wtorek, 7 sierpnia 2012

Sztuka latania



XXI wiek ma to do siebie, że wszystko stało się łatwiejsze, niż dotychczas. Pranie, odkurzanie, gotowanie, lądowanie na księżycu. Kupienie odpowiednich butów i to bez wyjścia z domu. Przelecenie kogoś. I latanie. Nie mnie wymachiwać wskazującym palcem, oceniając co jest dobre, a co złe. Na moralizatorstwo przyjdzie czas. Za jakiś miesiąc, gdy znów stanę się Panią Nauczycielką. Tymczasem, wraz z całą resztą populacji planety Ziemia, cieszę się wolnością i łatwością spełniania wszystkich bezużytecznych zachcianek jakie zdoła wyprodukować ludzki umysł. Cóż, jeśli nie musimy, tak jak Neandertalczycy, walczyć o przetrwanie, możemy z spokojem zająć się spełnianiem marzeń! Czyż to nie wspaniałe?! Tak, tylko że... 

Tylko że nikt tego nie robi. Dlaczego? Jest jedna zasadnicza odpowiedź - bo zawsze istnieje jakieś małe "ale". Z pozoru małe "ale" dziwnym trafem okazuje się zawsze większe od chęci urzeczywistnienia pragnień. Jeśli te pragnienia się ma. Otóż, z niemałym wytrzeszczem oczu stwierdzam, że w czasach kiedy nam wszystko wolno, my sami sobie nie pozwalamy na najważniejsze - marzenia. 

Opanowaliśmy loty międzykontynentalne, a nawet w kosmos, lecz brak nam podstawowych umiejętności latania ponad szarą rzeczywistością.  

Czerwieniąc się nieco i w ukryciu, tak co by nikt nie widział, rozmarzyłam się pewnego razu... Wzniosłam się wysoookooo. I tak oto jakiś czas później już nie na skrzydłach marzeń, lecz samolotu byłam wysoko nie tylko myślami, lecz także i ciałem. W drodze do Londynu. 







Nie, nie miałam pieniędzy na tą podróż. Nie miałam też czasu. Ani tym bardziej nie miałam gdzie spać... Miałam mnóstwo wątpliwości, z wizją końca świata na czele. Miałam jednak coś jeszcze. Coś znacznie ważniejszego. Nie była to czekolada, lecz nieposkromiona chęć posmakowania czegoś nowego - przygody.

Czerwone autobusy, tłumy na Oxford Street, tanie jedzenie w Camden Town, zawsze tak samo wyglądający Big Ben, pięciominutowe deszcze, ociekające tłuszczem fish&chips, walające się ubrania po podłodze Primarku, najbardziej czekoladowe muffiny na świecie, świeże owoce na Portobello... Latałyśmy z Starszą Siostrą po całym Londynie. I niczym mnie nie zaskoczył.  






A jednak to była podróż moich marzeń. Bo w lataniu do innych krajów wcale nie chodzi o latanie po najmodniejszych ulicach, sklepach i innych atrakcjach. Ani nie chodzi o przeleceniu najapetyczniejszego ciacha w klubie. Chodź temu stwierdzeniu nieco bliżej do tego, co chcę przekazać... Chodzi bowiem i o jedzenie. I o ludzi. 






Owszem, spałam na Notting Hill, rozpieszczałam podniebienie ostrygami i bazyliowymi bezami z truskawkami, kupiłam sukienkę za 5 funtów, piłam piwo imbirowe z Kate Middelton (dobra, dobra... wykreślcie "Kate Middelton" i poznacie prawdę) oraz odkryłam zalegające od kilku lat funty na moim koncie bankowym. Niczym by było to wszystko, gdyby nie osoby towarzyszące mi w tej przygodzie. Starsza Siostro, Panie Angliku, Arku, załogo Ryanair - dzięki

Mogłabym dziękować jeszcze setkom osób, włączając w to bardzo cierpliwego pana z obsługi lotniska, który pakował moje wszystkie błyszczyki i tusze w malutkie foliowe opakowania, ale przecież to była przygoda w stylu Jasia Fasoli, a nie rozdanie Oscarów. Mimo to, zakończenie tej przygody miało finał w iście amerykańskim stylu. 

