w redakcji i zarzucę słowotwórstwo uprawiane na blogu? 

Cóż, najwyżej będę jeść jeszcze więcej czekolady.




I poszukam taniego psychoterapeuty. 

I... kogo ja oszukuję? Chcę i będę kontynuować pisanie bloga!!!  
Do ciężkiej cholerki! A nawet cholery!

Nie zmienię pracy, systemu zarządzania czasem, a już tym bardziej mojego faceta, by powyższa fantazja stała się rzeczywistością! Mogę zrobić tylko jedno - zdecydować się by moje słowa były brzydkie. Szczerze? W takim trybie pracy jak obecny wolę iść szukać stokrotek na miedzy, niż siedzieć kolejną godzinę nad tym, by moje wpisy były felietonami dopracowanymi w każdym szczególe. 

Jeśli wobec tego prędko osiągnę poziom E. L. James, nie krępujcie się  mnie zastrzelić lub rzucić lwom na pożarcie. W przeciwnym wypadku, już teraz spieszę pisać do was czułe słówko za wyrozumiałość - dziękuję.

Sobie też. Nie ma gorszej samo-tortury, niż perfekcjonizm.... Od dawania sobie takich policzków, lepsze jest dostawanie klapsów w łóżku. Tak pisze w książce "50 twarzy Greya". I to chyba jedyna mądrość jaką z niej wyniosłam... To ja jednak zostanę przy czytaniu poradników Nigelli Lawson. Obficiej epatują seksem.

Słodkich snów. I ostrych. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Smakowało?