czwartek, 23 października 2014

Prawdziwych przyjaciół poznaje się w... szczęściu!

Raz na jakiś czas muszę to zrobić. I one też. Zakładamy wtedy raczej trampki, niż szpilki. I odkładamy wszystkie inne pilne sprawy na bok. Dokładamy wszelkich starań by nic i nikt nie zakłócił tego wyjątkowego momentu. Ładujemy się do auta. I już wtedy wiadomo, że ładunek który wiezie niedomagający czerwony Golf to nie tylko cztery (raczej) młode kobiety. To coś znacznie cięższego kalibru... 

Mniej więcej, coś tak ciężkiego jak podwójny cheesburger z frytkami zapity mlecznym słodkim shakiem. I dociśnięty francuskim ciastkiem z prażonymi jabłkami. Nic dziwnego, że wkrótce czerwony golf parkuje w świetle jarzeniowego znaku w kształcie litery "M". W miejscu, gdzie hamburgery puszczają do klienta oko, nawet, gdy ten siedzi na toalecie. My jednak nie przyjechałyśmy tam wkładać coś do ust. Ani siedzieć przy stole. Lecz wykładać wszystko kawa na ławę. Dlatego zamawiamy jedynie kawę. Pardon, przy nazbyt drastycznych tematach herbatę, by dodatkowo nie podnosić sobie adrenaliny. Innymi słowy praktycznie zawsze pijemy herbatę... Zawsze bowiem okazuje się, że którąś facet poirytował. Ukąsił. Rzucił. Albo w najgorszym wypadku nie robi nic... Nic jednak lepiej nie scala naszego babskiego grona jak właśnie dzielenie owego pierwotnego feministycznego smutku zmieszanego z sporą dawką złości i doprawionego gorzkim żalem. Żadne słodkości nie ukoily by bardziej złamanego serca jak pełne zrozumienia spojrzenie przyjaciółki. Spojrzenie, które mówi:

 "Nie martw się mała, jak będzie potrzeba, odgryzę temu poparańcowi jądra!"

Nasze babskie wieczory przez wiele lat upływały niewzruszenie w rytm tych samych zażaleń. Aż pewnego dnia nasza przyjaźń została brutalnie wystawiona na próbę. Przez faceta, ma się rozumieć. Oto wśród grona (może nie do końca) zażartych singielek wyłoniła się jedna, która nie tylko przestała narzekać na pewnego absztyfikanta, lecz postanowiła zostać jego żoną. Oczywiście, jedna mężatka jeszcze rozłamu nie czyni... Problem tkwił w tym, że jej wybrankiem okazał się być... mój brat

Jak to wszystko pogodzić?! 

Koniec końców, pogodziłam się z tym, że nie usłyszę już więcej o jej pikantnych łóżkowych ekscesach (przynajmniej nie tak szczegółowo, jak bym tego sobie życzyła...) oraz z tym, że kolejną torebkę popcornu będzie dzieliła z moim bratem, nie ze mną... Jeśli w ogóle będzie chciała ze mną do kina pojechać... 

Zasadniczo, na pisanie tego typu scenariuszy nie było czasu. Ich ślub odbył się równo po roku znajomości, wobec czego miałam na głowie znacznie poważniejsze dywagacje. Jak w tak krótkim czasie zrzucić kilka kilogramów i  z kim pójść na tak ważką uroczystość? 


To jest autentyczne weselne ciastko.



Po tym jak dostałam kosza od pewnego osobnika, który nazbyt poważnie potraktował moją sympatyczną propozycję, popadłam w coś, co można by roboczo określić jako przed weselna sraczka. I wtedy pojawił się on! Nie, nie duch Patricka Swayze. Ale prawie! Mój kumpel z dawnych lat, który z wielką radością przystał na weselene tany i tym samym miał potwierdzić, że prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie. Nadto, że jest świetnym tancerzem! Tak świetnym, że wygraliśmy butelkę wódki w konkursie na najlepszy taneczny show. Nie wiem czy więcej było w tym tańca czy show, ale jedno jest pewne - to była najlepsza impreza w moim życiu. Niekoniecznie dlatego, że trwała do białego rana, w rogu sali stała czekoladowa fontanna, a na kolację podano tatara. Gdzieś pomiędzy jednym kieliszkiem, a drugim krokietem zorientowałam się, że jestem szczęśliwa, bo najbliżsi mi ludzie - brat oraz przyjaciółka - są szczęśliwi. 

I chyba właśnie po tym poznaje się prawdziwą przyjaźń. Miło jest razem ponarzekać, jeszcze milej za sprawą tych narzekań razem obalić butelkę cydru, ale dopiero gdy potrafisz się z kimś naprawdę głęboko cieszyć, pomimo bólu nóg (przeklęte zielone szpilki!) i mimo wszystko, to znak, że ten ktoś nie jest materiałem na przelotną znajomość, lecz na całe życie. I dla mojego brata. I dla mnie. 

Po tym jak moja przyjaciółka zdecydowała się spędzić resztę życia z moim bratem (jak ona to wytrzymuje?!), ja zdecydowalam, że w żadnym wypadku nie wadzi to również w kontynuowaniu naszych babskich spotkań. Przeciwnie. Są jeszcze częstsze, bo od tej pory uczestniczy też w każdej rodzinnej imprezie (jak ona to wytrzymuje?!). Tak więc nie tylko nie straciłam przyjaciółki, ale wręcz zyskałam - nie tylko kolejną bratową. Otóż, moja nowa bratowa ma trzech braci... Już kolejnego dnia, na nieoficjalnych poprawinach w domu panny młodej, zdążyłam zorientować się, że oni również są materiałem na dobrych znajomych. Zaraz po tym jak okazało się, że tego popołudnia moja Starsza Siostra ma randkę, mój starszy brat żonę i dziecko, mój młodszy brat żonę i pracę nad dzieckiem , a mój weselny partner kaca podupadłam na dobrym nastroju. Zamiast jednak zwoływać kolejne babskie spotkanie by o tym w płaczu opowiedzieć, znalazłam kompana na wieczór. Zważając na to, że przemyciliśmy do kina butelkę weselnego wina, to był bardzo wesoły wieczór. Choć oglądalismy raczej smutny film. A skoro zgodnie wybraliśmy wspólny śmiech zamiast płaczu, to może rokować na to, że trafiłam na kogoś kto zasili szeregi moich przyjaciół. To by ci był dopiero psikus. Przysłowie trzeba by było zmienić aż dwukrotnie - prawdziwych przyjaciół poznaje się nie w biedzie, lecz w wesołości. A najlepiej na weselu

Hmm... tylko czy nowo poznanego znajomego całuje się na koniec wypadu do kina? Nie wiem... Nie wiem też czy to to weselne wino czy może coś ciut ambitniejszego. Ale kto by się nad tym zastanawiał skoro to był tak smakowity pocałunek!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Smakowało?