czwartek, 9 lutego 2012

Misiu Ptysiu

Miałam plany na ten dzień...
Paczkę drożdży. Pradawny przepis Buni. Dwa litry oleju. Najwidoczniej zabrakło mi oleju w głowie, bo pomyliłam dni. Tłusty Czwartek i robienie łakoci wypada dopiero za tydzień. 
Nic nie szkodzi. Może jedzenie pączków szkodzi, gdy się to robi codziennie, ale raz na tydzień? Zjem dziś, zjem też w następny czwartek. A może by tak sobie urozmaicić? W końcu za oknem monotonia - biało i cholernie zimno. Może by tak wgryźć się w ptysia? Ma białe nadzienie i chroni przed zimnem (bo jego jedzenie powoduje przyrost ochronnej tkanki tłuszczowej).
Ach, te ptysie... Oby tylko pojawiły się we właściwym miejscu o właściwej porze. W cukierni na rogu, gdy będę szła do pracy, znaczy się.

Oby! - przezornie powtórzę. Zdarzyło się bowiem takiemu jednemu Ptysiowi nie pojawić się. I pozostałam głodna. Była zaś niedziela. Wiadomo, że niedziela bez deseru to jak szampan bez truskawek lub jak zima bez mrozu (dobra, przesadziłam. To niesmaczne porównanie...)
Miałam plany na ten dzień... teatr. Founde czekoladowe! Bie... Co do reszty to nie powinno Was to nic a nic obchodzić. W każdym razie mieliśmy się spotkać. Najwidoczniej Ptyś miał inne plany, bo nie przyjechał.
Rozumiem, gdyby w dotarciu przeszkodziła mu jakaś śnieżna  zaspa. Ale on zwyczajnie zaspał
Jak tak dalej pójdzie będę musiała go przemianować. Już nie będzie moim Magikiem, ani Ptysiem, a Niedźwiedziem.
Oby tylko, tak jak każdy niedźwiedź trapiła go ta ospałość w czasie zimy!

Mam nadzieję, że do wiosny przejdzie mi foch, a przyjdzie ochota na słodkie. Wtedy zawołam go: Misiu.





Albo...
Miniu, Bąbelku, Książę, 
Kociu, Tygrysie, Dziubku, Kaloryferku,
Magiku (!!!),
lub też użyję klasyki gatunku i za Beatką powtórzę - Żabciu!

Dlaczego nazywamy naszych facetów nie po imieniu?
Hm. Zdaje się, że potrzebujemy nazwać pewne ich zachowania po imieniu.
Nie wnikam dlaczego niektóre dziewczyny nazywają swych absztyfikantów Pączusiami. Może są fankami Tłustego Czwartku? A propos Tłustego Czwartku, zauważyliście, że cała powyższa litania ma w sobie tyle cukru, co lukier na pączku?
Po przeprowadzeniu gruntownych badań środowiskowych i zadaniu sobie samej kilku ważkich pytań, zdałam sobie sprawę, że nazywanie swego faceta ma też inny sens.
Otóż, mówi to coś o nas samych, kobietach.
Żeby nie było, że się bawię w domorosłego psychologa, zdradzę tylko, że nazwałam mojego Magika Ptysiem, nie dlatego, że jest słodki. Po prostu, gdy go widzę, robi mi się miło. I uwielbiam się w niego wgryzać!
Dobra. Jest również słodki. Na przykład, gdy położył sobie korektor w sztyfcie na usta, myśląc, że to szminka do ust. Kto by pomyślał?! Przecież to ma zielono-beżowy kolor?!

Kończę, bo mój facet zaraz będzie! Facet? Nie niedźwiedź?
Heh. Nie przyjechał w niedzielę, ale przybywa dziś. To chyba trzeba poszukać nowego imienia dla niego. Może ...

Może Wy zdradzicie jak to jest u Was? 

25 komentarzy:

  1. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  2. A to ci śpioch ;) Na szczęście jednak się ze snu obudził i przyjechał. A jak już pisałam u siebie, to tłusty czwartek mogę mieć co tydzień ;)

    Ja przede wszystkim wybieram zwrot "Lesiu" albo "Kochanie". "Lesiu" się ładnie komponuje z "misiu", więc doprowadzam czasem do szału mojego L. mówiąc do niego "Misiu Lesiu" ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Z cyklu "Przysłowia polskie":

    Myślała Aurora o niedzieli, a w czwartek wskoczyła z Ptysiem do pościeli

    OdpowiedzUsuń
  4. ha:)))) wgryzłam się w temat jak w cukrową watę i nadal nie mam pojęcia, dlaczego mój życiowy zwany jest przeze mnie potocznie...aż dziwnie mi to napisać-
    Madagaskarkiem plamistym:DDDDDD
    ma jeszcze kilka innych imion, które może przemilczę:))))))

    ps. świetny kaloryferowy felieton, zwłaszcza ostatnie zdanie!!!!!

