piątek, 8 sierpnia 2014

Szybki kurs odpompowywania ego

W momencie, w którym moje życie wreszcie zaczynało nabierać znamion normalności i przypominać klasyczną bombonierkę, los zrobił mi kolejnego drobnego psikusa. Dobra. Ten "los" ma imię. A nawet nazwisko. I czarne włosy na klacie. 

Zjawił się nagle bez zapowiedzi. To, co zdarzyło się między nami prawdopodobnie na zawsze zmieni moje myślenie lodach w wafelku, ławce w parku i starym kościele... 





 Węszycie tani letni romans dla podlotków? Cóż, nigdy nie stroniłam od wcielania takowych w życie. Ten blog jest tego soczystym świadectwem. Tym bardziej, żałuję, że to doświadczenie z romansem nie miało zbyt wiele wspólnego. Przyznam, do najłatwiejszych nie należało. Jeśli potraficie wyobrazić sobie krem z gorzkiej czekolady na bazie żołądkowej gorzkiej, bez dodatku cukru, to miało właśnie taki smak...

Po tym, co zaszło, zamiast zapisać się na psychoterapię, postanowiłam zapisać wszystko na blogu. Skrupulatnie. Szczerze. Bezczelnie.
Poczułam znajomy dreszcz przechodzący od potylicy aż do palców obu rąk i już miałam pozwolić im śmigać po klawiaturze jak łania młodym jelonkom po leśnej polanie, kiedy nagle coś mnie powstrzymało.
Nie była to jednak wielka Godzilla zmierzająca w kierunku mojego domu (kto by pomyślał, że Godzillę skusi zapach czekolady?!). Ani też deszcz żab. To było coś wstrętniejszego. Pytanie do samej siebie , czy powinnam o tym wszystkim w ogóle pisać...


Kto jak kto, ale jeśli już ja zadaję sobie takie pytanie, wiedzcie, że coś się dzieje...   

Wszyscy doskonale wiem, iż pozostawanie sam na sam z niezręcznymi pytaniami jest równie nie miłe jak odkrycie, że ktoś wypił ostatni łyk kawy z naszego kubka. Zrobiłam zatem coś, czego do tej pory nie dopuszczałam nawet do świadomości - zapytałam o opinię w sprawie wpisu na bloga  znajomych. Ci jednak zostawili mnie z odpowiedziami równie lakonicznymi i bezpłciowymi jak gdybym prosiła o wypowiedź w sprawie nowego uczesania Karla Lagerfelda ( o ile ten nie nosi peruki...). 

Nie pozostawało mi nic innego jak udać się z tym samym do prowodyra tej całej sytuacji. Ten zaś odparł, że jest to zdecydowanie nie odpowiedni materiał na bloga. A ja pomyślałam, że brzmi strasznie staro, gdy mówi tak poważne rzeczy tak poważnym tonem...

I to był ten moment, w którym już wiedziałam, że zdecydowanie powinnam popełnić ten wpis. 

Gdybym chciała ukrywać co ciekawsze kąski z mojego życia w ścisłym sekrecie, w wieku 20 lat zamknęłabym siebie w szafie lub - za wzorem Kate - wżeniłabym się w Królewską Rodzinę. I robiła tylko to, co wypada. Skończyłoby się jednak na tym, że pewnie zanudziłabym się na śmierć. I przestała w ogóle śmiać. Nic tak bowiem nie bawi jak robienie tego, co nie przystoi (w pewnym wieku, profesji, miejscu...) oraz nasze własne życie oglądane z dystansu. Dla mnie najlepiej, gdy ten dystans wynosi dokładnie tyle ile czubek mego nosa od ekranu mojego komputera.
Powinno się pisać o wszystkim, bo ze wszystkiego powinno się śmiać. Nie wyśmiewać, ale z uniesionymi kącikami ust stwierdzać, że wbrew pozorom, nie jesteśmy pępkiem świata, a wydarzenia naszego życia - choćby i bardzo wzniosłe - nie predysponują nas do traktowania siebie z śmiertelną powagą. Im bardziej serio siebie traktujemy, tym bardziej puchnie nasze ego. 

Spuchnięte ego brzmi niezbyt pociągająco. Idę zatem je przebić. Innymi słowy, opisać to, czego nie powinnam...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Smakowało?