niedziela, 12 maja 2013

Rozmówki damsko-męskie I: jazda samochodem.


Oto pierwszy z felietonowego cyklu Rozmówki damsko-męskie. Ja przedstawię kobiecy punkt widzenia, Kacper (Nie da się!)  spojrzenie męskie. No to jazda.





Na jazdach zawsze było w porządku. Moich instruktorów nieraz zadziwiałam brawurą na jezdni. Szkoda, że tak nie było, gdy nadszedł czas rozwiązania... Rozwiązanie testu – rzecz jasna – było bułką z masłem. Niestety dalszy ciąg egzaminu nie poszedł jak po maśle. 

Mój pierwszy egzamin na prawo jazdy był katastrofą tak wielką, że można do tego porównać tylko wykonanie przez Tatianę Okupnik utworu Skyfall lub tego, co wyszłoby z pomieszania ciasta czekoladowego z kapuśniakiem. Mój pierwszy egzamin na prawo jazdy trwał 5 minut. Wsiadłam do samochodu. Wykonałam wszystkie czynności przygotowujące do dalszej jazdy. W tym, odmówiłam pacierz. Ruszyłam. Nie ujechałam nawet metra, kiedy starszy mężczyzna o surowym wyrazie twarzy , dalej zwany Egzaminatorem lub Sędzią Najwyżsiejszym, odrzekł stanowczo: STOP. Egzamin został przerwany. Z wszystkich czynności przygotowujących zapomniałam o jednej, jak się okazało, nie zwykle ważnej – załączenie świateł.

Być może ja zapomniałam o światłach, ale w tym momencie mnie oświeciło... To nie jest egzamin na prawo jazdy, to jakaś żałosna, bezduszna, komunistyczna banda wyzyskiwaczy. Jak pomyślałam, tak powiedziałam (a może wykrzyczałam?) Panu Egzaminatorowi prosto w twarz. Mało tego, to właśnie jego, a w zasadzie tę jego pałającą ponuractwem twarz oskarżyłam o to, że nie zdałam. Tak, tak, to przez stres jaki na mnie wywarł, nie zdałam...

Jestem też prawie całkowicie pewna, że przez to, co powiedziałam (a może rzeczywiście wykrzyczałam?) nie zdałam egzaminu na prawo jazdy po raz drugi, trzeci, czwarty... i tak w sumie dwanaście razy (słownie: 12 razy). Jestem prawie całkowicie pewna, że w gabinecie dyrektora ośrodka wisi moje zdjęcie z adnotację, że tej pani nigdy nie ma się udać. Jest to jedyna teoria spiskowa, której daję wiarę. 

A może jest inaczej... może to inna teoria sprawdza się w moiu przypadku? Może po prostu, jako kobieta, nie odróżniam strony prawej od lewej, zamiast za znakami, rozglądam się za przystojniakami na chodniku, a parkowanie tyłem na zawsze pozostanie dla mnie nieosiągalnym marzeniem? Być może. A może na pewno. Na szczęście, w przeciwieństwie do wielu panów, nie uważam się za mistrza kierownicy. Z tym, że nigdy nie kandydowałam na ten tytuł. Chcę po prostu nie moknąć, jadąc w strugach deszczu na rowerze do pracy. 

To nie jest tak, że kobiety gorzej od mężczyzn jeżdżą samochodem. My po prostu czego innego upatrujemy w jeździe.  Z całą pewnością jednak obie płcie tak samo lubią jazdę samochodem. I o to chyba powinno chodzić, a propos jeżdżenia.

I właśnie z tego powodu oraz jeszcze innego, którego nie zdradzę, postanowiłam sobie i samochodowi dać ostatnią szansę. I tak oto po raz 13 przystąpię do egzaminu na prawo jazdy. Bo każdy ma prawo do pomyłek i błędów. Oby jednak tym razem poszło bezbłędnie. No to jazda!

