niedziela, 21 września 2014

Zanikający gatunek

Na Wielkanoc święcę jajka, na Boże Narodzenie jem karpia, w czwartki depiluję brwi, a w sobotę wieczorem... jej! Jak to się stało, że tak zażarcie praktykująca tradycjonalistka pozwoliła zaniknąć jednej z najważniejszych tradycji?! A no tak - byłabym zapomniała - przez ostatnie półtora roku byłam w związku... Odkąd jednak Pan Taksówkarz zniknął, pojawiła się we mnie dzika ochota na nadrobienie straconego czasu. Postanowiłam odświeżyć zwyczaj oraz siebie i...
poszłam na imprezę. 

Nic nadzwyczajnego. Trzy kobiety. Dwie paczki chipsów. Jedna butelka. Wiele plotek. 

Może to ta jesienna aura, ale podjęłyśmy dość melancholijne tematy. Koniec związku, na przykład. W związku z tym, że moje przyjaciółki miały już po dziurki w nosie słuchania o mnie i Panu Taksówkarzu, wyręczyła mnie Starsza Siostra. Całe szczęście, ona także miała w rękawie smutną opowieść o tym jak się rozstała... Rozstała? To chyba za dużo powiedziane. Pewnego razu, po tym jak zaliczyła z swoim absztyfikantem całowanie się w parku, samochodzie, a nawet poznanie jego znajomych i rodziny, on przestał się odzywać. Tak po prostu. Po tym jak mieli już zaplanowane jak spędzą kilka kolejnych miesięcy, Starsza Siostra nie wahała się wysłać do niego kilka smsów z uprzejmym zapytaniem, co się dzieje. Jedyne, co otrzymała była - o jakże - wyczerpująca odpowiedź (cytuję!): "nie". Czy to znaczy, że zerwał? A może miał po prostu gorszy dzień? To na zawsze miało pozostać gorzką tajemnicą.

On w ogóle nie chciał rozmawiać. Za to my mogłybyśmy tak gadać bez końca. Całe szczęście chipsy wkrótce się skończyły. I żarty też. Od teraz zamiast jednej butelki miałyśmy dzielić jeden szczytny i poważny cel - poderwać faceta. Zasadniczo nic trudnego, gdy ma się na sobie wysokie szpilki, a w sobie odpowiednią dawkę alkoholu. Z gąszczu sposobów na podryw trzeba tylko wybrać ten, który nam odpowiada i ruszyć na łowy. 

Nie wiem czy to chęć spalenia zjedzonych łapczywie czipsów czy też pragnienie lansu poprzez publiczne pokazanie się w dawno nie zakładanej bluzce, w każdym bądź razie nasze (już wtedy obolałe od tychże szpilek) nogi poprowadziły nas na parkiet pewnego modnego klubu. 
Nie wiem czy to ten aromat bekonowych chipsów czy też dawno nie zakładana bluzka, ale już wkrótce na parkiecie pojawiło się sporo smacznych kąsków. A mimo to plan z podrywaniem facetów zakończył się fiaskiem... Nie poderwałyśmy żadnego. To oni nas poderwali! Nim się zorientowałam z oczu zniknęły mi przyjaciółki, bo zasłoniła je wielka męska klata. Skąd mam wiedzieć czy owłosiona?! Po tym jak przetańczyliśmy kilka upojnych kawałków, zdążyłam zorientować się jedynie, że ta klata jest nienagannie umięśniona. Nim jednak dostąpiłam bliższego  z nią zaznajomienia, jej właściciel znikł! Nagle jak batonik leżący zbyt blisko mojej ręki.






Kopciuszek zostawił po sobie pantofel, a właściciel klaty niesmak. Jak raczył mnie na chybce powiadomić musiał uciekać do... swojej dziewczyny (jak jej nie współczuć?!)! Hm... Czyżbym była dla niego tylko grą wstępną? Prawdopodobnie. Na pewno coraz więcej facetów gra w nagłe znikanie. Czyżby wszyscy mieli coś do ukrycia? A może to atawistyczny odruch wobec lęku, który pojawia się na myśl o zrobieniu kolejnego kroku? Pół biedy, gdy ten krok wiedzie do sypialni, ale gdy prowadzi w coś nieznanego (poważna relacja) facet może znienacka prysnąć, a na jego miejsce pojawić się... mały chłopiec

Nie mam mężczyznom za złe tego, że nie chcą się zbyt szybko (tudzież w ogóle) wiązać. Nie każdy musi lubić plątać się w welony,  zmieniać statusy i dzielić się czekoladą. Ja sama w chwili obecnej mam smaka mieć ją tylko dla siebie. Nie mniej, mam za złe, nie tylko mężczyznom, że nie potrafią... kończyć! Czy tak trudno jest powiedzieć: "Przepraszam, ale chyba to nie moja bajka". Jakiekolwiek byłyby słowa pożegnania, są one lepsze, niż żadne. Ponoć po tym jak kończy facet poznać właśnie prawdziwego mężczyznę. Dla mnie eleganckie zakończenie czegokolwiek to raczej dowód na bycie po prostu dorosłym człowiekiem. Najwidoczniej szczera rozmowa to fenomen zanikający.

Cóż, wszystko kiedyś się kończy (może tylko nie "Klan"...). Słoik z Nutellą, sezon na truskawki, baterie w pilocie, katar, lato... Może i dobrze, że zamiast niego mamy jesień. Żadna inna pora roku lepiej nie uczy jak kończyć z klasą - stopniowo żółknące liście, powoli opadające kasztany, delikatnie niknąca mgła... Nic tu się nie dzieje nagle, drastycznie, bez uprzedzenia.  W takim wypadku ja uprzejmie zawiadamiam, iż niniejszym wieńczę ten wpis, mając nadzieję, że tej jesieni kilku facetów jednak dojrzeje. W końcu niektóre jabłka pełni smaku też nabierają dopiero jesienią. Chętnie zanurzę swoje usta w takim jednym, by zakończyć etap flirtu i sprawić, by ta znajomość nabrała rumieńców.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Smakowało?