poniedziałek, 4 sierpnia 2014

Naga prawda o kłamstwie

Ostatnimi czasy blogerzy bezustannie wychodzą z propozycjami jabłkowego menu. A raz na jakiś czas zdarza się również, że blogerzy wychodzą z internetów. Naprawdę! Owszem, ja też nie dałabym temu wiary, gdyby nie fakt, iż sama do owego zacnego grona należę. I robię to. Nie tylko po to by zjeść kilogram lekko kwaśnych papierówek. Robię to, gdyż dopiero wtedy czuję się prawdziwa.

Zaraz, zaraz... czy to oznacza, że na moim blogu robię sobie bekę z czytelników (jak się niedawno okazało jest ich o tuzin więcej, niż czytelniczek, dlatego używam formy męskiej) dając upust mej wyobraźni? Mówiąc zaś łopatologicznie - zmyślam?!







Nic z tych haniebnych rzeczy. 

Wszystko, co kiedykolwiek przeczytaliście i przeczytacie na Blogu Czekolady jest całkowitą prawdą. Ale - werble! - nie całą prawdą o mnie. 

Krótko mówiąc, moje życie to nie tylko jedzenie czekolady i randkowanie. Dzieje się w nim znacznie więcej. Czyżby były to rzeczy nazbyt intymne, ambitne tudzież prozaiczne by znaleźć się w cyberprzestrzeni? Nie. Po prostu nie ma takiego obowiązku.

Nie wymaga tego bycie ani felietonistką, ani blogerką, ani politykiem, ani nawet papieżem. Jednym jedynym przypadkiem, kiedy zaleca się mówienie całkowitej prawdy jest... bycie w związku.

Zanim weźmiecie sobie te porady głęboko do serca lub też wsadzicie je sobie gdzieś indziej, ale równie głęboko, raczcie łaskawie łypnąć okiem na dalszą część tekstu. Jeśli chodzi bowiem o związki damsko-męskie, nic nie jest oczywiste. Nawet to, że prawda jest prawdą. 

Doprawdy, kobieta prężąca się przed swoim facetem w siateczkowej bieliźnie lub też saute, która pyta o to czy przytyła w ciągu ostatniej dekady w żadnym wypadku nie chce słyszeć prawdy. Bo tak, de facto, nie pyta wcale o to czy przytyła, tylko czy on nadal widzi w niej symbol seksu. W tym wypadku prawdą będzie, jeśli facet skłamie (jeśli owa kobieta faktycznie przez ostatnią dekadę objadała się mleczną czekoladą... ). Tak samo powinien postąpić facet zapytany o to czy zupa była za słona (nawet jeśli do tej zupy wpadła cała solniczka)  lub też czy jej koleżanka ma lepsze cycki (nawet jeśli ta koleżanka nazywa się Jessica Alba).

Tu prawda emocjonalna ma pierwszeństwo przed prawdą faktyczną. Jest bowiem tym, co odróżnia związki miłosne od wszelkich innych konstelacji międzyludzkich. Mogę szczegółowo opowiedzieć swój dzień mamie, dentyście, pani w kiosku albo nieznajomemu sprzedawcy piwa w pociągu. Mogę nawet im się wypłakać, jeśli ten dzień nie należał do (choćby) średnio udanych. A jednak nawet, gdybym zanudziła ich listą moich wszystkich sekretów, nadal nie będą wiedzieć o mnie wszystkiego.

Prawda to nie tylko fakty.

Dlatego, zamiast szczegółowo wymieniać swemu partnerowi wszystkie pozycje codziennego jadłospisu, wolę przejść do przećwiczenia z nim nowej pozycji łóżkowej. Żeby do tego doszło trzeba jednak być nagim. Całkowicie. 

I to jest najtrudniejsze. Nie, nie chodzi o to, że nie potrafię sama uporać się z odpięciem biustonosza. Tu chodzi o zdjęcie maski. Nie koniecznie - jak zwykłam sądzić - przed kimś, lecz przed samą sobą. Przyznanie się przed sobą do wszystkich lęków, zahamowań, kompleksów i.. pragnień. Czy mogą mnie wtedy oburzyć cudze krzywe nogi? Albo włosy porastające plecy? Nic mnie wtedy nie może gorszyć, bo na wszystko jestem otwarta. I tego ciekawa (dobra, może owłosionych pleców nie bardzo...). Bycie w prawdzie z sobą nie tylko ułatwia życie, ale też jest podstawą zbliżenia. Tego seksualnego również. Bo gdy już nie mamy nic do ukrycia, możemy zacząć odkrywać.

Ten tekst bierze udział w konkursie Tekst Roku w ramach konkursu Blog Roku 2014. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Smakowało?