wtorek, 5 marca 2013

I żyli długo i burzliwie...

Nie wiem czego chce ludzi nauczyć Disney, kończąc bajki stwierdzeniem „I żyli długo i szczęśliwie”, mnie jednak samo życie nauczyło, że koniec nie zawsze oznacza końca. Historia o mnie i Panie Blogerze miała swój ciąg dalszy

Otóż, to, że tydzień temu odbyliśmy bardzo burzliwą rozmowę, nie znaczy, że wzajemne przyciąganie zniknęło jak czekolada leżąca w zasięgu mojej ręki. Zaraz następnego dnia po burzliwe rozmowie obudziłam się z lekkim kacem. Nie był to jednak efekt kilku łapczywych haustów zaczerniętych z butelki Wyborowej, a ten gorszy rodzaj kaca – kac moralny. Znacie go? Rośnie, im dłużej pozostaje w ukryciu. Zwyzywałam Pana Blogera publicznie. I trzeba było coś z tym zrobić. Napisać publiczne oswiadczenie? Wystarczyło powiedzieć małe i słodkie „przepraszam”. Kaszka z mlekiem. Łatwizna. Z szacunku do gatunku męskiego i z kilku innych – tylko mi znanych powodów – należało zrobić coś jeszcze. 
Kupić mu piwo

I tu zaczynają się schody. A w zasadzie prosta droga. Mówiąc prościej – spacer. Spacer w odludnym miejscu jest znacznie lepszy na pogaduchy blogerów, niż kino wypchane ludźmi podczas Pogaduch Blogerów. A jednak to nie była prosta rozmowa. Z prostej przyczyny – Pan Bloger jest tchórzem. Zamiast zadawać mi pytania, zakłada, że zna mnie lepiej, niż ja. Zamiast mówić o emocjach, o tym, co czuje rzuca utartymi sloganami. „Nie jestem gotów na związek” – tak powinien brzmieć jego nagrobek. A ja byłam najakuratniejszą osobą, która chciała go pod ten nagrobek wsadzić. 

Pan Bloger jest tchórzem. 

Skąd pochodzi moja czelność i tupet do wygłaszania takich kwestii? Otóż, jestem jeszcze większym tchórzem, niż on. Jeśli używałabym słowa "powinnam", napisałabym teraz, że powinnam była wygiąć rękę i palec, który wymierzam w niego wymierzyłabym prosto w moją klatkę piersiową. 

Zabawne, ale z całej rozmowy właśnie ten moment, w którym zaczęliśmy rozmawiać o naszej związkofobii, zbliżył nas na nowo do siebie. 





Nie znaczy to, że zaczęłam myśleć o małych Blogerzątkach. Ani to, że Panu Blogerowi się nie oberwało. Nie znaczy, że mam zamiar mu się podlizywać. Znaczy to natomiast, że postanowiłam nie wyrzucać go nie tylko z Fejsbuka, ale również z mojego życia.
Jak się domyślacie, po tej rozmowie również nastąpił ciąg dalszy, ale to już inna historia. Historia rozbierana – o tym jak rozbieraliśmy na części proste mój popsuty komputer. I o tym, co się zdarzyło pomiędzy.





Doprawdy, nie wierzcie Disney’owi. Mi możecie uwierzyć, o tyle, o ile jesteście otwarci na przyjęcie ostrej jak brzytwa, gorzkiej jak ziarno kakaowca prawdy o związkach damsko-męskich. Mianowicie, po słowie koniec nie ma próżni. Nie ma też "i żyli długo i szczęśliwie". Jest... To, co wydarzy się, gdy za moment zamknę laptopa i napiszę o tym kolejnym razem.


