wtorek, 30 grudnia 2014

Suma wszystkich cudów

Koniec grudnia to zdecydowanie kiepski czas na robienie czegokolwiek, a tym bardziej całorocznych podsumowań... 

Mogłabym, na przykład, pochwalić się ilością zrzuconych kilogramów, gdyby nie fakt, że wszystkie nadrobiłam z nawiązką przez kilka ostatnich dni za sprawą karpia w galarecie. A byłabym zapomniała, towarzyszył mu makowiec, keks, sernik... I pierniki! Tłuszczu przybyło po Świętach, a jeszcze przed nimi ubyło zer na koncie... Stanem konta też się zatem nie pochwalę. Drogie prezenty? Żeby tylko... Trzeba było w końcu się jakoś prezentować przy wigilijnym stole! 

I nie tylko. W odświętnym stroju, ustami czerwonymi od barszczyku (a może jednak od grzanego wina?) mogłabym publicznie pochwalić się wypełnionymi co do joty postanowieniami... Mogłabym... Czyżby powstrzymywała mnie wrodzona skromność? Dałby dobry Bóg... To raczej coś powstrzymało mnie od ich wypełnienia. I tak oto u progu tworzenia listy noworocznych postanowień, z pewną dozą skrępowania, gdzieś pomiędzy życzeniami Świątecznymi, Noworocznymi oraz namiętnie mokrymi całusami pod jemiołą (a nawet bez jej udziału)  śpieszę ogłosić:

nie wypełniłam ani jednego postanowienia na rok 2014! 


A były tylko trzy... damn...

W tym momencie wypadałoby dla odwrócenia uwagi zaśpiewać jakiegoś skocznego szlagiera. Ewentualnie zrobić zestawienie czym zaskoczył nas Interent w mijającym roku. Najlepiej zaś w epicki sposób zapaść się pod ziemię... 

Tamtego popołudnia nie tyle zapadłam się pod ziemię, co w ziemię. Błoto, jeśli wchodzić głębiej w szczegóły. Wybrałam się do lasu rozciągającego się za moim oknem, by uciec od gwaru własnych myśli. 





Owszem, ucieczka jest dość dziecinnym sposobem na zagłuszenie ciążącego poczucia winy, wobec niezrealizowanych planów. Do tego zupełnie nieskutecznym... Myśli dogoniły mnie tu jak wygłodniały wilk z lasu...

To miał być Rok Cudów, jak obwieściła dokładnie o północy moja Starsza Siostra. Czy się zdażył? A co to jest ten cały cud?! Wygrana na loterii? Otrzymanie tytułu Mieszkanki Wiejskiej Roku? Ugotowanie stu nierozdwajających się pierogów? Zdanie (w końcu!) egzaminu na prawo jazdy?! Wydanie książki? Spłodzenie trójki potomków? Pojawienie się w roli tła na Wykop.pl ?! A może spędzenie całej nocy na 15 cm-owych szpilkach?

By uniknąć odpowiedzi na powyższe pytania, potu i rozlewu krwi, postanowiłam się czymś zająć... 

Ciszy było więcej, niż śniegu, więc lepienie bałwana odpadało... Jako że do najbliższej kuchni było nieco daleko, a pod ręką nie było kota, Twittera, Pana B., ani też Facebooka włożyłam ręce do kieszeni płaszcza. I wyjęłam z nich cud techniki. Honor 6

Nie licząc błota, las wyglądał jak dzieło z pracowni Svarowskiego. Mało profesjonalnym okiem spróbowałam uchwycić jego cudowność. Następnie niczym Heidi wdrapałam się na stos porąbanego drewna i zaczęłam przeglądać zdjęcia z całego roku. 






Potem zaczęłam czytać zapisywane w każdym miesiącu notatki. I odsłuchiwać wybrane nagrane rozmowy. Po nasyceniu się tymi wspomnieniami, odbeknęło mi się jednym stwierdzeniem: 


  "jestem szczęśliwa". 

Dzięki wszystkiemu, co rejestrował telefon, a o czym zapomniał mój umysł, zobaczyłam, iż to był cudowny rok, choć nie wydarzył się żaden z oczekiwanych cudów... Byłabym niesprawiedliwa, gdybym napisała, że nie działo się też nic. Statystyki bloga poszybowały wysoko w górę. I ja byłam w górach. I w górze (samolotem). Aż trzy razy nad morzem. Niezliczoną ilość przemierzyłam wzdłuż i wszerz kraj wódką płynący, by potem napisać równie imponującą ilość artykułów, relacji i wywiadów. Nie o wódce. Raczej o czymś znacznie słodszym. 

W środku lasu wydarzyło się też coś innego ważkiej treści -  zrozumiałam, że najważniejszy cud wydarzył się w środku mnie samej. Coś się poprzestawiało... To nie był nawet generalny remont. Raczej odkurzenie dawno nieużywanych elementów... Jak to się stało? Stawiam ciastko z kremem toffii temu, kto rozumie funkcjonowanie skomplikowanej  machiny rządzącej spełnianiem marzeń. W każdym bądź razie jedno jest pewne - czasem coś musi się nie wydarzyć, by było miejsce na przyjście Innego. Czasem trzeba zrezygnować z pewnych wyjazdów, spotkań, relacji... Nawet z pewnych marzeń! Marzenia bowiem wymagają naszego działania, by się spełnić. Tymczasem cuda, jak to cuda, często wydarzają się same z siebie. W momencie, gdy my znajdziemy czas i przestrzeń na ich przyjęcie.

Po zapadnięciu się pod i w ziemię, szybko się z niej podniosłam, by jeszcze w trakcie otrzepywania się z brudu, dodać, że nie żałuję niczego, czego nie zrobiłam w 2014 roku.  Ale noworoczną listę postanowień i tak zrobię. Choćby po to, by pod koniec kolejnego roku zrobić z siebie samej bałwana i  zdrowo się pośmiać z tego jak idiotyczne pomysły przychodzą nam czasem do głowy po wypiciu zbyt wielkiej ilości szampana...  

Wpis powstał w wyniku współpracy z marką cudownego telefonu Honor 6. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Smakowało?