wtorek, 22 lipca 2014

Filtry i flirty

W dawnych czasach wszystko było lepsze - powietrze czystsze, młodzież grzeczniejsza i zakupy łatwiejsze. Bo nie było czego kupować. Człowiek wchodził do sklepu i wychodził zadowolony, jeśli dostał nie to, co sobie wymyślił, tylko to, co stało akurat na półkach. A że był to najczęściej ocet, to miał prawo mieć kwaśną minę.

O dziwo, o wiele częściej kwaśna mina zdobi facjaty współczesnych konsumentów, choć ci prócz octu spirytusowego mają do wyboru jeszcze ten z jabłek, winny i balsamiczny. A nadto miliony, a nawet tryliony innych produktów do wyboru. W każdym kolorze. Kształcie. I smaku. I to jest problem. Zamiast stać ze skwaszoną miną i rozbieganym wzrokiem na przeciwko sklepowej półki, należy obrać strategię filtrowania. Dzięki temu nasz rozbiegany wzrok w gąszczu mniej i jeszcze mniej potrzebnych produktów skupi się tylko na tych, które będą zgodne z nałożonymi filtrami.

I tak oto, chcąc kupić filtr przeciwsłoneczny, nie dam sobie wcisnąć  jeszcze olejku do opalania, okularów i dmuchanego krokodyla, który wygląda jak przefarbowana na zielono żyrafa. Nawet jeśli pani hostessa będzie miała uśmiech szerszy od owego krokodyla, a nawet Julii Roberts. Wyjątek zrobiłabym jedynie, jeśli ta reklamowałaby filtry do wody. Albo kawy. Tych wzięłabym całe naręcze. Bo filtr to ważna rzecz.

Może przydać się wszędzie.  

W te upalne dni najbardziej jednak na plaży. W końcu trzeba chronić się przed słońcem. I innymi natrętami. W przypadku słońca wystarczy dobry krem, w przypadku pozostałych nieproszonych gości, należy użyć... flirtu. 

Flirt to żartobliwe i dwuznaczne rozmówki służące poderwaniu obiektu naszego zainteresowania około seksualnego. Brzmi niefrasobliwie. W istocie, flirt to potężna broń. Broń, która służy do filtrowania... facetów.


Tu miała być grafika, ale ilustratorka Bloga Czekolady nadto zajęta jest obecnie flirtowaniem...

Skąd bowiem, w natłoku męskich nagich klat, wiedzieć, za którą stoi coś więcej, niż tylko wyrzeźbione ciało? Owszem, gdyby to była klata Channinga Tatuma, nie miałabym tego typu śmiesznych dylematów. Nie mniej, Channing jest jeden, nadto zajęty, a facetów wokół mnie jak kieszonkowców na Jasnej Górze. 


Zamiast mierzyć biceps i parametry innych części samczego ciała , wolę zmierzyć poziom jego inteligencji. Dlaczego nie w normalnej rozmowie, dajmy na to, na temat ekologicznych upraw kakaowca? Otóż, tak się składa, że, tzw. normalna rozmowa mówi coś o poziomie IQ, a nawet ujawnia pewne zasadnicze fakty z życia, dajmy na to rozmiar stopy, nie ujawni jednak najważniejszego - czy tych dwoje ma się ku sobie. Flirt jest tego rodzaju specyficznym filtrem, który przepuszcza wszelką chemię. Zwłaszcza chemię. A czy jest składnik potrzebniejszy do letniego romansu, który następnie można przerobić na scenariusz bijącego rekordy popularności filmu z Channingiem Tatumem w roli głównej? Otóż jest. Poczucie humoru. I tu również najlepszym filtrem wyłapującym ten element jest flirt. To nie żart. Flirt (podobnie jak związek) nie zaistnieje między osobami, które mają odmienne poczucie humoru. Może natomiast zaistnieć między nimi zgrzyt, a nawet święte oburzenie, gdy jedna ze stron (czyt. facet) zaproponuje by zapłatą za postawienie lodów w kawiarni, było postawienie loda. W sypialni. 

W takiej sytuacji - gdy flirtu brak - najlepiej nie robić ani loda. Ani w ogóle nic. Może jedynie udać się na szklankę przefiltrowanej wody. Potem mocnej przefiltrowanej kawy z ekspresu. I udać się na dalsze filtrowanie. Jeśli nie na plażę, to może do supermarketu? Baczna obserwacja tego, co facet wkłada do koszyka, jest równie pomocna jak flirt. I może być świetną grą wstępną do czegoś więcej, niż tylko pogadanka o jogurcie probiotycznym.


