środa, 10 grudnia 2014

Wulgarny wpis z (prawie) happy endem

"Wyrwać mu fiuta! Nie, najpierw go ręcznie zmiażdżyć!" - warknęłam najgłośniej jak tylko potrafiłam, choć znajdowałam się w małym pomieszczeniu, dalej zwanym poczekalnią ( czyt. przedsionkiem piekieł). I mówiłam zaledwie do garstki osób. Nieruchomo wpatrzonych we mnie młodzieńców, o twarzach wolnych od zarostu, którzy nim zobaczą nagą kobietę, zobaczyli kobietę ogołoconą z nerwów. Następnie ostentacyjnie zarzuciłam sobie na szyję szal. Nie zacisnęłam go wystarczająco mocno, bo po drastycznym zatrzaśnięciu drzwi z moich ust nadal wylewaly się potoki niezbyt ładnych słów, które musiały odcisnąć piętno na psychice wszystkich napotkanych po drodze osób. 


Na swoje usprawiedliwienie miałam tylko fakt, iż chwilę wcześniej inna istota odcisnęła trwały ślad na mojej psychice. Zasadniczo to zniszczyła ją jak przetartą na pięcie skarpetkę albo zdeptała niczym wypalonego papierosa.

Owszem, po ostatniej parapetówce u mojego brata i przyjaciółki, wyglądalam jak osiem i pół nieszczęścia. W każdym bądź razie daleko mi do dziurawej skarpetki tudzież peta. Dlaczego zatem zostałam tak potraktowana? 

Bo miałam przyjemność uczestniczyć w egzaminie na Prawo Jazdy. A to, niespodzianka, przyjemnością nie jest żadną. W związku z  moją niechlubną tradycją i tym razem go nie zdałam. W związku z tym, że z słowem "porażka" jestem oswojona jak z geografią męskiego ciała i to nie było przyczyną mego gorszego samopoczucia. Ani nawet to, że tym razem nie zaliczyłam nawet placyku. Na czym oblałam? Prawdopodobnie nigdy się tego nie dowiem. Nim Pan Egzaminator zdążył wygłosić swoją kwestję, ja zabrałam swoją torebkę, nogi i godność za pas. 

Odpiełam pasy bezpieczeństwa, po czym z impetem, lecz bez szczypty entuzjazmu, pomaszerowałam uszczuplić mój portfel o kolejne 142 złote. Stojąc w kolejce, gdzieś pomiędzy jedną "kurwą" a drugim "chujem", miałam w głowie jeszcze kilka innych myśli. Po pierwsze, uświadomiłam sobie, że prawdopodobnie na tegoroczny sylwestrowy bal wybiorę się nago, bo oto wydałam odłożone na tą okazję pieniądze. Po drugie doznałam olśnienia. Nie, nie wpadłam na pomysł zarobienia pieniędzy poprzez napisanie poradnika, pt. "Jak nie zdać egzaminu na prawo jazdy". Otóż, dotarło do mnie, że prócz egzaminu na Prawo Jazdy, powinien też istnieć inny ważny egzamin - na Prawo Bycia Człowiekiem.


Aga Urbanek Ilustracje


Być może mam problemy z odróżnianiem strony lewej od prawej i nie potrafię parkować bez pewności, że nie skrzywdzę przy tym innych pojazdów. Daję jednak sobie prawo do błędów, bo jestem tylko człowiekiem. Albo raczej, człowiekiem. I posiadam wewnętrznego GPSa, który mi wskazuje, których granic nie mogę przekroczyć. Jestem pewna, że Pan Egzaminator posiada, co najmniej, jednego GPSa w swoim samochodzie. Tego wewnętrzego jednak próżno u niego by szukać... Chyba, że w dupie. Jeśli tylko jest tam jeszcze jakieś miejsce, bo śmiem twierdzić, iż ma w niej wszystkich, których egzaminuje... 

Nie chcę wyjść na samochwałę, ale muszę stwierdzić, że zaliczyłam bardzo wielu egzaminatorów, bo nie zaliczyłam bardzo wielu egzaminów. Jedni są wredni, inni mili, jeszcze inni gburowaci, a większość jest po prostu nijaka. Dzięki temu, że zdałam egzamin praktyczny z odróżniania tych wszystkich typów, wiem, że ostatnim razem miałam do czynienia z kimś, wobec kogo określenie "nijaki" wydaje się szczytem uprzejmości. 

Psychopata pasuje tu za to jak flaki do oleju. 

Człowiek (?!), który znęca się psychicznie na drugim powinien nie tylko trafić do sądu, ale nie powinien nazywać się człowiekiem. Tymczasem dumnie zwie się Panem Egzaminatorem i bezpardonowo zeszmaca swojego klienta - ośmiesza, zastrasza, każe wykonywać absurdalne polecenia, jak np. udowodnienie, że ma się na oczach soczewki... 

Gdy tylko wróciłam do domu i zażyłam odpowiednią dawkę czekolady, zaczęłam trzeźwo myśleć. Stwierdziłam, iż ktoś powinien wreszcie przeegzaminować działalność tego pana. I ją raz na zawsze zakończyć. Najlepiej boleśnie. Ktoś, czyli... ja? W końcu mam znajomości w prasie i telewizji! Może nie mam tylu fanów, co Dawid Kwiatkowski, ale jestem całkiem lubiana. I mam gadane. I zgrabną pupę. 

Już zaczęłam pisać donos, już zbierałam podpisy pod petycją, kiedy nagle zapaliła się we mnie lampka kontrolna. Nie ta odpowiedzialna za efekty uboczne, którymi w tym wypadku mogłoby być dozgonne wykluczenie mnie z grona posiadaczy prawa jazdy. Nie boję się zemsty. Zaczęłam się jednak bać o... Pana Egzaminatora. Bycie psychopatą to prawdopodobnie wystarczająca kara... Zobaczyłam w nim człowieka (?!), którego los nie obdarzył sympatyczną facjatą, ani apetyczną sylwetką. Co gorsza, on sam siebie raczej nie obdarza żadnym pozytywnym uczuciem. Może ja nie mam prawka, ale on zapewne nie ma rodziny, przyjaciół,  życia łóżkowego, a może też w ogóle nic nie ma z życia... W końcu jest potworem. Nie zasługuje na nic dobrego.

Mimo to, zamiast poszczuć go sądem, przy następnym spotkaniu postanowiłam się do niego miło uśmiechnąć. Nie uratuję tym samym wielu kursantów, ani też jego. Ale siebie - przed byciem kolejnym potworem. W końcu jestem człowiekiem. Jak udało mi się tego dokonać? Nie ukończyłam żadnego szkolenia w tym zakresie. Nie poszłam też na żadną psychoterapię. Nie stać mnie, bo robię prawo jazdy. Mam jednak jej najtańszy zamiennik - bloga. 

I nadzieję, że kolejnym razem trafię na pół ślepego egzaminatora... 



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Smakowało?