    OdpowiedzUsuń
  5. Ja jakoś nigdy nie miałam zwyczaju nadawać przezwisk swoim partnerom. Podobnie do Męża mówię po imieniu. Zdrobniale albo w wersji angielskiej ;P A jak jestem zła to "pełnym" imieniem :P
    Myślę, że niektórzy stosują przezwisk z bezpieczeństwa. Mi zdarzyło się do Męża zwrócić nie jego imieniem... A co gorsza takim, jakiego żaden ze znajomych nie ma. Co gorsza, naprawdę nie wiedziałam jak to wytłumaczyć :P

    OdpowiedzUsuń
  6. Hmmm....to co to o mnie mówi, że nazywam go po prostu po imieniu?

    OdpowiedzUsuń
  7. Po imieniu owszem ale to takie niezdrobnialne imię i zarazem poważnie mi się kojarzy, najczęściej Aniołku albo Strusiu (o Pędziwiatra tu chodzi... a dlaczego to inna historia). sama jestem Misią, Wiewiórką, Myszką więc zwierzyniec u nas pełna gębą, nawet Córcia Rybka się znalazła.
    A pączki... oj zjadłabym takiego ciepłego jeszcze z marmoladką różaną i lukrem oraz migdałami na wierzchu...

    OdpowiedzUsuń
  8. podobno jest też inna teoria na te wszystkie misiowo-ptysiowe zastępniki imion - po prostu nie pamiętamy jak kto ma na imię. ale to dość okrutna teoria ;)
    a Nosowska śpiewała nawet tak:

    http://www.youtube.com/watch?v=QLyZZuNldGs

    ;)

    OdpowiedzUsuń
  9. Heh... ja też nie błysnę w tym temacie, bo do swego lubego zwracam się zwyczajnie po imieniu :)

    OdpowiedzUsuń
  10. To zdecydowanie mój temat. Sama się sobie dziwię i nie wiem czemu, ale jeszcze NIGDY nie zdarzyło mi się powiedzieć do mojego mężczyzny po imieniu. Zawsze jest to jakieś wymyślone przez nas słówko tajemniczego języka. Po prostu nie potrafi mi to imię jakoś przejść przez gardło. Może mam coś nie tentego? ;))

    OdpowiedzUsuń
  11. Mówię tak jak czuję mojego Męża, tak jak on się zachowuje, a ja to odbieram...Jest mi całym Światem, a raz małą, ale najcenniejszą perłą. Różnie mówię...pan w konsulacie zapytał mnie na wywiadzie jak do siebie mówimy ja do Męża, a Mąż do mnie. Potem po konsultacji z Mężem (byliśmy przepytywani osobno) okazało się, że inaczej myślimy, że się do siebie zwracamy niż rzeczywiście się zwracamy :D (jeśli coś z tego zrozumiałaś:P) W każdym razie ja mówię: Habubu, Habibi, Sweety, Omri...a jak się zezłoszczę albo coś to You albo z imienia :P

    OdpowiedzUsuń
  12. lubię mówić "TY DZIADUUuu". Nie ze względu na charakter absztyfikanta (ach, przypomniałaś mi o tym cudownym słowie!!), nie ze względu (broń Cię Panie Boże) na wiek tegoż! Ale tak po prostu, pieszczotliwie. Dziadu jest zarazem słodki i silny (choćby ten od orzechów, skoro już do klasyki sięgamy) x)))))))))
    Ale to odgapione od starszego pokolenia, nic więc oryginalnego. Ot, podtrzymuję tradycję...

    OdpowiedzUsuń
  13. Ja lubię mówić po imieniu, ale jednak prawie zawsze zdrobnionym (chyba, że Mój mnie czymś zdenerwuje, wtedy mam wyjątkową wyobraźnię w kwestii nazywania ;) )

    No i zachwyciłaś mnie tym przedwczesnym Tłustym Czwartkiem :D
    W zasadzie czemu nie świętować go dwa razy, skoro to naprawdę przyjemny dzień!

