piątek, 30 stycznia 2015

Bloger, czyli panienka lekkich obyczajów

Nie mam szczęścia do taksówkarzy. Jeden nieomal wypadł za drzwi, wioząc mnie na egzamin z prawa jazdy. Inny mi się oświadczył, podczas gdy tak naprawdę nigdy nie chciał zostać moim mężem. Jeszcze jeden zwyzywał mnie od najgorszych po tym, kiedy podałam mu banknot 50 złotowy za kurs za złotych 4. To i tak lepiej, niż ostatni pan, który nie tyle wziął mnie za małoletnią oszustkę, ani też nie wziąl ode mnie bezbożnie wielkich pieniędzy, lecz posądził o bycie bezboż... Z resztą, posłuchajcie całej historii! W końcu darmowych sensacji nigdy za wiele.


Rzecz działa się nocą. Nic dziwnego, biorąc pod uwagę, że w styczniu noc zaczyna się już po godzinie 16. Nic dziwnego, biorąc pod uwagę rónież, że była to impreza integracyjna blogerów. Nie, żeby integracja wymagała ciemności. Blogerzy, owszem. Przecież to istoty raczej z gatunku płochliwych. Czają się zawinięci w kocyk przed ekranem komputera, klikając w klawiaturę i po cichu odmawiając paciorek w inetncji tego, ażeby nikt nigdy nie odkrył kim naprawdę są.

Naprawdę?

Cóż, tamtego wieczoru wszyscy blogerzy zrzucili z siebie kocyki. Zarzucili coś bardziej retro. I nie mam tu na myśli kocyka z wielkim nadrukiem kotów. My z dziewczynami - Elwirą, Kasią, Asią , Pauliną i Angeliką - postawiłyśmy na małe czarne. Białe korale. I czerwoną szminkę. Byłabym zapomniała - na mojej głowie pojawił się także toczek (czyt. taki mini kapelutek z piórami siatką na pół gęby). I to za jego sprawą zostałam wytypowana - ponoć jako osoba najbardziej reprezentacyjna - na siedzenie z przodu obok Pana Kierowcy. Czyżby to również za sprawą tego ustrojstwa Pan Kierowca wytrącony z uwagi, pobłądził? Cóż, byłabym niesprawiedliwa, pisząc, że zupełnie pomylił kierunki. Tak jak grzecznie prosiłyśmy, zawiózł nas do klubu. I to do takiego z słowem "Coco" w nazwie. Tylko jakoś za dużo czerwonych neonów jarzyło się w tej nazwie... Cholerka, wiedziałam, żeby ubrać nieco niższe szpilki! 

Ze wszystkich sił starając się nie użyć soczystych wulgaryzmów, poprosiłam Pana Kierowcyę by jednak podrzucił nas pod właściwy adres, czyli nie do Nocnego Klubu. Wytłumaczyłam też Panu Kierowcy, że nie jesteśmy panienkami lekkich obyczajaów. A blogerkami. Hm. Chyba, że obecnie to jedno i to samo...

Ukryty pod kocykiem bloger pisze. Nie dlatego, że lubi. Bo mu mama kazała. Bo to jest modne. Bo pisanie przyprawia go o ciary na dupie. Bloger pisze, bo chce coś z tego mieć. Paczkę makaronu. Podpasek. A najlepiej plik banknotów. Im tłustszy plik, tym grubsze historie jest w stanie sprzedać. 

Naprawdę?!




Cóż... Konferencja See Bloggers, której powyższy epizod z Nocnym Klubem był elementem, w ogromnej mierze składała się z - że się tak nieelegancko wyrażę - gadania o pieniądzach. Co zrobić, by dzięki blogu jednak pod koniec miesiąca mieć na waciki. Pardon, znów jestem niesprawiedliwa. Tak naprawdę, było o budowaniu zasięgów, pozyskiwaniu stałych czytelników, wymyślaniu chwytliwych nagłówków i wielu innych sposobach uczynienia bloga źródłem samo-rozwoju i samo-utrzymania. Prócz słuchania mądrych rzeczy, trzeba też był wykonywać różne zadania. A to już wymagało ociupinki wysiłku. 

Jeszcze więcej wysiłku wymaga teraz wprowadzenie w życie wszystkich pomysłów jakie w niezwykle strawny sposób zostały podane nam na talerzu w ciągu tych dwóch dni konferencji. Trzeba będzie przeanalizować statystyki, zmienić co nieco w szablonie bloga, a to dopiero początek... Uff... To brzmi jak... ciężka praca! Praca?!

Pozwólcie, że zdradzę wam pewien sekret. Bloger to nie panienka lekkich obyczajów. Zazwyczaj nikt nie płaci mu od tak za odsłonięcie rąbka tajemnicy życia. A jeśli już, to dlatego że jest cholernie ciekawy, ma coś sensownego do powiedzenia, tudzież inny talent, nawet jeśli miałoby nim być samo pisanie. I to o bzdurach (jak w moim przypadku...). Bloger nie za wszelką cenę chce siebie sprzedać. Jeśli by tak było, jedyną pamiątką jaką zabrałabym ze sobą znad morza, byłby plik wizytówek i notatki. Tymczasem najcenniejszym, co zyskałam są znajomości z żywymi ludźmi, z którymi gadałam na wiele innych ciekawych tematów, niż blogosfera. Z niektórymi tylko przybiłam piątke. Wymieniłam kolczykiZatańczyłam. Lub wypiłam Bubble Tea. Albo jedynie powłóczyłam wzrokiem, bo mieli na sobie czerwoną sukienkę. A byłabym zapomniała - zyskałam też mydełko. Najlepszy symbol konferencji jaki mógł być - w końcu oczyszczony został wizerunek blogera. 

Po zakończeniu konferencji czekało mnie kilka godzin czekania na busa. I dziesięć godzin podróży, po których zamiast do łóżka, musiałam udać się do redakcji, w której pracuję. Czy mocno jęczałam? Jęczeć wolę w łóżku. Tymczasem, zamiast tego wolałam ze smakiem oblizywać się na samą myśl o kolejnej edycji See Bloggers. 


A, jeszcze jedno - nauczyłam się również, że dla kobiety mojej postury, cztery drinki z udzaiłem whisky to jednak o jeden za dużo... 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Smakowało?