środa, 27 kwietnia 2011

Babki z jajami

Bez względu na to, ile by się jadło w czasie świąt, i tak zostają resztki. Albo wręcz całe stosy nadwyżkowego jedzenia. Bo ileż można?!
Mazurek, babka, mazurek, babka, mazurek, babka, mazurek, babka, wino, mazurek, babka.....

A właśnie, że można! 

Dziś znów upiekłam babeczki. Nie z czym innym, jak z jajami
Szczerze powiedziawszy, moja motywacja nie zupełnie wynikała z tego, że na garażowej półce piętrzą się      
                                                                                 
s
t
o
s
y
j
a
j.

A pięć kur mojej Mamy bezustannie pracuje nad produkcją kolejnych.

Nadal jestem w Lesiowie. A dziś wieczorem zapraszam do mych skromnych progów dawno nie widziane przyjaciółki. Lesiowianki znów spotkają się w komplecie. Tradycją jest, że  każde spotkanie Lesiowianek okraszone jest w tej samej mierze rozmowami o facetach, co zajadaniem się smakołykami własnej roboty.
Niesprawiedliwie to zabrzmi, ale z dziewczynami nie jest łatwo. O ile życie samo pisze najciekawsze historie miłosne, z bardzo niespodziewanymi zwrotami akcji i odpowiednią dozą dramaturgii ( patrz: historia Pana Zbyszka), o tyle trzeba się nieźle natrudzić, by wymyślić coś niebanalnego do jedzenia. Czym ich ugościć? Czym ich zaskoczyć? Wysiliłam moją fantazję kulinarną do granic możliwości.
I w końcu mnie olśniło!

Zamiast przeszukiwać katalog potraw, skupię się na samych Lesiowiankach. No tak, nie rzadko zdarza się, że przygotowując kolację, zapominamy o tym, co najważniejsze - gościach.

Lesiowianki. To dopiero babeczki! Każda z innej półki, bajki, znaczy się. Każda z innym nadzieniem, z osobowością, znaczy się.

5 dziewczyn. 

brunetki, blondynki, szatynki, rude
niskie i wysokie
zdeklarowane singielki i już prawie żony
panie wielkomiejskie i amatorki wiejskiego zacisza
łasuchy i wiecznie się odchudzające

I jak tu znaleźć jakieś wspólne ogniwo?! Gdy miałyśmy po 10 lat, tym, za czym przepadała każda z nas była muzyka Spice Girls i tłuste prażynki o smaku. serowym Teraz jest nieco trudniej. Ale dam rady coś wykombinować. W końcu, jak każda Lesiowianka, 
jestem babką z jajami! 
I nigdy się nie poddaję!

Hola!!!
Otóż to - to, co jest niezmienne i co łączy nas wszystkie to właśnie to, co przed sekundą rzekłam! Lesiowianki to babki z jajami! Walczą o swoje i bez chwili zastanowienia czy wyjdą na tym jako grzeczne dziewczynki czy nie, sięgają po to, czego naprawdę od życia chcą.

Sami widzicie, że nie pozostawiły mi innego wyboru, jak upiec dla nich... babeczki z jajami.




Receptura:

ciasto:
2 i 1/2 torebki kaszy gryczanej/ dwie szklanki mąki gryczanej ( w Lesiowie nikt nigdy o takowej nie słyszał)
Uwaga! - do przepisu użyłam własnoręcznie (z pomocą młynka) zmielonej mąki gryczanej, ale  może być każda inna (pszenna).
1 surowe jajo
1/3 margaryny
szczypta soli i pieprzu ( postanowiłam nie dodawać żadnych innych przypraw, ze względu na wyjątkowy aromat kaszy gryczanej)

Z podanych wyżej składników zagniatamy ciasto. Odkładamy na jakąś godzinkę do zamrażarki. Po wyjęciu rozwałkowujemy cienko i wykładamy ciastem małe foremki. Zapiekamy 


farsz:
3 ugotowane jaja
garść orzechów włoskich i ziemnych, a czemu by i nie pistacje?
250 g tłustego twarogu
1/3 szklanki śmietany słodkiej
kawałek pora
pieprz i szczypta gałki muszkatołowej


Ugotowane jaja tniemy na pół. Usuwamy żółtka. Zamiast wyrzucić je do kosza na odpadki, wrzucamy je wraz z twarogiem do miski. Dodajemy śmietanę i pokrojonego drobno pora. Wrzucamy też i orzechy. Doprawiamy.

