sobota, 31 maja 2014

W poszukiwaniu straconego morału

Dawno, dawno temu żyła sobie dziewczyna, której do bycia księżniczką brakowało 20 centymetrów wzrostu i cierpliwości. Dlatego zamiast czekać na wymarzonego księcia z wielkim rumakiem, po kryjomu uciekła z wieży i ruszyła na podbój świata. A zasadniczo jego męskiej części. Szukała, szukała i w końcu znalazła jednego. Potem drugiego. I jeszcze kolejnego. Gdyby każdy z nich był czekoladką, można by zapełnić nie jedną bombonierkę. Niektórzy okazali się jej tanią podróbką. Inni smakowali wybornie, tak że pozostawali w jej ustach na dłużej. Wkrótce prócz ust, mieli też jej włosy, uda, oczy, a nawet serce, lecz nikomu nie udało się pojąć jej ręki.

Koniec bajki. 


Zaraz, zaraz... Coś tu śmierdzi i nie jest to brak happy endu. Gdzie się u diaska podział morał?  

Hm. Zastanówmy się. Pewnie nie schował się do lodówki, nie zostawiłam go też w koszu z brudną bielizną. Hm. Gdzie więc mógłby być? Nigdzie! Bo go nie ma

Zawsze sądziłam, że każdy kolejny związek mnie czegoś uczy. Dla przykładu, by nie spółkować z facetem, który nie je słodyczy po 20.00. Generalnie jednak, sztuki unikania - facetów z kozią bródką, żołnierzy, sprzedawców kebabu itp. Wyciągałam morał z każdej znajomości, nawet jeśli miała ona więcej wspólnego z  nieudaną rusko-brazylijską telenowelą, niż bajką. Aż tu nagle, nauczyłam się, że czasem sensu po prostu brak.

Zacznijmy od tego, że wiele rzeczy jest bez sensu. Dajmy na to, taki katar. Jeśli ktoś widzi głębię w cieknących gilach, to proszę bardzo, ale ja takie tłumaczenia mam w głębokim poważaniu.  

Tamtego dnia, wszystko właśnie zaczęło się od jegomości kataru. Potem już było tylko gorzej. Zamiast na L4, poszłam do pracy. Po pracy miałam Bardzo Ważne Spotkanie. Dlatego zamiast do łóżka, wskoczyłam pod... W pociąg, znaczy się! Ach, te freudowskie omyłki... W rzeczy samej, czekał mnie istny armageddon. Nim dotarłam na dworzec PKP, czarne chmury zasnuły niebo. A gdy tylko dotarłam na owy dworzec, czarnych chmur już nie było. Była za to wielka powódź. Na dworcu. Poza dworcem. I pod moimi oczyma. A niech to piorun trzaśnie! Już byłam spóźniona na Bardzo Ważne Spotkanie. Mógł mnie uratować tylko cud. Albo... taksówka! Powtórzmy to jeszcze raz: t a k s ó w k a. Nie Pan Taksówkarz. 

Pierwszy wolny kurs? Już za jedyne 40 minut. Kolejny, za półtorej godziny. Tu nie pomógłby i sam Robert de Niro... Ewentualnie jego spluwa.

Cóż, nie pozostało mi nic innego, jak poinformować, że nie będzie mnie na Bardzo Ważnym Spotkaniu. I wrócić z powrotem do moich włości. Gdyby tylko było czym... Najbliższy pociąg odjeżdżał za godzinę (nie licząc półtoragodzinnego opóźnienia, ma się rozumieć). Uznałam, że najlepszym sposobem na zapełnienie czasu będzie zapełnienie żołądka. Gdyby tylko było czym. Wybierając między większym, a mniejszym złem, ostatecznie zatkałam się "kurczakiem" (oby!) z KFC. 

Sądziłam, że oto właśnie dokonał się mało smaczny finał tej anty bajki. Kiedy jednak podle zmęczona, śmierdząca i sfrustrowana stanęłam przed drzwiami frontowymi mojego mieszkania, zrozumiałam, że ma on miejsce w tym momencie. Chciałam jedynie otworzyć drzwi. Gdyby tylko było czym... Nie miałam klucza.  Tego do drzwi, jak też tego, do zrozumienia sensu tego dnia...






Sytuację mógł pogorszyć tylko nagły opad deszczu. Oczywiście, tak też się stało.

Koniec wpisu.

Happy endu i morału brak.
A może to samo w sobie jest morałem?
Może czasem po prostu nie wszystko musi się kończyć tak jakbym sobie tego wielmożnie życzyła? Może istnieje dla mnie jeszcze jakiś inny plan, niż ten mojego autorstwa?


W każdym bądź razie, życzcie mi, by takie dni jak najrzadziej mi się zdarzały. Inaczej będę musiała jeść jeszcze więcej czekolady (hehe).



25 komentarzy:

  1. mam wrażenie, ze piszesz o wrocławskim dworcu :D to Twoja grafika? Świetna!:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie tak -> Wrocław ;)
      Grafika by Aga Urbanek (moja sister) :)

      Usuń
  2. Och, więc to taki Armageddon Cię spotkał... w tym przypadku zupełnie usprawiedliwiam użycie tej nazwy...

