czwartek, 10 kwietnia 2014

Nauka spadania

Płacz nie jest niczym wstydliwym. Ba, jest czymś zgoła naturalnym. I dziwi mnie, gdy ktoś obnosi się ze stwierdzeniem, że nigdy nie roni łez. Nie mniej dziwnym, a wręcz wielce niepokojącym jest, gdy ktoś roni ich zbyt wiele w niewielkich odstępach czasu. Dla przykładu, ja. Jakiś czas temu zdarzyło mi się płakać wszędzie i w każdych okolicznościach. W każdych nieodpowiednich, należałoby dodać. Godne politowania i śmiechu, nie łez, było szlochanie przy oglądaniu spotów reklamowych i serialach. Łącznie z pierwszą edycją Top Chefa. Wzruszało mnie wszystko, ale ja niewzruszenie zrzucałam to na karb PMSu. Gdy pewnego popołudnia wybuchłam fontanną łez podczas niewinnych ploteczek w gronie przyjaciółek w jednej z pijalni czekolady, uświadomiłam sobie, że tego typu zachowanie nie należy do mojego zwyczajowego repertuaru przed okresem. Ani po. Ani w ogóle. 

Powód był inny. 

...

Nie, niestety nie była nim ciąża. Gdyby to tylko była owa ciąża... Ze spokojem i ulgą oddałabym się 9 miesięcznemu fochowi i bez skrupułów wzruszałabym się, denerwowała i irytowała przy każdej błahostce. 

Zamiast tym miłym czynnościom i zagryzaniu śledzia czekoladą, musiałam się oddać poszukiwaniu prawdziwego źródła mego podłego nastroju. I nie trwało to długo. Nie musiałam nawet spoglądać głęboko w siebie, wystarczyło spojrzeć na mój kalendarz. Cały wypełniony ważnymi datami, spotkaniami, konferencjami, warsztatami... Prawda jaką odkryłam, spadła na mnie jak grom z jasnego nieba. Ten spadek formy to było zwyczajne przeładowanie systemu zwanego codziennością. 

Nie było łatwo znowu wznieść się na wyżyny. Po kilku miesiącach (prawie!) nic nie robienia i wykreślania z mojego kalendarza (niemal!) wszystkiego, co się dało wykreślić (niestety pracy się nie dało...) znów poczułam przypływ energii.

I byłby to świetny wpis motywacyjny, w sam raz na początek wiosny, gdyby nie fakt, że w kilka dni temu znowu się stało... 


grafika by Aga Urbanek

Spadek. Nie, nie po babci ani wujku. W tym wypadku skakałabym z radości, tymczasem znów poczułam, że spa
                                        a
                                           a
                                              a
                                                         dam.

W dół, a jakże.
Bolesny spadek na niski poziom poczucia humoru, energii, fantazji i dobrostanu duchowego zabolał nawet bardziej, niż poprzednio. Pomimo tego, że powód był dokładnie taki sam. Zrozumiałam wtedy, że muszę coś z tym zrobić. Wyeliminować spadki? Cóż, gdybym miała zapędy, by w najbliższym czasie stać się nadczłowiekiem, pewnie bym się tym zajęła. Tymczasem mój obolały od upadku umysł zajmowało inne pytanie - 
jak spadać, by mniej bolało?

Podobnie jak mój terminarz ważnymi datami, internet jest zapełniony tekstami motywacyjnymi. Blogerzy, trenerzy, coachowie, a nawet pani Renia spod 10tki, wszyscy mówią tylko o tym, jak się wznosić. Jak być wyżej i wyżej. Jak czuć się lepiej i lepiej. A ja chcę wiedzieć jak się zachować, gdy spadam. Póki co, nieporadnie macham wszystkimi kończynami i głośną wrzeszczę. 

A przecież to nie ostatni taki spadek. Na szczęście. W końcu trening czyni mistrza. 

18 komentarzy:

  1. Przygarnąć kota. One zawsze spadają na cztery łapy :).
    Uściskuję!

    OdpowiedzUsuń
  2. Dziś dobry dzień na spadanie. Ja się jako tako otrzepałam. Jutro od nowa :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Spadanie uczy wstawania. I to wstawania silniejszym, niż się było przed bolesnym upadkiem. :)

    OdpowiedzUsuń
  4. A może to ta pogoda? Wiesz co, ja tam ostatnio ryczę o byle g. A nie jestem przeładowana niczym, no chyba, ze lenistwem. Ja po prostu robię się nazbyt uczuciowa i byle gówno mnie irytuje, doprowadza do furii i szlochu- a jestem pewna, że nigdy taka nie byłam.
    Nie ma rady na takie spadki, możesz się jedynie (w trakcie spadku) łapać wszystkiego, co popadnie, czyli jakieś hobby, zajęcia i tak dalej. Byleby nie myśleć o tym, że się spada :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Popisuję się pod słowami @Klaudii. O ile keidyś raczej towarzyszyła mi moja zaciętość, tak teraz potrafię się rozkleić i nawet nie wiem dlaczego, a potem mam ochotę rycześ jeszcze bardziej, bo nie wiem czemu ryczę. No komedia w moim wykonaniu. Życzę Ci jak najmniej tych spadków.