Po ostudzeniu, babeczki wypełniamy farszem. Na wierzch kładziemy jajo, albo raczej puste białko. O tak, jak na załączonym obrazku.



Tak niepozorne babeczki, a jednak z jajami ;-)
Tymczasem zmykam, bo zaraz moi goście będą. 








poniedziałek, 25 kwietnia 2011

Przepis na babkę z facecikiem

Przepis jest banalnie prosty.

Składniki: 
Facecik (sztuk: 1)
Babeczka (sztuk: 1)

Oba składniki bardzo dobrej jakości, wystarczająco dojrzałe. A i jeszcze jakieś spoiwo, niech będzie miłość... do wspólnego gotowania. Składniki łączymy z sobą w jednej niewielkiej kamienicy. Dodajmy jeszcze kilka nocy z słodkimi pocałunkami oraz szczyptę czegoś ostrego. Związek gotowy. Smakuje wybornie!

Fajny przepis na babkę z facecikiem. Tylko, że nie wychodzi.
O niebo lepiej wychodzi mi pieczenie babek wielkanocnych. Mam kilka sprawdzonych przepisów, które nie zawiodą, choćbym i piekła je po raz pierwszy i ostatni.

Jako baba z krwi i kości upiekłam w tym roku nie babkę, a prawdziwą
BABĘ drożdżową z żurawiną. 


A teraz z tej baby zróbmy fajną babeczkę

W życiu wystarczy zazwyczaj, by założyła na siebie trochę czerwieni. Czerwone klipsy, czerwony lakier do paznokci, czerwona szminka i róż na policzkach. 



Podobnie i w tym wypadku. Trochę czerwieni i gotowe! Taka babeczka skusi każdego... Mmm... Ach, ta czerwień! 



A oto i przepis:

składniki:
0,5 kg mąki pszennej
pół szklanki mleka
4g drożdży
5 jaj ( w tym 3 żółtka i 5 białek)
pół kostki miękkiego masła
pół szklanki cukru
dżem z żurawiny
garść suszonej żurawiny
syrop żurawinowy
skórka z 1 cytryny (zest)

Krok po kroku:

1. Rośnij jak na drożdżach
Jak to z drożdżowymi bywa, pierwszym, co robimy, jest rozczyn drożdżowy. Wlewamy mleko do garnuszka i ocieplamy. By drożdże wyrosły, musi im być dobrze! Do ciepłego mleka dodajemy łyżeczkę cukru i mąki. Czekamy, aż podwoją, a może i potroją swoją objętość.

2. Krok łatwy
Drugi krok, czyli w ruch idą: miska i mąka. Przesiewamy mąkę do miski. W drożdżowych ten krok jest ważny, bo w czasie przesiewania spulchniamy mąkę. A oto chodzi, by ciasto było pełne powietrza. By mąka w misce nie czuła się samotna, dodajemy też cukier oraz skórkę z cytryny.

3. Jajajajajajaja
Z białek ubijamy sztywną pianę. Żółtka ucieramy z masłem na gładką masę. Tu, podobnie jak wyżej, chodzi o to, by jaja nabrały powietrza.

4. Łączmy się!
Do miski z mąką dodajemy utarte żółtka, a następnie pianę z jaj. Wyrabiamy gładkie ciasto. Cierpliwości. Trochę to trwa. Jeśli jest ono niezmordowanie lepkie i uparcie trzyma się naszych dłoni, dodajemy odrobinę mąki.

5. Wielki finał
Wyrobione ciasto odkładamy do wyrośnięcia. Tym razem moja babka wyrosła na ogromną babę. Nic dziwnego, w maminej kuchni, gdzie ją wyrabiałam, było bardzo ciepło, a w tle leciała najnowsza Brodka. Najpierw włożyłam do foremki tylko część ciasta i wyłożyłam dżemem z żurawiny. Przykryłam resztą ciasta. Piekłam ok. 35 min. w temp. 230 stopni. Podaję Wam te informacje z duszą na ramieniu, bo z każdym piecem, jak i z każdym facetem, jest inaczej. 
Jeśli baba się zarumieni na wierzchu, to nie znaczy, że cała już jest upieczona. Polecam starą i dobra metodę "drewnianego patyczka". Jeśli patyczek po dziabnięciu ciasta jest suchy, znak, że babę czas wyjąć do wystudzenia. 