30 komentarzy:

  1. Ja zdawałam 9 razy, ale to przez własną głupotę ;) Faktycznie, parkowanie tyłem to czarna magia, a zamiast skupić się na drodze wszystko wkoło mnie interesowało :D
    Niemniej życzę powodzenia ! Jak to mawiał mój instruktor ,,Na każdego kiedyś przyjdzie czas" i miał rację ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. MAsz coś przeciw Tatianie Okupnik? Chyba musimy poważnie porozmawiać CzekAfrodyto.

    OdpowiedzUsuń
  3. Ja zdawałam trzy razy. Przyznam, że na pierwsze dwa podejścia zasłużyłam, by nie oblać. Parkowanie tyłem to moje ulubione. Za cholerę jednak nie lubię równoległego, chyba że miejsce ma długość 10m haha. A jutro znów poniedziałek!

    OdpowiedzUsuń
  4. Heh, a ja nie mam prawka i mi z tym całkiem dobrze się żyje. Jeżdżę autobusem i metrem, dzięki czemu mam codziennie około półtorej godziny na czytanie, zamiast wychodzić z siebie (lub samochodu) stojąc w korkach. Nie płacę za parking, za OC, AC, itd. Jest ok :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Hm..przyznam się ze zdałam za pierwszym razem;-) Jeżdżę od 20 lat i mogę powiedzieć tyle - faktycznie czego innego szukam w jeździe niż mój mąż:) A wielkim dzwonnikiem w naszej rodzinie jest teeestosterooon. Nie ja - 3:0.
    Trzymam kciuki za 13:) Wierzę w jej moc - dlatego ślub brałam 13 właśnie;-)

    OdpowiedzUsuń
  6. Ja aktualnie czekam na 4 egzamin. Też nie uważam się za wybitnego kierowcę, ale najzwyczajniej w świecie mam dość jeżdżenia komunikacją miejską... Generalnie, to mogłabym zdawać nawet 100 razy, gdyby nie fakt, że jest to cholernie drogie i kosztuje mnie tyle stresu, że psychika mi siada.
    Trzymam za Ciebie kciuki, oby się udało! :*

    OdpowiedzUsuń
  7. mam nadzieję, że to będzie szczęśliwy, trzynasty raz ;D osobiście prawo jazdy zdałam za 2gim, ale odkąd prawie spowodowałam wypadek, gdy to wyjechałam na ulicę bez sprawdzenia prawej strony i prawie dostałam od nadjeżdżającego samochodu, nie wsiadam za kierownicę i wspieram poznański transport miejski ;)

    OdpowiedzUsuń
  8. 13 raz? no to trzymam kciuki!!! :)

    OdpowiedzUsuń
  9. Pozostaje życzyć powodzenia :-)

    Mnie się wydaje, że są ludzie (niezależnie od płci), którzy nie mają predyspozycji do bycia dobrymi kierowcami. Ja do takich należę z pewnych względów. Na razie jeżdżę na rowerze :-) I bardzo to polecam :-) Krakowskie tramwaje są też niewyczerpanym źródłem inspiracji blogowych ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dopóki nie poszłam na prawo jazdy nie wiedziałam tego. Ale z doświadczenia (nie własnego) wiem, że masz rację - trzeba mieć predyspozycje. I nie ma zasady, że faceci umieją i nadają się do kierowania autem, a baby nie. Znam i widziałam facetów, którzy na filmikach w internecie mieliby największą oglądalność w tych takich zbiorowych filmach o "failach". Znam i widziałam kobiety, które raz, dwa, załapywały w czym rzecz i jeździły po mistrzowsku.

      Usuń
  10. zabierz różowe okulary :D i ...ostra jazda bez trzymanki :D

    OdpowiedzUsuń
  11. Nie wiem, czy powinnam się wypowiadać.

    Teorię i praktykę zdałam... za pierwszym razem. I to z nożem na gardle. Bo zbliżało się wejście tej nowej ustawy o ruchu drogowym, a ja po 12 latach od możliwości zrobienia prawka, nadal zwlekałam. Jednak... udało się. Za pierwszym razem - nieziemsko się cieszę :D

    Dlaczego piszę, że raczej nie powinnam komentować tej notki?

