piątek, 23 sierpnia 2013

Pustka

Wielokrotnie i na różne sposoby byłam obwoływana pustą lalą.
Cóż... Chodzi na randki, ogląda po kilka razy te same odcinki „Seksu w wielkim mieście”, lubi efekt ombre na włosach, je czekoladę i je popcorn w kinie. Nic dziwnego, że mężczyźni nieraz łypali na mnie tym samym okiem, co na Dodę.

Gorzej, jak to oko należało do mnie.

Cóż... chodzenie na randki oraz wszystkie inne wyżej wymienione czynności, włączając w to pracę, wizyty u dentysty oraz urodziny babci, sprawiają, że zapominam, że życie toczy się nie tylko na zewnątrz, ale i w środku mnie. Czyżby? Miejmy nadzieję, że jednak coś tam jest, nie tylko czekolada... Dajmy na to, jakieś wyższe wartości. Jak, na przykład, mądrość. Hm. Cokolwiek...

Trochę z musu, trochę z ciekawości, postanowiłam zmierzyć się z poczuciem pustki wewnętrznej i  na tydzień udałam się na  pustynię. Z tym, że towarem deficytowym  nie była tam woda, lecz faceci, czekolada, tv, kluby oraz... wi-fi. Całe szczęście, pustelnia znajdowała się wśród pięknych gór, a moja karawana składała się z Starszej Siostry oraz nasze przyjaciółki – Grzybka. Byli też inni śmiałkowie. Średnia wieku – 50 lat. Był też mały pokoik albo raczej cela. Wspólny prysznic. I jedna obowiązująca wszystkich zasada – nakaz milczenia. Co?!
Czyżbym coś wcześniej przeoczyła? A może ktoś ma jeszcze większe poczucie humoru, niż ja?
Tym razem poczucie humoru, musiałam zamienić na poczucie obowiązku i tak oto przez 7 dni byłam sam na sam z sobą. I z milionem myśli. Jak się okazało, w środku, jak pustynię piasek, po brzegi wypełniają mnie natrętne myśli. Musiałam wykonać nie lada robotę, by odgruzować to, co pod nimi ukryte. Gdy uporałam się z wizjami tego, w co ubiorę się na ślub przyjaciółki, naprawdę weszłam w siebie. W... pustkę.  Doprawdy... Nie usłyszałam żadnego tajemnego głosu, nie poczułam istnienia duszy... Ewentualnie jakieś pomruki pustego żołądka.

Poczucie pustki doskwierało jak brzęcząca mucha. Tylko przez pierwsze sześć dni. Całe szczęście, ta sama mucha brzęczała koło ucha moich towarzyszek. Dlatego zamiast medytacji, udałyśmy się w góry.
Klasztor, jak to klasztor, ogrodzony był murem, który tak jak nasze usta był szczelnie zamknięty. Może nasze umysły nie były wyćwiczone w medytacji, ale nasze ciała były na tyle w formie, by przeskoczyć jednym susem przez ogrodzenie i wydostać się na wolność.

O ile przestałyśmy się na chwilę czuć jak w więzieniu, przez kolejne godziny czułyśmy się jak w dziwnym, mrocznym śnie. Góry spowijała gęsta mgła. Jakie było nasze zdziwieniem gdy nagle z owej mgły wyłoniła się tabliczka, informująca, że jesteśmy o krok od schroniska. A więc byłyśmy na szczycie! Czy aby na pewno? Żadnych widoków, żadnego wiatru, ani nawet fajerwerków. Ale jednak, mimo wszystko, to był szczyt.
Może jednak moje wnętrze wcale nie jest puste? Może tam, gdzieś między sercem a żołądkiem coś jednak jest, tylko – jak z tym szczytem – po prostu tego nie widać. W końcu z człowiekiem, tak jak z praliną – liczy się i skorupka i to, co w środku. I tylko od nas samych zależy jakim nadzieniem siebie wypełnimy.

Tymczasem ja, po powrocie z tygodniowego postu, wróciłam z wielką ochotą na czekoladę. Jako osoba z wartościami, nie rzuciłam się na pierwszą lepszą, lecz postanowiłam zrobić własne praliny. Pozostało tylko jedno zasadnicze pytanie – czym je wypełnić?





Warto odbywać takie podróże – w góry, do pustelni, wgłąb siebie. Dla zdrowia psychicznego. I dla zgrabnego tyłeczka. 


"Shellsy" pralin dostępne w sklepie Sekrety Czekolady, polecam! 

23 komentarze:

  1. Eeeeej, no i na co w końcu padło? :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Zmierzenie się z własnym wnętrzem to faktycznie nie lada wyzwanie. Podziwiam Was. Być z przyjaciółkami i przez sześć dni mieć nakaz milczenia! Ale bardzo to musiało być pouczające - o sobie samej.
    Częściej by się przydało wielu z nas :)
    pozdrowienia!

    OdpowiedzUsuń
  3. Od kilku lat marzy mi się taki wyjazd, ale zawsze coś innego wypada.

    OdpowiedzUsuń
  4. Podróż w głąb siebie? Może i mnie by się przydała...

    OdpowiedzUsuń
  5. Czasem myślę, że by mi się taka pustelnia przydała. To odprężające. W zeszłą niedzielę miałam dzień bez komputera i to było cudowne uczucie... ;)

    OdpowiedzUsuń
  6. A najgorsze jest to, że żadna podróż/wycieczka/wyjazd nie pozwala na oderwanie się od siebie.

    OdpowiedzUsuń
  7. Powiem Ci, że chciałabym być bardziej wartościową osobą. Mam wrażenie, że wiele mi brakuje do takiej osoby, że nie mam innym nic do zaoferowania i ogólnie jestem jakaś taka... pusta i nieinteresująca.

    OdpowiedzUsuń
  8. O nie... z opisu wynika, że pusta lala to ja! *.* idę po popcorn! xD

    OdpowiedzUsuń
  9. W głąb siebie to ja zaglądam, jak idę do sadu sam np. po krowy...

    OdpowiedzUsuń
  10. Czasem ciężko wybrać się w taką podróż, bo aż strach, co możemy znaleźć w głębi siebie... Cieszę się, że Tobie się udało :)

    OdpowiedzUsuń
  11. Gdzie ten klasztor? Też tam chcę.

    OdpowiedzUsuń
  12. :O wiesz co? nie wiem jak bym wytrzymała w ciszy...ale jestem ciekawa co bym w sobie odkryła :)

    OdpowiedzUsuń
  13. czasem dobrze jest trafić na taką pustynię

    OdpowiedzUsuń
  14. pustynia może wypełnić czymś niespodziewanym, po same brzegi. A jak na pustyni jest się z całą karawaną, to już wogóle super!

    OdpowiedzUsuń
  15. Oj czekolejdi, jak zazdroszczę.

    OdpowiedzUsuń
  16. ... a ja się poczęstuję czekoladką i póję to przemysleć ;)

    OdpowiedzUsuń
  17. Zwykle "rozmawiam" ze swoim wnętrzem w górach bo tam znajduję swoją przestrzeń i myśli same chodzą po głowie.

    OdpowiedzUsuń
  18. ja bym nie dała rady tyle bez gadania! podziwiam cię :)

    OdpowiedzUsuń
  19. Ja to w ogóle często ze sobą gadam i nie wiem czy to jakiś psychiczny skos czy co...

    OdpowiedzUsuń
  20. To i ja poproszę jedną pralinkę:)

    OdpowiedzUsuń
  21. rozpłynęłam się na samą myśl :)

    OdpowiedzUsuń

Smakowało?