Po wyłożeniu na talerzyk, polewamy gęstym syropem z żurawiny i tak jak dla ozdoby babeczki zakładają korale, tak dla dekoracji baby drożdżowej dodajemy kuleczki żurawiny.

Podano do stołu! 



I co z tego, że Wielkanoc już prawie za nami i koszyczek z święconką będziemy zapełniać dopiero za rok?  
Na taką babę skusi się chętnie każdy, nawet w środku zimy . Wiem to, bo to sprawdzony przepis.

Tymczasem ja biorę do ręki kawałek i tak posilona ruszam dalej. 
Potrzeba mi energii, w końcu moja przygoda jeszcze potrwa. Bo Indiana Jones znalazł już św. Graala, Jazon i Argonauci Złote Runo, nawet Harry Potter odszukał Kamień Filozoficzny. A nim ja dopadnę ten jeden, idealny przepis na udany związek, pewno dobiję setki... Setki wpisów na blogu, a nie lat na karku, mam nadzieję! ;-)


sobota, 23 kwietnia 2011

Zajączek i spółka

Nie trzeba się specjalnie silić, by wymienić kilka symboli Świąt Wielkanocnych. Jeśli chodzi o święta, nie tylko mnie jednej kojarzą się głównie z... jedzeniem. Jajka, mazurki, pieczenie i szynki, paschy, baby, i na zielonym końcu - rzeżucha... Nieco więcej wysiłku wymagało by już od nas wybranie tylko jednego symbolu. 
Tu zacięta walka mogłaby się rozegrać pomiędzy nakrapianym jajem z kurczaczkiem u boku a chlebowym barankiem. 
Jak to zwykle bywa, w sytuacjach gdzie dwóch zajętych jest bójką, wygrywa ten trzeci - czyli zajączek. 
Zajączek? 
- zapyta ktoś, nie bardzo mogąc dopasować go do pozostałych elementów wielkanocnej składanki. 

A mnie, dziewczynie ze Śląska, Wielkanoc kojarzy się właśnie nie z czym innym, jak z zajączkiem. Do dziś dnia nie bardzo potrafię logicznie uzasadnić nazywania Wielkanocy "Zajączkiem". Cóż, Rodzice tak powiedzieli. A były takie czasy, ze to, co Rodzice powiedzieli liczyło się bardziej, niż to, co mówili w telewizji. I tak jak w grudniu czekało się na prezenty od św. Mikołaja, tak na wiosnę w ogródku szukało się prezentów od... zajączka!
Wszystkie te wspomnienia żywo powróciły do mnie, gdy zawitałam ponownie do rodzinnego Lesiowa. Tej wiosny raczej nie będę wchodzić na drzewa, ani zaglądać pod krzaki, by znaleźć czekoladowe łakocie. Mimo wszystko, zajączka poszukam. To znaczy, poszukam odpowiedzi czemu akurat ten uszaty zwierz, a nie inny.
"To proste" - wyśmiała mnie Starsza Siostra, gdy ją zagadnęłam o tą wielce filozoficzną kwestię. "W okresie Wielkanocnym króliki i zające mnożą się na umór. Szarak to taki symbol płodności. Wiesz - płodność to sek... to RADOŚĆ, płodność to nowe życie". 
Fakt, trochę tak jak z tym wielkanocnym kurczaczkiem, co to wychodzi z swojej skorupki, tylko że nieco bardziej zawiłe. Niech jej będzie. Na Bożonarodzeniowym stole mamy mak - symbol płodności. Więc czemu by na wielkanocnym stole miało zabraknąć zajączków? Czekoladowych, rzecz jasna... 