    Bo... Bo z jednej strony powinnam iść za solidarnością jajników, poklepać Cię po plecach, pokrzepić, zachęcić do dalszych prób.

    Z drugiej strony... Mam wątpliwości (nie zabij mnie za to, co napiszę, proszę)...

    Od razu zaznaczę, że nie ma zasady, że jak się jest facetem, to jazdę samochodem ma się we krwi i odwrotnie - baby do garów, a w aucie mylą kierunkowskaz prawy z włącznikiem wycieraczek. Nie ma takiej zasady, to bzdura.

    Widziałam na kursie (robiłam na przełomie 2012/2013 roku, czyli świeżutko) mężczyzn (tych młodych, ledwo pełnoletnich; i tych dojrzałych, z siwizną na skroniach), którzy za nic nie mogli "zakumać czaczy" podczas zajęć teoretycznych. Skrzyżowania bez świateł, równorzędne, to dla nich czarna magia, coś czego nigdy nie zrozumieją. Widziałam mężczyzn, którzy genialnie i szybko opanowywali teorię, ale za nic w świecie nie potrafili przełożyć tego na praktykę i jazda samochodem w ich wykonaniu to była zbrodnia całkowita - na samym samochodzie, drogach, przepisach.

    Tak samo też widziałam kobiety na kursie, które zamiast próbować zrozumieć zasady jazdy po rondach (skrzyżowaniach z wysepką, jak wiadomo), kłóciły się w nieskończoność z wykładowcą o to, czy ten samochód na obrazku jest zielony czy jednak oliwkowy. Inne kobiety z kolei w try miga uczyły się, testy rozwiązywały śpiewająco, ale za kółkiem dostawały spazmów i nie potrafiły wyjechać ze szkolnego parkingu.

    Dla mnie teoria to był pikuś. Ja jestem umysł ścisły, logiczny. Nauczenie się zasad ruchu drogowego to taka oczywista oczywistość. Wszystko jasne i klarowne.

    Ale za samą kierownicę wsiadałam z duszą na ramieniu, trzęsąc się jak osika. I straszliwie bałam się bycia ocenianą przez mojego instruktora.

    I co się okazało?

    Po 1) moja fobia związana z prowadzeniem samochodu to pikuś; mój brak wiary w siebie to jeszcze większy pikuś;
    Po 2) potrzeba było instruktora z prawdziwego zdarzenia, by móc się porządnie nauczyć jeździć;
    Po 3) nie bać się zadawać głupich - tylko z pozoru głupich - pytań w czasie jazdy.

    I choć mój instruktor w połowie obowiązkowych lekcji uznał już, że spokojnie mogę iść na egzamin, bo się nadaję i to bardzo, to jednak ja psychicznie nie czułam się jeszcze na siłach. Wykupiłam więc łącznie 16 dodatkowych godzin. Ostatnią w dzień egzaminu (teorię zdawałam osobno - miesiąc przed praktyką - też celowy mój zabieg, by spokojną mieć duszę).

    I jak jasny pierun - uwierzyłam, że nadaję się na kierowcę. Uwierzyłam w siebie jako człowieka. No i poznałam kogoś, kto stał się kimś bliskim, ale to inna para kaloszy.

    Do czego jednak zmierzam...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi

    1. W trakcie rozmów z instruktorem niejednokrotnie poruszałam temat tego, jak ogólnie ludzie sobie na lekcjach radzą. Podpatrzeć sama nie bardzo mogłam, bo z A. była taka zasada, że jeździmy sami, bez towarzystwa na tylnych siedzeniach (to też stresujące jest).

