czwartek, 4 grudnia 2014

P(l)an B.

Podobno człowiek w pewnym wieku staje się rozsądny. Wcale nie przybywa mu szarych komórek, ale nieco skuteczniej używa tych, w które niegdyś obdarzyła go Matka Natura. Zakłada czapkę, gdy robi się zimno. Albo zakłada, że jest taki kozak, że żaden mróz mu niegroźny. Prócz szarych komórek, korzysta też z nabytych przez lata doświadczeń. Wie, na przykład, że gdy na widoku zostawi kawałek tortu czekoladowego i oddali się na godzinę, ten w tajemniczych okolicznościach może zniknąć. Albo, że gdy facet wybiera piwo z kolegami zamiast ciebie, nie powinien nigdy nosić zaszczytnego tytułu twojego faceta. I też powinien zniknąć. 




Gdy ten jakiś czas temu faktycznie zniknął, znikęła też cała galaktyka moich zmartwień. A także plan na przyszłość... Wyrzuciłam zaręczynowy pierścionek i wyobrażenia o sukni ślubnej.

Cóż... wykazałam się nieproporcjonalną do mego zacnego wieku i śmiałej liczby doświadczeń wielkością naiwności, wiążąc się na tak długo z tamtym panem. Jeszcze większą jednak, nie mając żadnego Planu B. na wypadek rozstania... 

Całe szczęście, do owego rozstania doszło. A zaraz potem doszło do mnie, że nierozsądnie jest wszystko i wszystkich rzucać. Ten zarzut w żadnym wypadku nie przeszkadzał mi w zuchwałym pławieniu się w poczuciu szczęścia. Bez podkulonego ogona, za to z szerokim uśmiechem wróciłam zatem do domu rodzinnego. Na wieś. Zmęczona szybkim tempem życia w mieście, zdecydowałam się na jakiś czas zajmować jedynie pieczeniem hurtowych ilości kołacza z posypką, odwiedzaniu przyjaciół, zbieraniem jaj od kur oraz... niczym więcej. A, byłabym zapomniała - zabawą w pomidora. Innymi słowy, odpowiadaniem wciąż tej samej formułki na różne pytania o moją przyszłość. Wszyscy chcieli wiedzieć dokąd wyjadę. Z kim. Na jak długo. Z czego będą żyć. Czasem tylko wysilałam się na jakieś bardziej wyrafinowane odpowiedzi. W większości wypadków odpowiadałam jednak bezpardonowym szczerym:
 "nie wiem!".

Choć i to stwierdzenie, któregoś razu wydało mi się niestosowne. Nie byłam przecież jak ten wyblakły paragon, który już spełnił swoją życiową powinność i jedynym, co go czeka jest obmacanie dna kosza na śmieci. Przeciwnie. Im dłużej nic nie planowałam, tym dokładniej wiedziałam czego chcę. Zawodowo. I uczuciowo.  To nie było żmudne opracowywanie konkretnych kroków dalszych. Raczej rodzaj głębokiej intuicji. Intensywnej jak korzenny zapach roznoszący się po domu, w którym właśnie pieką się pierniki. 

Nic dziwnego, że chwilę potem zjawił się on. Św. Mikołaj? Nie, ten przynosi prezenty. Tymczasem, ten kto przyszedł sam prezenten był. Mój nowy plan. Pan B. Pojawił się dokładnie w tym momencie, w którym pogodziłam się, że utkwiłam w martwym punkcie. I ostrożnie jak gorące ciastka z piekarnika, zaczęłam wyciągać z siebie dawno nie używane marzenia... 

Czyżby skusił się na jedno z nich? 





Ty, czytelniku, znasz się z Panem B. od kilku wpisów. Ja z  Panem B. znam się całe życie. Nie jest to tandetna romantyczna przenośnia, ale jeden z przyjemniejszych faktów. Pan B. mieszka kilka domów dalej. Z tego tytułu widzimy się codziennie. Śmiem twierdzić, że tak czy owak ten kontakt byłby ciasny, jako że nasz związek jest dla nas pierwszoplanowy. By do takich rzeczy doszło, musiałam jednak rozluźnić więzy rodzinne i opuścić moje włościa . Ba, nawet zmienić plany życiowe, by odkryć, że ja i Pan B. pasujemy do siebie jak skórka pomarańczy do ciemnej czekolady. Bo mamy  dokładnie takie same pragnienia. To zaś tylko krok do... snucia wspólnych planówI ich realizacji. Za wyjątkiem jednego. Tym razem - choć już wiem, że powinnam mieć zapasowy Plan B. - z pełną trzeźwiością umysłu stwierdzam, że takowego nie chcę nawet mieć w zarysie. Bo nie chcę już nikogo prócz Pana B.

Całe życie sądziłam, że takie rzeczy dzieją się tylko, gdzieś za górami i lasami, ewentualnie po drugiej stronie miedzy, ale nie na moim własnym podwórku... Tymczasem to prawda, że gdy spotyka się we właściwym czasie właściwą osobę, myśli materializują się szybciej, niż zajmuje posmarowanie bułki masłem. I wszystko idzie równie gładko jak po tym maśle... Zabawne, ale nagle uświadomiłam sobie, że Pan B. wcale nie jest Planem B. Ja dopiero teraz zaczęłam realizować mój życiowy Plan A

Zupełnie bez przygotowania. Nie wiedząc jak. Kiedy. Z kim. Za ile. Mając w ręce kostkę ulubionej czekolady. I drugą wyciągniętą w kierunku najistotniejszych marzeń, które przez całe życie spychałam na plan dalszy. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Smakowało?