wtorek, 9 września 2014

Stosunki przedmałżeńskie

Niektórzy sądzą, że to grzech. Nie wiem, czy mam tu coś do gadania, bo księdzem nigdy nie byłam, a i już raczej nie będę. W każdym bądź razie, ja wierzę, iż prawdziwym grzechem jest bezwiednie ufać, że facet, który ma wielki numer buta ma też wielkie przyrodzenie. Zabobony powinniśmy zostawić naszym babciom, bajki dzieciom, a samym sobie to, co robią dorośli - weryfikację pobożnych życzeń z rzeczywistością. Może się okazać, że ta rzeczywistość przerasta (oby!) nasze najśmielsze oczekiwania. Albo jest po prostu inna, niż tego sobie życzymy. Grzeczne dziewczynki czekają aż ta rzeczywistość je zastanie. Grzeszne same wybierają taką rzeczywistość, która odpowiada ich pragnieniom.
W związku z tym, że należę raczej do grupy drugiej, nie zwisa mi to, co facetowi zwisa.
Seks jest tak ważny w związku, jak cukier w czekoladzie. Nie stanowi jego podstawy, ale wydobywa całą głębię smaku. Bez cukru czekolada byłaby nie zjadliwa. Podobnie jak życie pod jednym dachem z facetem, którego spółkowanie interesuje tyle, co używanie podpasek... Dlatego, nim zaczniemy dzielić z nim wspólny adres, nazwisko i paczkę płatków śniadaniowych, należy sprawdzić, co facet chowa.

Nie tylko w majtkach. W głowie też. Stosunki przedmałżeńskie odbywają się bowiem nie tylko w łóżku. Przeciwnie, jeśli tylko do tego łóżka się sprowadzają, można podejrzewać siebie i jego, że to, co uprawiacie jest wszystkim innym, ale nie miłością. Na stosunki składa się całokształt relacji z tym jak partnerzy zwracają się do siebie na dzień dobry. I gdy mają gorszy dzień. I jaki jest ich stosunek do innych ludzi. I w ogóle świata.





W związku z tym, że w mojej szufladzie od pewnego czasu zalega pierścionek, którego nadawca czeka na odpowiedź, postanowiłam bliżej i uważniej przyjrzeć się mojemu związkowi. 

Zaraz na początku mych obserwacji napotkałam jednak pewien problem, w postaci 140 km odległości między mną a Panem Taksówkarzem. Niby to nie tyle, co dzieli Islandię i Egipt, ale jednak o popołudniowym wypadzie na frytki mowy nie ma. Jeśli spontaniczny wypad na wspólne żarełko jest nie możliwy, czy możliwym jest w ogóle budowanie prawdziwej bliskości?

Póki co, bliżej nam do trójkącika (ja, on i coś co nas dzieli: odległość, religia, hobby, wiek, pochodzenie - niepotrzebne skreślić), niż ludzi dążących do zalegalizowania swojego związku. Wspólnie imprezujemy. Pomagamy w potrzebie. Oglądamy filmy i je komentujemy. Gotujemy i konsumujemy. Nie zgadzamy się w wielu kwestiach, ale nie zakłóca to naszego współżycia, bo ono odbywa się raz w tygodniu. Phi!

Raz w tygodniu można pójść do kościoła. Albo wyprać bieliznę. Lub też zjeść wielkie, tłuste golonko. Ale nie zbudować związek! A tym bardziej go odbudować, po tym jak zaczął przypominać uzębienie staruszka, który jadł przez całe życie za dużo cukierków.

Być moje nie jestem specjalistką, bo to dopiero moje pierwsze zaręczyny, nie mniej mam niejasne przeświadczenie, że to czas, w którym stosunki powinny być jeszcze bardziej soczyste i jeszcze smaczniejsze. Znaczy się, jeśli takie są to chyba najlepsza odpowiedź na to czy pierścionek powinien na stałe zagnieździć się na moim palcu. 

...

Pan Taksówkarz zna mój stosunek do związków na odległość. Co prawda ostatnim czasy ustosunkował się pozytywnie do mojego pragnienia założenia welonu i rodziny, ale w pozostałych kwestiach nic nie uległo zmianie, choć było na to stosunkowo dużo czasu. Jeśli przed małżeństwem te stosunki tak wyglądają, to co będzie po ślubie?

Niestety magiczne pierścienie występują tylko w literaturze fantasy. 

Podobnie jak happy endy. Nic się nigdy nie zmieni.

Czy to jednak oznacza porażkę? Mój stosunek do tego, co przynosi mi życie jest dokładnie taki jak do pudełka czekoladek - jem wszystkie, nawet jak smakują wyjątkowo gorzko.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Smakowało?