      I wiesz co? Nie chcę Cię dobijać albo coś w tym stylu... Hmm... Ale... Mój instruktor miał kilka takich przypadków, że... Hmm... Jedna pani wyrobiła u Niego 300% normy. Zamiast obowiązkowych 30 godzin, wyjeździła u Niego 90. A i tak nie została dopuszczona do egzaminu, choć teorię miała w jednym paluszku... Dwóch panów miało podobny wynik w zaliczonych lekcjach jazdy. I też nie dostali zgody na pójście na egzamin praktyczny. Po prostu... nie nadawali się.

      I ja tego instruktora podziwiam. Za to, że miał odwagę przyznać się do swojej porażki (bo to dla nich porażka totalna) i mieć odwagę powiedzieć to swoim uczniom, że nigdy dobrymi kierowcami nie będą, a On nie chce brać odpowiedzialności za wypuszczenie na drogi kogoś, kto całe życie będzie "niedzielnym kierowcą".

      Trochę nie chciałam w to uwierzyć, ale potem sama się przekonałam. Codziennie jeżdżę dużo, bo do pracy daleko, a ja samotna matka, więc wszystko na mojej głowie, jeśli chodzi o codzienne obowiązki. I codziennie widzę, jak ludzie jeżdżą. I momentami naprawdę trudno mi uwierzyć, że ktoś ich na ulicę wypuścił, ktoś uprawnienia dał.

      Najgorsze w kierowaniu pojazdem jest to, że trzeba brać odpowiedzialność nie tylko za siebie, ale też umieć przewidzieć, co zrobi inny kierowca. Bo Ty możesz jeździć prawidłowo, pewnie, ale pojawi się na Twojej drodze ktoś, kto nie ogarnia sytuacji i wypadek gotowy.

      Dlatego... nic na siłę.

      Usuń
    2. P.S.

      Z tego wszystkiego zapomniałam o najważniejszym: KOCHAM PARKOWAĆ TYŁEM :D I wbrew pozorom - to jest bardzo proste. Ważne jednak, by instruktor prawidłowo to wytłumaczył - ja też byłam na początku bardzo oporna i niejednokrotnie zachowywałam się jak blondynka z dowcipów.

      Ale... parkowanie tyłem jest... fajne :D

      Zresztą tak samo jak równoległe przodem i tyłem...

      Hmm... Najmniej chyba lubię parkować przodem. Niby najprostsze, a łatwo można popełnić głupi błąd i ustawić auto z ukosa, na liniach, jak wieśniak konia z wozem :/

      Usuń
  12. Trzymam kciuki. To był największy stresior w moim życiu, ale za 3 razem się udało:)

    OdpowiedzUsuń
  13. Aj tam juz zaczynam się bać mojego prawa jazdy.

    OdpowiedzUsuń
  14. Chyba powinnam brać z Ciebie przykład, bo za każdym razem gdy mi się nie udaje zaczynam wątpić i się poddawać. A było już tych egzaminów kilka.. Ale na szczęście mój chłopak nie daje za wygraną i wciąż mnie motywuje!

    OdpowiedzUsuń
  15. jej, przepraszam, ale masz tak genialny sposób pisania postów, że mam uśmiech na twarzy mimo tego, że z całego serca ci współczuje!
    Co do prawa jazdy-to jest najbardziej stresujący test w naszym życiu (chyba), nie dziwię się, że za 1szym razem się stresowałaś.. W ogóle oni (przepraszam, ale tak!) trzymają solidarność egzaminatorów-nadepniesz jednemu, inni cię kojarzą, ot co..
    Dlatego gratuluję odwagi-idź, idź ten 13 raz, tym razem będzie ooookeeeeyyy :D A ja będę trzymać kciuki, a ty zdasz na peeewno :)

    OdpowiedzUsuń
  16. Ehhhhhhh... tu trzeba konkretne środki zastosować:
    (zanim zacznie się lincz, proszę doczytać do końca)

    Etap 1:
    Bluzka z wieeeeeeeeeeeeeeeeelkim (do pępka) dekoltem, podkłady, tapety czy inne gładzie na twarz, obcisłe (to ważne!) spodnie i szpile. W torebce zmienne buty do prowadzenia samochodu.
    Przed wejściem do auta zmieniasz buty zginając się tak, by dekolt oślepił instruktora, a następnie poprawiasz zmienione buty obrócona w taki sposób, by tym razem olśnił go Twój zadek. W samochodzie przed ruszeniem kilka słodkich słówek które poruszą każdego samca: "męski, wysportowany, kino, kolacja, luźne związki, obcy 3, hamburger, coś ciepłego w ustach", a gdy facet będzie już Twój - wyciągasz od niego nr tel i wstępnie się umawiasz na upojną noc.