Di ent
i żyli długo i ... (dokończyć po swojemu)

21 komentarzy:

  1. I to w Tobie ubóstwiam, To czyli dystans, romantyzm, niecodzienność, szczerość, bezpośredniość, ten uśmiech,.... it's not the end :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Wow!!! Wiesz, zatkało mnie :-)

    OdpowiedzUsuń
  3. Ja chyba nie do końca wiem o co chodzi...ale znając Ciebie - kiedyś się dowiemy :P

    OdpowiedzUsuń
  4. No... Po słowie "koniec" dopiero się wszystko zaczyna

    OdpowiedzUsuń
  5. Jak emocje opadną to do wszystkiego nabiera się dystansu.

    OdpowiedzUsuń
  6. ja też się trochę zgubiłem ;d , ale rysunki fenomenalne! :)))
    Pozdrowienia,
    Tomek

    OdpowiedzUsuń
  7. Ja tam się wychowałam na anime, tam nc nie było zbyt proste i pewne ;P.
    Aczkolwiek jestem romantyczką. Życiową romantyczką. Nie oczekuję łóżka obsypanego płatkami róż, wykwintnej restauracji, świec, bukietów kwiatów, ani drogiej biżuterii, ale tak oczekuję, aby mój facet mnie kochał,był czuły, opiekuńczy, był dla mnie kiedy go potrzebuje. Niewiele, ale wystarczy aby budować szczęśliwe życie i uwaga... takie w realu istnieje ;)

    OdpowiedzUsuń
  8. I bardzo dobrze, że nie ma próżni po The End. To było by strasznie nudne życie. Poza tym koniec jednego jest zawsze jednocześnie początkiem innego. Więc ja myślę, że wszystko gra :)

    OdpowiedzUsuń
  9. Bardzo przyjemnie czyta się Twoje posty. Są lekkie i bardzo humorystyczne. Zawsze chciałam umieć pisać takim stylem, ale, cholera, za dużo we mnie jakiejś cegły w postaci smutku, czy też za dużo braku dystansu. Do wszystkiego.

    Oby historia z Panem Blogerem nigdy się nie zakończyła! :)

    OdpowiedzUsuń
  10. A jakie przyjemne wizualizacje! :)

    OdpowiedzUsuń
  11. Uwielbiam Cię czytać! Ach, to takie relaksujące. I prawdziwe...

    OdpowiedzUsuń
  12. dodam wątek melodramatyczny ON-młody, ONA -stara ....kurcze!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. On - ksiądz, ona - zakonnica? ;)

      Usuń
    2. i ten trzeci egzorcysta ;)

      Usuń
  13. Czekolado! Zaglądanie do Ciebie to jak wyciąganie czekoladek z pudełka z zamkniętymi oczami ;-) Ściskam!

    OdpowiedzUsuń
  14. No cóż. Jestem z tych, którzy nie dają drugiej szansy, więc w tym momencie lepiej spuszczę zasłonę milczenia na to, co myślę :) I - uważaj na siebie!

    OdpowiedzUsuń
  15. o ja tak jak iw zawsze czułam czy komuś zależy ( i nie chodzi tu o namiętność)tak bardzo, że naturalne jest to, że chce być razem, czy jest jakieś ale. Wtedy zwykle kończy się zranieniem i to nie jego.

    OdpowiedzUsuń
  16. oj , mam zaległości...muszę sobie dłużej posiedziec i poczytać;0

    OdpowiedzUsuń
  17. Droga Auroro - po pierwsze nie wymagaj od mężczyzny mówienia o emocjach. Łatwiej mu przyjdzie rozmawiac o tym jak zbudowana jest śruba rzymska napinająca niż opowiedzieć co czuje.
    Po drugie związkofobia - a może wcześniej nie był związkofobem ale został rozjechany i starty na miazgę i nie miał wyjścia jak się nim stać?
    Po trzecie- baw się i kochaj:)

    OdpowiedzUsuń
  18. po słowie 'koniec' nie ma próżni... :)

    OdpowiedzUsuń
  19. wracam - ja blogerka marnotrawna po długiej przerwie i widzę, że się działo, oj działo :)

    OdpowiedzUsuń

Smakowało?