17 komentarzy:

  1. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  2. A wyjaśni kto wreszcie jaka jest różnica między rozmową a flirtowaniem? Powoli dochodzę do wniosku że albo a) jestem chłopakiem b) jestem wyjątkowo niekumata dziewczyną, bo nic z tego nie rozumiem. Dobrze chociaż, że moja klasa rozumie i zawsze mnie informuje, co przed chwilą robiłam, a raczej co im się zdaje, że robiłam... Serio jestem nierozgarnięta, no bo o czym można gadać z facetem? O wojnie, o bunkrach, o rodzajach broni, o historii, o polityce, o ulubionych zespołach rockowych, nawet o hodowli fasoli szparagowej. Czy któryś z tych tematów zalicza się do flirtu? :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sprawa jest prosta jak drut -> flirt ma podtekst, a więc rozmowa, dajmy na to, o kursie Euro, tak naprawdę służy zapytaniu czy masz ochotę się całować. Tudzież robić równie przyjemne inne rzeczy ;)

      Usuń
    2. Nie ważne o czym. Ważne JAK rozmawiasz z facetem ;)

      Usuń
    3. Pff, broń i fasolka szparagowa, bardzo dobry temat do flirtu;). A tak na serio wiesz, możesz mówić o czymkolwiek, być ubrana w cokolwiek (nawet jak zakonnica), ale kiedy Twoja mowa ciała mówi co innego. I to w cale nie znaczy, że jakoś nieodpowiednio się zachowujesz. Mi to się zdarza cały czas, ostatnio parzyłam kawę i podawałam, byłam ubrana bardzo przyzwoicie (bardziej niż bardzo) i w sumie nic dwuznacznego nie mówiłam, a ludzie powiedzieli mi potem, że podawałam kawę (sic!) w sposób, który wysyła sygnały flirtu (a po prostu podałam kawę i poszłam się krzątać dalej). W życiu bym na to nie wpadła, podawałam kawę:) Z czasem rozkminisz:).

      Usuń
    4. Bo to jest po prostu seksapil ;) Coś, nad czym nawet nie panujemy.

      Usuń
  3. Flirtowanie ... oj chyba już wyszłam z wprawy:/

    OdpowiedzUsuń
  4. he he dobry post! :)
    flirtuję z mężem - ważna rzecz :)

    OdpowiedzUsuń
  5. poflirtować lubię tylko nie ma z kim :(

    OdpowiedzUsuń
  6. Od zawsze miałam problem z flirtowaniem... Nie jestem dobra w te klocki :(

    OdpowiedzUsuń
  7. jesteś mistrzynią przekazywania informacji między wierszami, uwielbiam Twoje posty :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Moim zdaniem flirtowanie to umiejętność, którą ma się we krwi. Ja nigdy nie miałam z tym problemów i nadal lubię flirtować mimo, że nie powinnam ;)

    OdpowiedzUsuń
  9. Jestem według niektórych kobiet tylko ćwierćfacetem, mimo to wypowiem się nie tyle w męskim imieniu, co w swoim.

    Otóż nienawidzę flirtu. Nienawidzę tej gry, która do niczego nie prowadzi. Szkoda mi niejednokrotnie czasu na flirt, jeśli wiem, że persona, z którą sobie konwersuję o ostatnich "ruchach na giełdzie", jakby to ujęła Aurora, ma mnie gdzieś. Z kobietami jest tak: wiele z nich flirtuje - dają szansę jednemu. A inni, w cieniu leżą wkurwieni, że nie odróżnili flirtu od realnego zainteresowania.

    I jeszcze nie daj Boże piszą blogi.

    PS. Poflirtowałbym. Ech.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale flirt to jest realne zainteresowanie. Brak zainteresowania = zbycie na dzień dobry. Przynajmniej ja tak czynię.

      A w co dalej przerodzi się flirt - czy tylko w przelotną igraszkę, czy nawet w poważny związek - no tutaj to niezbadane są wyroki ;)

      Usuń
  10. Heja, jestem u Ciebie pierwszy raz i po przeczytaniu pierwszego posta: zostaję na dłużej.
    Przegenialnie :))

    OdpowiedzUsuń
  11. Widzę że nasza czerwonowłosa autorka ma ładnie kudłate myśli. Obyś kiedyś trafiła na mój supermarket!

    OdpowiedzUsuń
  12. Będę tu wpadał częściej ; )

    OdpowiedzUsuń

Smakowało?