środa, 7 stycznia 2015

Nowy numerek

Wstrętny, wredny, paskudny Czas co roku wywija mi ten sam - mało zabawny! - numer. Nagle, bez listownego powiadomienia czy choćby słowa uprzedzenia, zaczyna biec oszalały niby ciżba na promocji w Lidlu. W tym roku chyba trenował więcej ode mnie, bo przeszedł  ( by nie powiedzieć "przebiegł") sam siebie... Nim zdążyłam zrzucić po-świąteczne kilogramy, ten już zdołał przerzucić się na 6. bieg i tak oto nastał ostatni dzień roku, dalej zwany Sylwestrem

Nie robiłabym z tego wielkiego halo, gdyby nie fakt, że to miał być bardzo szczególny Sylwester. Normalnie kupiłabym kilka balonów, kilkanaście paczek nachos i jednego imbirowego browara, bo wygląda w kieliszku podobnie jak szampan, a o niebo lepiej smaczy. Tymczasem w tym roku otrzymałam od Pana B. zaproszenie na bal. To zabrzmiało poważnie. Na tyle poważnie, że przeprosiłam się z szampanem. I postanowiłam kupić nową sukienkę. 

Nie ma nic przyjemniejszego dla kobiety jak kupowanie nowej sukienki na bal. Chyba, że akcja rozgrywa się na kilka godzin przed balem, a w sklepach jak na złość same wielkie numery - i ceny, i rozmiary. Gdy w końcu znalazłam coś na kształt tego, co nazywam małą czarną, ta okazała się... za mała! Ba, za ciasna! Natychmiast wykonałam w głowie szybki rachunek jedzenia... Coś tu się nie zgadzało... Jeśli ciało bezpodstawnie wykręca kobiecie taki numer, to musi oznaczać jedno. To znowu on. PMS. 

Z pomocą pospieszył mi niezastąpiony Pan B. Tylko wszedł do przebieralni i już miałam lepszy humor. Szybki numerek? Nie tym razem... Tylko w wiadomy jemu sposób udało mu się dopiąć sukienkę i to w tak zgrabny sposób, że umiałam jeszcze oddychać! Niestety nie miałam chwili na oddech, bo choć koniec końców nie musiałam jej poszerzać, to jednak musiałam skrócić... Tylko kto o zdrowych zmysłach zajmuje się tego typu fanaberiami w samego Sylwestra? Otóż, nikt... I zarazem każdy, komu zaoferowałabym pudło wybornych pralin. Przynajmniej tak mi się na tenczas wydawało. Wykręciłam więc numer do znajomej krawcowej. I moje przypuszczenia okazały się słuszne. Połasiła się.

Pozbyłam się więc czekoladek, uzyskując krótszą (czyt. seksowniejszą) sukienkę. Miałam też szpilki. Kolczyki. Brokat. Brakowało mi tylko Pana B. i... włosów. Cóż, przesuszone i oklapnięte siano na mojej głowie nie miałam czelności nazywać włosami. Może i je powinnam ukrócić tak jak sukienkę?! Mogłabym i je godzinami tapirować i lakierować, to był ten dzień cyklu w którym nic i nikt by im nie pomogło. Nim zdążyłam wejść na salę balową, już rozmazałam sobie makijaż, opłakując żałośnie ich stan...

Całe szczęście, na sali było przygaszone światło. I wódki tyle, co w osiedlowym. To gwarantowało, że raczej nikt nie przyuważy tego, co reprezentowały sobą moje włosy. Mało tego, gdy kapela zagrała jeden z moich ulubionych numerów, ja sama przestałam się nimi przejmować.  Jako, że umysł kobiety z PMSem nie znosi pustki, szybko znalazłam nowy powód do zmartwień. A nawet całe ich połacie! Do zupy nie było grzanek. Tiramisu było za słodkie. A do dania głównego podano jedynie ćwiartkę, nawet nie pół, truskawki. Mało tego, każda kobieta na sali wyglądała lepiej ode mnie. Zaraz, zaraz... czyżby Pan B. właśnie obejrzał się za jedną z nich?! Powinnam mu zrobić awanturę? Albo po prostu udawać, że nic się nie stało i cichaczem wyjść na papierosa?! To byłby chyba świński numer. Awantura mniej brzydko pachnie. Ale i tak psuje atmosferę. I makijaż. Z moich oczu szybko popłynęly łzy. Czas płynął jednak nieco szybciej. Musieliśmy zakończyć moje wywody, bo oto do stołu podano szampana. Zaczęło się wielkie odliczanie. 

10, 9, 8, 7.... 

Nim dobiegło do numeru 1, my musieliśmy znaleźć nasze numerki do szatni! Na dworze trzaskało mrozem, a trzeba było wyjść zobaczyć jak rozpryskują się na niebie sztuczne ognie. 

3, 2, 1 i...





Wybiła północ. A ja w jednym momencie wybiłam sobie z głowy wszystkie straszne myśli. Skończył się Rok Cudów, tymczasem cud się znów zdarzył. Cud? Hm, tak jak staremu rokowi, pozwoliłam po prostu odejść tamtym myślom. Ba, przegoniłam je jak świadkow Jehowy sprzed mych drzwi. 

Od teraz mam nowe myśli! W końcu na kalendarzu mamy też nowe numerki - 2,0,1 i 5 !
Po powrocie na salę, otrzymaliśmy też w szatni nowy numerek. Tym razem tylko jeden na nas dwoje. Czyżby jakiś znak? Cóż, zmarznięci po powrocie z toastu, musieliśmy się jakoś rozgrzać. Alkohol powoli przestawał działać, nogi bolały od tańca, to może... jakiś nowy numerek? Mamy cały rok na poszukanie w Kamasutrze jakiegoś jednego możliwego do zrealizowania. Tymczasem puściliśmy wodzę wyobraźni i... dokładnie nie pamiętam, co działo się tamtej nocy. Pewnie to bąbelki z szampana... Albo może jednak instynkt samozachowawczy. Jedno jest pewne, tamtej nocy fajerwerki były nie tylko na niebie, ale też w moim łóżku.

Nazajutrz moje włosy wyglądały jeszcze gorzej, niż dnia poprzedniego. Tak czy owak i tak lepiej, niż włosy Pana B. Do dziś nie ustaliliśmy czyj wzrok był bardziej przekrwiony i która twarz bardziej opuchnięta. Mimo wszystko, od samego rana ... Zaraz, zaraz... Przecież wstaliśmy późnym popołudniem. A może to był już wczesnym wieczór? W każdym bądź razie, bez względu na porę dnia, pogodę, stopień kaca, satan włosów i dzień cyklu, towarzyszyły mi same dobre myśli. Bo to jest Rok Dobrych Myśli. 
PMS to wymówka. I wyzwanie. Złe myśli będą z resztą pojawiać się nie tylko wraz z kolejnym zespołem napięcia przedmiesiączkowego. Cała sztuka polega na tym, by te dobre były silniejsze. I by świadomie je wybierać. Dla dobra swojego mężczyzny. Znajomych. Rodziny. Psa. Chomika. I siebie samej. Jak to zrobić by się udało? Odpowiedzi nie zjandziecie w nowym numerze "Party". Ani nigdzie indziej jak tylko w sobie. Warto! Pomyśl tylko - w najpaskudniejszym momencie cyklu powiedzieć sobie: "Rozkosznie wyglądasz, maleńka!" - to byłby dopiero niezły numer! 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Smakowało?