    OdpowiedzUsuń
  14. czytając twoje notki, na mojej twarzy nie wiedząc czemu pojawia się uśmiech :)

    OdpowiedzUsuń
  15. Taka pomyłka jest jeszcze znośna. Gorzej by było, gdybyś się zorientowała, że Tłusty Czwartek wypadł w zeszłym tygodniu. ;)

    W słodkawych określeniach bywam dość oszczędna i stosuję raczej od wielkiego dzwonu. ;)

    OdpowiedzUsuń
  16. No to skoro tak zasypia to może Śpioszek Gapcio :)) A co do tych pączków... matko kochana... no ja nie wiem ale po [rzeczytaniu tego "słodkiego" posta tylko paczki mi teraz w głowie :))

    OdpowiedzUsuń
  17. Mój mężczyzna ma 10 lat i jest moim: aniołkiem, słoneczkiem, misiem, misiaczkiem, koteczkiem, chłopcem, chłopczykiem, chłopakiem, również pączusiem, słodziakiem, cieplakiem, ciepluszkiem, miluszkiem, milusiem, skarbem, rumiankiem (od rumieńców)... Wymieniać dalej? I bardzo nie lubi, gdy się tak do niego zwracam i na nic tłumaczenia, że to z miłości wszystko. A czasami zwracam się do niego per pan. Po imieniu też do niego się zwracam - zarówno w pełnym jego brzmieniu, jak i w tysiącu najróżniejszych zdrobnień. I też się wścieka :-)

    OdpowiedzUsuń
  18. pączki z pewnością nie zaszkodzą, sama planuję przynajmniej dwa pączkowe szały przed tłustym czwartkiem, oczywiście dla dobra bloga :)
    co do zdrobnień nie stosuję, nie używam też żabek czy misiów :), za to mój M. uważa, że jestem mistrzynią w "zgrubianiu" słów, o ile coś takiego istnieje :)

    OdpowiedzUsuń
  19. Mój Miśku to Miśku, a ja jestem Kochanie - gdy zaś chcemy się trochę pośmiać z siebie to wołamy do siebie po imieniu:
    - "Maciek podaj sól"
    - "Gosia, wstań i sama sobie weź" ;)

    wierz mi po latach misiowania i kochaniowania sobie, takie zwracanie się do siebie po imieniu brzmi całkowicie nienaturalnie:) kupa śmiechu:DDD

    OdpowiedzUsuń
  20. Ja się zwracam po imieniu, bo mój facet ma przepiękne imię.
    Za to ja jestem Myszką.

    OdpowiedzUsuń
  21. Jak to? Już Tłusty Czwartek? Dopiero była Gwiazdka! :)

    OdpowiedzUsuń
  22. Misiu , później bardziej namiętnie Uszatku , podgryzając jego uszko :)

    OdpowiedzUsuń
  23. Hmm... Ty to masz cierpliwość... jeśli to cały czas ten sam Magik... to ja bym go już na oczy nie chciała widzieć! Tam nie uwzględnił Cię w planach.. tu zaspał... zero szacunku... Może on jest rzeczywiście magikiem... i Cię zaczarował...

    Mnie osobiście się nie podobają takie "nazwy"... wolę tradycyjne "kochanie", bo Go kocham :) lub "Skarbie", bo jest moim Skarbem :) i tyle :)

    P.S. Zdecydowanie na "Kevina" trzeba mieć odpowiedni dzień :) podziel się wrażeniami jeśli uda Ci się go zobaczyć :)

    OdpowiedzUsuń
  24. No ja do Mojego Mężczyzny mówię zazwyczaj "Niuniek" , "Misiek" bądź "Żabciu" :) rzadko kiedy po imieniu chyba, że mnie wkurzy to co innego...

    OdpowiedzUsuń
  25. Dlaczego mówimy ukochanym nie po imieniu? Bo to jest słodkie :) To jak do kogoś mówimy, zdradza nasz emocjonalny stosunek do niego. Zdrabnianie imion pokazuje, jak jesteśmy pozytywnie nastawieni do danej osoby, ale imiona naszych partnerów zazwyczaj zdrabniali już jego rodzice, więc lepiej znaleźć własną, indywidualną opcję :)

    OdpowiedzUsuń

Smakowało?