    OdpowiedzUsuń
  6. Jak się zachować - to raczej indywidualna sprawa jest. Grunt to po upadku wstać, otrzepać się z kurzy i wszystkiego i iść dalej. To nic, że znów spadniemy - taka niestety kolej rzeczy jest.

    OdpowiedzUsuń
  7. Ja jak spadam, muszę sobie zrobić dzień wolnego, ot, po prostu, mnie to zawsze pomaga :) W taki dzień wysypiam się, jem pyszne rzeczy, oglądam ulubione seriale, a na koniec dnia spoglądam na mój przepełniony kalendarz i jakoś mam takie myśli, że będzie ok, że dam radę :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Dzięki za ten tekst. Po prostu.

    OdpowiedzUsuń
  9. ja myślę,że spadek warto przeczekać....wyciszyć się, odpocząć i odciąć od wszystkiego :-)
    powodzenia dasz radę !

    OdpowiedzUsuń
  10. Aurora zgadzam się płacz nic wstydliwego. Czasami trzeba pozwolić łzom popłynąć. Ja od dłuższego czasu dbam, żeby codzienność nie była szara. Bo tak jak napisałaś pracy nie da się ominąć (niestety). Ale po pracy można rozpieszczać siebie.

    OdpowiedzUsuń
  11. Zwaliłabym to na karb zimowo-wiosennego przesilenia. Podobno marzec (obok listopada) to miesiąc samobójców. Tendencję do wzruszenia się z powodu każdej durnoty sama mam natomiast permanentnie ;)

    OdpowiedzUsuń
  12. Oj kochana, jak ja Cię rozumiem. Co chwilę wydaje mi się, że jestem na górze, a potem nagle znowu bum..... spadam w dół. Może to tzw. przesilenie wiosenne?
    W każdym razie przeczekać nam trzeba. Zrobić coś miłego tylko dla siebie. Ja chętnie zeżarłabym trochę czekolady, ale jeszcze do wielkanocy nie jem... Jak się wtedy rzucę na słodyyyyyyyycze! ;-P

    OdpowiedzUsuń
  13. No właśnie. W naturze są cykle: wiosna, lato, jesień, zima. I nikogo to nie dziwi, że zimą nic nie kwitnie, a obecnie "pęd za hiperwydajnością przez cały czas" tylko pogarsza nasze radzenie sobie w "spadkach". Cieszy mnie to, że są ludzie, którzy nie cieszą się i nie szczycą tym "jak to są zarobieni" tylko potrafią zauważyć, że są to ich wybory i z czegoś mogą zrezygnować, coś zmienić. :) No nie wiem, ja jakoś nie ufam "wiecznie uśmiechniętym typom". No przecież nigdzie nie ma cały rok lata! :D Trzymanko!

    OdpowiedzUsuń
  14. Jak już będziesz tam na dole to spojrzyj pod nogi. Założę się, że zawsze ktoś tam puka od spodu:))) I od razu człowiekowi lepiej, bo sa tacy co maja gorzej.

    OdpowiedzUsuń
  15. Ciekawy post dający do myślenia. Chyba każdy z nas ma takie okresy w życiu że jego forma spada i to gwałtownie i ciężko jest się podnieśc. Wydaje mi się, że w takiej sytuacji powinniśmy sie zastanowi co daje nam zastrzyk energii i w tym cieżkim czasie znaleźc chwile własnie na jakąs przyjemnosc ktora od razu sprawi uśmiech. Wtedy zawsze łatwiej jest walczyc ze wszystkim:)

    Sparkle's World

    OdpowiedzUsuń
  16. Spadanie... Na samą myśl moje ciało przechodzi zimny dreszcz.
    Właśnie teraz przeżywam swój upadek, najsilniejszy z dotychczasowych. Doszło do tego, że wkradł się w moją podświadomość, budząc nowe pokłady przerażenia...

    OdpowiedzUsuń
  17. Spadania mam aż za dużo. Czasem mam wrażenie, że jak raz upadłam, to już się nie podniosłam... ale nie ważne. Na spadanie to tylko milutki słodki kotek:)

    OdpowiedzUsuń

Smakowało?