sobota, 1 listopada 2014

To nie jest tekst o życiu pozagrobowym

Po tym, jak zobaczyłam pół odcinka programu zatytułowanego "Kto poślubi mojego syna", sądziłam, że już nic mnie nie zaskoczy. A jednak. Ilość lajków jakie nazbierałam pod zmianą swojego statusu na portalu społecznościowym sprawiła, że jeszcze mocniej wybałuszyłam oczy. I byłam przekonana, że to kres ich możliwości, kiedy dokonałam pewnego epokowego odkrycia. Gdy ostatnim razem dokonałam w moim laboratorium (czyt. łóżku) skanowania mózgu (autorefleksji) wyszło, iż równie często jak o seksie, myślę o... 

śmierci




Wyprzedzając w pełni uzasadnione pytania, dopowiem, iż te tematy wyprzedziły inne, takie jak: jedzenie, czekolada (owszem, to również jedzenie, ale tak ważne dla mnie jak paski dla zebry), ciuchy, zarobki, sytuacja czytelnicza w Polsce. Można umrzeć z nudów, prawda? A propos umierania... 

Nie myślę o nim od święta. To znaczy, nie tylko w Halloween, kiedy trup łypie na mnie okiem (o ile w ogóle to oko ma...) z sklepowej półki, ciastko przybiera postać zwłok, a znajomi - dosłownie! - grobowy wyraz twarzy. 





Nie myślę też tylko, gdy nad tym grobem stoję. Szczerze powiedziawszy, wtedy zazwyczaj władają mną natrętne myśli o babcinym bigosie, serwowanym tradycyjnie w 1 listopadowy wieczór. Nie ma miejsca, ani czasu na spokojne dumanie o zgonie. Dopiero, gdy wygaśnie mój apetyt i  zgasną wszystkie znicze, pojawia się przestrzeń do myślenia o tym, co nastąpi, gdy i mój płomyk podzieli los tych cmentarnych... 

Gdy segreguję skarpetki. Kupuję koncentrat barszczyku. Nakładam odżywkę na włosy. Wyrzucam resztki po obiedzie (jeśli jakimś cudem takowe zostały)... Myśli o śmierci przeplatają się z prozą mojego życia jak nogi nazbyt głodnych siebie kochanków. Czyżbym kochała śmierć? Ilość czarnych ubrań w mojej szafie zdecydowanie nie przekracza normy. Nie ma mnie też na liście żadnych emo grup. I nie często odwiedzam cmentarze... Cóż, wszystko wskazuje na to, że moja fiksacja ma inne podłoże... 

Cóż jest tak fascynującego w schodzeniu myślami pod ziemię, że nie mogę przestać o tym myśleć? 

Życie.

Każde pudełko czekoladek kiedyś się kończy. I dopiero, gdy to sobie uświadomimy, poczujemy smak każdej jednej z większą intensywnością. Nie uszczkniemy ani jednej nuty smakowej.  Nawet jeśli to będą to okruchy czekolady zlizywane z czyichś warg...

Paradoksalnie, dzięki myśleniu o śmierci intensywniej żyję. Ostatnimi czasy, na przykład, zakochałam się na zabój, uśmiercając tym samym swój singielski tryb życia oraz swoje (i innych biedactw) szanse na nieplanowane randki, międzymiastowe melanże, blogerskie romanse i całowanie z kilkoma facetami na raz. Czy wobec tego moje pośladki są ściskane przez żal? 

Cóż, pewnie gdybym była w związku jedynie dla zabicia czasu lub też dojmującego uczucia samotności, odpowiedź byłaby oczywista. Oczywiście, jest zgoła inaczej. Czyżbym zawdzięczała to dobremu wychowaniu? Nie chcę ujmować moim rodzicielom, lecz i to jest efektem wzmożonego myślenia o śmierci.

Nie boję się pośmiertnej kary za noszenie zbyt seksownej bielizny w miejscach do tego niewskazanych. Zerkając nieśmiało do potencjalnej trumny opatrzonej moimi inicjałami, obawiam się jedynie tego, że mogłabym przypadkiem nie zdążyć z realizacją moich najważniejszych marzeń. 

Czyżbym z tego tytułu spędziła dziś nadprogramową liczbę godzin uprawiając grobbing? Cóż, zważając na świeżość mojego związku, muszę przyznać, iż sporo było dziś uprawiania... Pewnie wyjdę na sztywniarę, jeśli nie opiszę pikantnych jego szczegółów. Nie mniej, nigdy jeszcze mi tak nie było daleko do świata sztywnych. Randkuję codziennie. Innymi słowy, śpię codziennie cztery godziny. Przy takim trybie, prawdopodobnie, za rok nie będę potrzebowała halloweenowego przebrania za zombie. A co, jeśli będę potrzebować przebrania panny młodej? Na samą myśl czuję się jeszcze bardziej ożywiona. A to tylko dowód na to, że od myślenia o śmierci jeszcze nikt nie umarł.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Smakowało?