wtorek, 25 listopada 2014

Co z tą brodą?

Jedni odliczają czas wedle długości nieogolonego zarostu, inni według grubości kurzu jaki zbiera się na szafie. Ja tam w tym celu wolę zajrzeć do telewizora. Gdy na ekranie pojawia się nieskalana zarostem twarz Maculaya Culkina, mam niezawodną pewność, że oto minął rok i znowu zbliżają się Święta... Innymi słowy, pora zabrać się za porządki. W związku z tym, że zbędny zarost (z łydek) i kurz (zewsząd) usuwam na bieżąco, pozostaje pozbyć się staroci zalegających na półkach. Pod półkami. I między nimi. Między innymi, stert papierzysk, bez których nie potrafię się obejść od czasu, kiedy nauczyłam się pisać. Wśród nich znalazłam pewną starą listę wykonaną moim (!) pismem. Miała 30 punktów. Nie było to zestawienie najlepszych czekolad. Ani list do św. Mikołaja (wtedy ta lista była by o wiele dłuższa). Był to ciąg wymagań jakie powinien spełniać mój wymarzony facet. Były różnorodne - od koloru włosów, poprzez zasobność portfela, rodzaje uprawianego sportu, na upodobaniach kulinarnych kończąc. O, dziwo, nie było wśród tych wymagań słowa o wąsie. I brodzie


I oto był dopiero znak czasu... 

Dziś, sytuacja wyglądałaby zgoła inaczej. Goła twarz jest passe, stąd mężczyźni plasowaliby owłosienie na pierwszym miejscu swego listu do Mikołaja. Ten biało-włosy brodacz zapewne by im okazał zrozumienie, a nawet przyklaskał. Podobnie jak panie. Te z całą pewnością w tym roku nie będą miały kłopotu z pomysłem i na swój prezent. Tym będzie brodaty kochanek. Również z pomysłem dla niego nie będzie kłopotu - wystarczy mu sprawić ostre nożyczki do przycinania włosia. Lub też bon do wykorzystania w modnym barber shopie. Taki upominek zapewne zaświadczy o tym, że kochamy modę. A może i posiadacza brody? Za ową brodę?! Dobre sobie... Nie urągając kobietą, które lubią wtulać się w gęsty zarost, postanowiłam wejść w gąszcz tego włosia i zadać Wszechświatu pytanie - 

o czym świadczy broda?! 


Moje pytanie zaiste musiało być wypowiedziane desperackim tonem, bo Wszechświat pospieszył mi z odpowiedzią. Przecież to oczywiste. Broda to powrót do prawdziwej męskości. Do bycia samcem, któremu nie straszny lew, szajka kiboli, a nawet kobieta z PMSem. Do samca, który ma poważniejsze sprawy na głowie, niż dbałość o to, co ma na głowie, twarzy i ciele całym. Do samca, który jest drwalem - silnym, brudnym i dzikim. Już biegłam obwieścić mojemu mężczyźnie, że jeśli tylko pragnie się nie golić przez najbliższy miesiąc, ma moją  pełną zgodę, kiedy kątem oka przyuważyłam duży niepokojący bilboard. Na plakacie dumnie prężył się owy drwal. Z wydepilowanymi brwiami. Nazbyt równo przyciętą brodą. Idealnie wyprasowaną koszulą. I... zaraz, zaraz, czyżby to coś na jego twarzy to był make-up?






A więc to wszystko to kpina. Przykrywka. Przebranie. Broda o niczym nie świadczy, a już na pewno nie o tym czy facet potrafi sprawnie obsłużyć się siekierą... Tak oszukana nei czułam się nawet, gdy odkryłam, że pod brodą św. Mikołaja kryje się babcia... Pełna żalu i gotowa poćwiartować na kawałki tych, którzy sprawili, że na chwilę uwierzyłam w ten kawał, nagle doszło do mnie, że jeszcze nie wszystko stracone... 

Bo jeśli nie drwal, to może... rolnik?

Taki nie musi mieć brody, by okazać się prawdziwym mężczyzną. Ma przecież trzodę, kilka hektarów pszenicy i kombajn. Ktoś kto potrafi okiełznać taką maszynę, musi też wiedzieć jak zająć się kobietą. Tak? Tu z odpowiedzią nie pospieszył mi Wszechświat, ani Paulo Coelho, lecz Telewizja Polska. Finał programu, w którym rolnik szuka żony okazał się tak rozczarowujący jak odpowiedź na powyższą wątpliwość wyrażoną w słowie "tak?". Okazało się, że to nie rolnik, lecz żona szuka rolnika... Ściślej, prawdziwego mężczyzny. Tymczasem ten szuka jedynie świętego spokoju. Kobieta (czyt. obcy) w domu ten spokój zakłóca. Bo przekłada porozrzucane w ustalonej konstelacji skrapetki. Bo wymaga. Nie tylko pozbierania tych skarpetek. Masażu stóp. Komplementów. Przy dobrych wiatrach, kwiatów. Wymaga zmian, gdyż życie razem to nieco odmienna forma, niż wegetowanie w pojedynkę. Bycie razem oznacza, na przykład,  odpowiedzialność za drugą osobę. To słowo przerosło nawet najbardziej rosłego uczestnika programu. Okazał się świnią, bo nie podzielił się korytkiem...

I tak oto uroczyście znajdujemy jedyną słuszną odpowiedź na pytanie, co czyni osobnika płci męskiej prawdziwym mężyczyzną. Nie jest to broda. Ani traktor. Ani stado owiec. Męskość nie tkwi w tym jak mężczyzna wygląda, skąd pochodzi, ani jaki zawód wykonuje. To raczej pewien sposób myślenia o sobie i świecie, który oznacza troskę o to, co się oswaja. I solidną dbałość o to, co się uprawia, zwłaszcza jeśli to miłość. Bo ta wymaga najwięcej pracy i potu.

Jeśli rolnik nie zna zasad oswajania, to cóż dopiero ktoś, kto jedyne, co wyhodował to broda?! Czy są jeszcze tacy prawdzimi mężczyźni?! Cóż... Tym martwić się już nie muszę... 

Dobrze było znaleźć tą starą listę wymagań, bo uświadomiłam sobie, że mój obecny kawaler posiada prawie sto procent wymaganych przeze mnie cech. To zaś znaczy, że jest nie tylko mężczyzną, ale mężczyzną idealnym dla mnie. A w takim wypadku jego owłosienie przestaje mieć znaczenie. Pardon, ma znaczenie - brak brody oznacza, że nic mnie nie łechce ani nie kłuje podczas, gdy on mnie całuje. Brak owłosienia na klacie oznacza, że nic mnie nie łechce i nie kłuje, gdy ja go całuję. Z takim mężczyzną wszystko pójdzie mi gładko! 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Smakowało?