    OdpowiedzUsuń
  3. Naprawdę fajnie piszesz:). Tylko zasmuciłaś mnie tym, że podejrzane jest niejedzenie czekolady po 20...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. bo ja taka zboczona na tym punkcie jestem, ale przyjmuję inne wersje :*

      Usuń
  4. No cóż, dworce mają swoją specyfikę, podobnie jak pociągi. swoją głęboko ukryta wredotę i jeszcze głębiej ukryty blask. Ja na twoim miejscu bym się po prostu cieszyła, że w ogóle był jakiś pociąg i nie musiałaś spać na dworcu, wiesz, obsługa goni, bo tam teoretycznie spać nie wolno. Ale jak porządnie wyglądasz, to pozwolą. Ta historia otwiera tez szerokie pole do opowiadania znajomym, o ile masz odpowiednią ilość poczucia humoru. Możesz wykorzystać ją do kilku motywów: zły stan polskiej kolei, problemy z gubieniem ważnych rzeczy, fatalny stan polskiej kolei i wszelkiego innego transportu, obojętność ludzi dysponujących samochodem na potrzeby klientów i tak dalej, sporo tych motywów. Na co komu morał? Morały były w bajkach dla dzieci...Dla starszych nie przewiduje się morałów, tylko motywy.

    OdpowiedzUsuń
  5. Haha ooj bieedna, tyle nieszczęść. Też bym się podirytowała, a nawet lepiej. Rozpieprzyłabym coś, co miałabym pod ręką. Ale wiesz, myślę, że gdyby w tej t a k s ó w c e był P A N T A K S Ó W K A R Z to pewnie byś zdążyła na bardzo ważne spotkanie:)

    OdpowiedzUsuń
  6. jakie to zabawne kiedy mając pewne rozterki, wchodzę na bloga i okazuje się, że mamy takie same przemyślenia :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Oj znam takie bajki, chyba też muszę je spisać, rzeczywiście pomagają czekoladki, ale na szczęście takie dni to dni niecodzienne :-)

    OdpowiedzUsuń
  8. zacznę od tego, że, oczywiście,życzę Ci jak najmniej takich dni. i żeby brak sensu miał zawsze chociaż jakiś byle jaki sens. bo sens bez sensu to też bez sensu ; )

    OdpowiedzUsuń
  9. a ja CI życzę dużo czekolady ale bez takiego zakończenia :)

    OdpowiedzUsuń
  10. wow to Twoja grafika?! jest przecudowna!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Prawie moja :P bo zrobiona przez siostrę bliźniaczkę :) polecam obserwować na FB -> Aga Urbanek

      Usuń
  11. Dzień bez morału to normalka, związek bez morału też się zdarza. Ale życie bez morału - to już gorzej.

    OdpowiedzUsuń
  12. Fajnie się czytało, treść odpowiadała moim odczuciom życiowym;) Z drugiej strony, ten bezsensowny dzień, posłużył Ci jako inspiracja do napisania ciekawego tekstu!
    Grafika faktycznie rewelacyjna, Ty taka uzdolniona? ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja uzdolniona (haha) pisarsko, a siostra bliźniaczka graficznie :)

      Usuń
  13. każdy ma takie dni... szczęście że mamy czekolady pod dostatkiem;p

    OdpowiedzUsuń
  14. Racja. Czasem coś jest kompletnie bez sensu, a takie dni najlepiej szybko zastąpić owocnymi i spokojnymi. Życzę spokoju i miłych czekoladowych chwil!
    ciepłe pozdrowienia

    OdpowiedzUsuń
  15. Jak to, morał jest prosty - jak pada i człowiek źle się czuje, to najlepiej w ogóle nie wychodzić z domu ;)

    OdpowiedzUsuń
  16. Jak pada to ja czuje się dobrze. Wtedy usiąść z kubkiem kakao i ciepłymi skarpetkami to moja bajka. Jednak ostatnio pogoda jest w kratkę i coś takiego bardzo męczy:( Czasem zwykłe i proste rzeczy pchają nas do wspaniałych odkryć i mądrych przemyśleń. U mnie ostatnio domowa awantura skończyła się pracą:) Dzięki za ten post i bardzo ciekawie napisane. Pozdrawiam

    kopytkowa.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  17. Nie wiem czy jest sens doszukiwaniu,się sensu czy morału w każdej chwili czy dniu.

    OdpowiedzUsuń
  18. Morał jest taki, ze nie wszystko musi mieć sens.
    A ze lubimy żeby miało sens , to brak sensu jest pierdyliard razy bardziej uciążliwy niż jakakolwiek inna kiepska sytacja, ale jednak z morałem.

    OdpowiedzUsuń
  19. Mam naturę myśliciela więc w większości minut życia, które uciekają mi przez palce szukam sensu. Zazwyczaj nie znajduje. Częściej jakieś paranoje.

    OdpowiedzUsuń

Smakowało?