O ile opanowałam w stopniu dobrym sztukę latania, o tyle - jak się miało okazać - nieco gorzej z sztuką spadania... Innymi słowy o mały włos i byśmy przegapiły lot powrotny. Wszystko zaś przez... naszą złą organizację czasu. I korki. I pewnego rudego Anglika, który nie wiadomo jakim trafem czekał na mnie na stacji, by po kilku latach wyznać mi, że tęsknił. Cóż, ludzie mają dziwne pomyły. Zwłaszcza zaś Anglicy. Doprawdy, wzruszył mnie i byłabym w stanie nawet dać mu buziaka, pomimo jego obfitego rudego - jak już zaznaczałam - zarostu, ale byłam bardzie zaabsorbowana pogonią za odjeżdżającym na lotnisko autobusem... Na nic moja gonitwa, pukanie po szybie i wygrażanie ręką.

Do momentu postawienia mej stopy na pokładzie samolotu byłam w takim stresie (a Starsza Siostra i w płaczu), że nie pamiętam jakim cudem dostałyśmy się w końcu na lotnisko. Tym bardziej, jak w tej gonitwie udało mi się zakupić na strefie bezcłowej czekoladę... Wiem tylko, że byłyśmy ostatnimi pasażerkami ładującymi się na pokład. Uff...





Raz i nigdy więcej! - takiego spóźnialstwa, of kors!

Londynu nigdy dosyć. Przygód nigdy dosyć. Marzeń nigdy dosyć. No i czekolady...
Stąd, to nie pierwszy i ostatni wpis dotyczący mojego wyjazdu. Ani to nie pierwszy i ostatni wyjazd do Londynu. Pozostaje mieć nadzieję, że lubicie czytać o deszczu... Hehe. Widać absurdalny brytyjski humor jest zaraźliwy, bo to oczywiście żart. Będę pisać o jedzeniu. I czekoladzie. 

Czemu nie o Olimpiadzie? A że była jakaś Olimpiada w tym czasie? Ups. Chyba coś przeoczyłam... Szit. Wiedziałam, żeby nie odwracać głowy za każdym razem, gdy przechodził obok ktoś podobny do Hugh Granta...

30 komentarzy:

  1. kurka masz rację!! trzeba kosztować (w locie). bo po najsmaczniejsze kąski czasem wystarczy sięgnąć..;)

    :DD kartka z Willem i Harrym jest bosssska!!

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie ma jak szeroki uśmiech po przeczytaniu Twojego kolejnego posta :).

    OdpowiedzUsuń
  3. I już zazdroszczę...Pogadałaś po angielsku?

    OdpowiedzUsuń
  4. Zazdroszczę takiej podróży :) Mam nadzieję, że mi też będzie dane zobaczyć kiedyś Londyn.

    A do marzeń trzeba dążyć i je spełniać!

    OdpowiedzUsuń
  5. cudnie ,a ten rudy Anglik, to oczywiście ks. Harry ? :D

    OdpowiedzUsuń
  6. Wspaniale :) przygoda przeżyta i to z morałem ;D następnym razem będziecie pierwsze na pokładzie :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Czekolada poprawiła nastroje w samolocie! A co z Anglikiem? :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Londyn jeszcze przede mną :)
    A Twojej wyprawy gratuluję, jak tylko jest możliwość, trzeba zwiedzać i cieszyć się tym, co się ma!