    Etap 2gi:
    Kierując samochodem kręcisz co jakiś czas ponętnie biodrami niby to się poprawiając. W końcu instruktor zapyta o co chodzi. W tym momencie obniżasz głos i szepczesz mu do ucha:
    - a wiesz misiu, bo te spodnie to strasznie w jaja mnie gniotą.

    Uwierz mi, żaden egzaminator z Ośrodka nie zdecyduje się na kolejne spotkanie z Tobą. Nawet służbowe.

    Nie, nie musisz dziękować za radę ;)

    OdpowiedzUsuń
  17. Siema! Uważam, że prowadząc tego bloga wykonujesz kawał czekoladowej dobrej roboty zapraszam do blogerowskiej zabawy, a po szczegół zapraszam tu:
    http://cruelty-free-blog.blogspot.com/2013/05/tag.html
    Cium :*

    OdpowiedzUsuń
  18. Powodzenia po raz 13-nasty :) . I oby tym razem szczęśliwy! ;*

    OdpowiedzUsuń
  19. O jacieeee! Tyle razy?? :-)
    No to tym razem musi to być szczęśliwa trzynastka!
    Trzymam kciuki!

    OdpowiedzUsuń
  20. obyś tym razem zdała!:))) fajna ta seria:) czekam na kolejne odsłony:)

    OdpowiedzUsuń
  21. Mam nadzieję, że 13 będzie szczęśliwy!
    Powodzenia :)

    OdpowiedzUsuń
  22. Ja tam już dziesięć razy oblałam i co Ty na to? Za każdym razem na głupocie jakich mało, ale nie odpuszczę, co to, to nie. Nie dam łatwo wygrać egzaminatorom, będą się ze mną użerać dopóki dopóty w końcu nie otrzymam pozytywnego wyniku. Kilka razy oblałam na tym, że jestem za niska i chciałam bliżej sobie do czegoś podjechać i wszelkie tłumaczenia, że tak, wiem, że powinnam się zatrzymać, nie działały. Odnośnie Ciebie, wydaje mi sie, że za włączenie świateł uwalić cię nie powinien, chyba że trafiłaś na jakiegoś szczególnego i walniętego idiotę. Ja za każdym razem trafiałam. Najgorsze jest to, że skończyły mi się testy (zdawałam za starych zasad) i będę musiała zdać od nowa. Ale damy radę!

    OdpowiedzUsuń
  23. To ja się może nie będę wymądrzać, iż udało mi się o raz;)
    Mam nadzieję, że Ci się uda! Życzę powodzenia!!!

    Mało pieszych depczących po zebrach, bo jakoś tak się zawsze dziwnie składa, że podczas egzaminu piesi wychodzą niemal z każdej dziury wzdłuz ulicy - omijaj ich szerokim łukiem, tylko pamiętaj załączyć kierunkowskaz zmieniając pas ruchu :)
    Trzymam kciuki! Mocno! Mocno!

    OdpowiedzUsuń
  24. świetnie piszesz:)
    jesli chodzi o prawo jazdy pocieszę Cię, różnie bywa, wg mnie nie należy się poddawać :)

    OdpowiedzUsuń
  25. Trzymam mocno kciuki, walcz do końca! Nie daj im tej satysfakcji, że się poddajesz :>

    OdpowiedzUsuń
  26. a ja mam prawko od 2 lat. I 2 razy jeździłam samochodem. Ale jak tylko kupimy, to zobaczycie :)

    OdpowiedzUsuń

Smakowało?