piątek, 15 sierpnia 2014

Kobieta miękką jest


Gdy byłam dzieckiem, nie marzyłam o byciu lekarką, ani aktorką, ani też treserką myszy w cyrku, a o byciu sprzedawczynią w sklepie rzeźniczym. Dobrze, że w owych czasach nie było rozpowszechnionej praktyki psychiatrycznej, bo rodzice straciliby na mnie majątek... Dwie dekady i kilka lat później, marzeń mi przybyło, ale przestały być tak wyrafinowane. Zamiast być masarką, dziś marzy mi się by ktoś mi zrobił masaż... Po dokładnych oględzinach listy moich pragnień, stwierdzam, że są wśród nich takie, które odstają od normy. 

Marzy mi się, na przykład, by dotknąć Ewy Chodakowskiej.

I nie jest to wcale dowód na to, że nadal do tego psychiatry mi po drodze. Nie muszę go odwiedzać, bo sama wiem, co mi dolega. Nie jestem psychofanką najpopularniejszej trenerki fitness. Jestem po prostu ciekawa jak to jest nie mieć ani grama tłuszczu na sobie. Czy to naprawdę możliwe? I czy to... normalne?!

Zostawmy to ostatnie słowo. "Normalność" jest dla mnie tak odległym stanem, że jego istnienie traktuję podobnie jak istnienie Yeti. Zajmijmy się raczej poszukaniem twardych dowodów na to, że twarde części ciała są domeną nie tylko rodzaju męskiego. Do tego śledztwa nie  potrzebne mi będą lupa i fajka, a dres i ciężarki. 

Ciężko jest jednak zgubić choćby kilogram... Dzięki Bogu (i samej sobie!), mam odpowiednią motywację, by po drodze nie zgubić całego zapału do ćwiczeń. Chcę zgubić oponkę nie dlatego, że już jutro obnażę się nad Bałtykiem w towarzystwie blogerskiej śmietanki. W końcu, gdzie jak gdzie, ale nad morzem opona może się przydać! Tak naprawdę, podczas zmieniania tłuszczu w mięśnie, chcę zastanowić się nad zmianami w moim życiu. Niekoniecznie tym, co dzieje się wokół mnie (konia z rzędem temu, kto by to ogarnął!). A we mnie samej. Jak to jest, że jednego dnia skreślam faceta z listy mojego życia jak Chodakowska muffinki z listy swojego menu, a następnego zastanawiam się czy zostać jego żoną?! Żoną, na wielką tabliczkę czekolady!!!

Może powinna być twarda jak ta tabliczka czekolady? Może powinnam być wierna swojej decyzji jak ślimak swej muszli? Tymczasem dałam się omamić złotej obrączce i kilku słodkim obietnicom...
Po godzinie intensywnego treningu wymiękłam... Rocky nie byłby ze mnie dumny. Ja z siebie również nie byłam... Nie dość, że nie znalazłam odpowiedzi na dręczące mnie pytania, ani pewności tego, czego i kogo chcę, nie stwierdziłam przyrostu masy mięśniowej ani o centymetr. Centymetrów też nie ubyło. Oponka jak była, tak jest. A wraz z nią biodra. Pupa. Cycki. Policzki. I wszystkie inne apetycznie krągłe części ciała. 




Doprawdy, kobieta miękką jest. I to chyba jedna z najlepszych jej cech!
Można kobiecie przyprawić brodę i kaloryfer, ale dopiero pozbawiając miękkości - niekoniecznie tej fizycznej - pozbawia się ją kobiecości. Kobiecości rozumianej jako postępowanie zgodnie z tym, co czuje, nawet jeśli w opinii publicznej jej postępowanie zakrawa na szczyt braku logiki i konsekwencji. Czułości, która sprawia, że kobieta zmienia swoje zdanie, choć do tej pory twardo obstawała przy swoim. Wolę być zmienna, niż zatwardziała, choćby dlatego, że od zatwardziałości jest niebezpiecznie blisko do zatwardzenia... Z resztą po treningu mi to nie groźne... Znaczy się, to pierwsze... Choć nie schudłam, skutecznie się uelastyczniłam!
A co, jeśli okaże się, że to zła decyzja? Cóż, zaręczyny można zerwać, sprzed ołtarza dać nogę, tylko co z tym wstrętnym poczuciem, że okazałam się zwykłą naiwniarą? Hm. I to jest chyba sprawdzianem prawdziwego hartu ducha - gotowość do podjęcia "złej" decyzji. Nie każdy mięśniak jest na tyle twardy, by zmierzyć się z takim zadaniem. Całe szczęście, jestem hardą kobietą ze Śląska i nie boję się okazać miękka. Dlatego, wybaczcie, pójdę już sobie zjeść nieco czekolady, by stać się gdzieniegdzie jeszcze miększa. Potem znowu poćwiczę. Już nie po to by być twarda, ale jędrna. Hihi.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Smakowało?