    OdpowiedzUsuń
  9. hehe! A to Ci przygody! Pozazdrościć spontanu :)

    OdpowiedzUsuń
  10. Moja mama- przykładna obywatelka, zawsze jest na lotnisku duużo wcześniej, ostatnio wracając z Hiszpanii również o mały włos nie przegapiłaby swojego lotu.
    Pozdrowienia dla Was dziewczęta ;*

    OdpowiedzUsuń
  11. ;););) Uśmiałam się! Fajnie.

    OdpowiedzUsuń
  12. Tak bardzo zazdroszczę, że to aż niemoralne ;)

    OdpowiedzUsuń
  13. no i fajnie, sama chetnie bym pojechala ale jakos mi za drogo, no chyba ze sie ma siostre w londynie ;)

    OdpowiedzUsuń
  14. lądek zdrój? :) tam mnie jeszcze nie było.
    fajnie mieć Starszą Siostrę. :)
    u mnie w rodzinie to mnie przypadła rola Starszej Siostry i skończyło się na locie do Holandii. Tam też mają czekoladę. :D

    OdpowiedzUsuń
  15. sympatycznie opisane, a wycieczka do Londynu figuruje na mojej
    "liście marzeń do spełnienia w przeciągu następnych kilku lat" :)

    OdpowiedzUsuń
  16. Zazdroszczę. Być tam w trakcie Olimpiady - bezcenne!
    Ja nawet wszystkie swoje zdjęcia stamtąd chyba straciłam, bo dysk zewnętrzny mnie po prostu "przeleciał"

    OdpowiedzUsuń
  17. A angielska czekolada smaczniejsza od naszej? :-?

    OdpowiedzUsuń
  18. Przeczytałam Twój wpis kilka razy i...nie mam dość!
    Bezapelacyjnie kocham Londyn, dlatego tak cudownie oddalam się degustacji każdego Twojego słowa o Nim. Czuję wręcz jego zapach...=)
    Ps. Wspomnę też, że rewelacyjnie oddałaś "problem-chcę ale nie mogę" ahhhh
    Miłego dnia

    OdpowiedzUsuń
  19. Przytkało mnie z lekka po przeczytaniu Tego wpisu, nie będę ukrywać. Poczułam się tak, jakby mój własny lot do Anglii nie tyle był zarezerwowany na jutro rano, co po prostu był, a ja w ostatnim momencie wpadłabym na lotnisko i kupiła ostatni bilet. :)

    OdpowiedzUsuń
  20. Muszę ci powiedzieć, że uwielbiam te twoje opowieści:)A Londyn chętnie bym odwiedziła:)

    OdpowiedzUsuń
  21. dobrze przeczytałem ...? nauczycielka... that's fuckin' hot girl ... czy jak to tam mówią w Londynie ;)

    OdpowiedzUsuń
  22. bardzo zazdroszczę tak pięknej wyprawy :) muszę kiedyś pójść w Twoje ślady :)

    OdpowiedzUsuń
  23. zdecydowanie przypomnial mi się tu film o takim samym tytule- Sztuka latania. koniecznie obejrzyj, ale uwaga- niektórzy na kocu płaczą, z tym, że to najcudniejsze łzy, jakie mogą nam się zdarzyć:)
    jedzenia i smaku życia fakt- nigdy dość:)

    OdpowiedzUsuń
  24. Pożera mnie zazdrość :3 Fajnie <3
    Będzie mi miło gdybyś obserwowała i pomogła dojść do 100 obserwatorów, strasznie mi zależy ♥
    Wpadnij : www.everyday-smart.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  25. Tylko pozazdrościć takiej wycieczki : )

    OdpowiedzUsuń
  26. podobno Hugh Grant juz jest passe ;-)
    A co do pianina brak mi adekwatnej porady,kiborda szkoda...

    OdpowiedzUsuń
  27. "Opanowaliśmy loty międzykontynentalne, a nawet w kosmos, lecz brak nam podstawowych umiejętności latania ponad szarą rzeczywistością."

    I cóż więcej tu dodać?

    OdpowiedzUsuń

Smakowało?