Ruszając z impetem na przedświąteczne zakupy w poszukiwaniu niezbędnych składników do wyrobu wielkanocnych specjałów, czułam się nie inaczej, jakbym w rzeczy samej ruszała na polowanie na zająca. Pobudka wczesnym rankiem. Emocje. Napięcie, czy upoluję łup (czyt.  czy znajdę to czego chcę i potrzebuję). Pół dnia okupionych wędrówką po ulubionych sklepach. Zmęczenie, zwieńczone jednak szczerą radością. A wszystko po to, by już wkrótce z upolowanych składników przygotować prawdziwą ucztę!  


 


A tak swoją drogą, nigdy bym nie pomyślała o zającu jako specjale na talerzu. Zajączek zdecydowanie bardziej kojarzy mi się z czymś, co wyskakuje  z kapelusza magika. O, tak, jak to zrobił wczoraj mój Eks. 
Wyobraźcie sobie, maszeruję sobie w tym bojowym zakupowym nastroju alejkami centrum handlowego, a tu nagle, ni stąd, ni zowąd, na horyzoncie pojawia się mój Eks. Dech zaparło mi w piersi. Przecież nie widziałam go prawie od czterech lat! Stał bokiem, zagadując kogoś z obsługi, więc nie byłam pewna, czy to zmęczone oczy płatają mi figla. Ale przecież miał na sobie ten sam model Niebieskiej Koszuli, co zawsze... To on! Co zrobiłam? Rzuciłam mu się w objęcia? Pokazałam język? Nie chciałam się z nim zobaczyć. Nie bardzo miałam siły i ochotę na zmierzenie się z swym dawno nie widzianym Eks i groźną awanturę. Awantura z Eks? Po czterech latach? Owszem, nie bardzo to uprzejme, ale muszę Wam obwieścić, że mu się należy. Oj, ma on swoje za uszami. Będąc moją pierwszą poważna miłością, zostawił mnie nagle i bez solidniejszych podstaw ku temu. Zniknął jak ten czmychający przed lisem zajączek... 


 Nasza Ostania Randka. Zwyczajne spotkanie w kawiarni. Trochę poważne, ale z chichotem. On obiecywał, że w następny weekend zobaczymy się jak zawsze. On organizuje grilla z kumplami. Pocałowaliśmy się na koniec. Gdybym tylko wiedziała, że to nasz ostatni raz...  Po tamtym spotkaniu nigdy więcej się do mnie nie odezwał. Nie odpisał na żadnego smsa, nawet na głupim Facebooku (w tamtych czasach, to była chyba jeszcze Nasza Klasa). Dziwne? Dla mnie wręcz przerażające.


Teraz, gdy go ponownie zobaczyłam, to ja uciekłam jak ten zajączek. Ukryłam się w najbliższym sklepie. I pomyślałam sobie jedno - dobrze, że z nim nie jestem. Minęło kilka lat, a on nadal chodzi w tej samej cholernej Niebieskiej Koszuli. I to tej samej, w której był ze mną na kilku randkach. Czyżby nadal mu o mnie przypominała? A niech by to! Ja o nim nie mogłam zapomnieć przez jakiś rok. Rok wycięty z życia... Ale ta smutna historia nauczyła mnie czegoś bardzo bardzo bardzo ważnego. Jeśli facet nagle ucieka i chowa się jak zając do swojej nory, to nie znaczy, że mam jak ta Alicja podążać jego tropem. Przeciwnie. 
Kto jak kto, ale to kobieta powinna być tym wiecznie nieuchwytnym celem.


Czy i Wam ta historia czegoś nie przypomina? 

Pan Zbyszek nadal się nie odzywa. Ja, nauczona jednak tamtym niefortunnym rozstaniem, wcale nie zamierzam za nim gonić - wydzwaniać, pisać, błagać, by choć na moment chciał się ze mną spotkać. Jeśli facet zwyczajnie nie chce się ze mną zobaczyć, to nie. Jego strata... 
A tak na marginesie, zając ucieka bo się boi. Mój Eks się bał. Mnie? Przecież, nie gryzę... zbyt mocno. Związku? Uczuć? 
Czy i tego samego boi się Pan Zbyszek?

A czy ja chcę w ogóle faceta, który tak bardzo się tego wszystkiego boi, że zamiast się z tymi lękami zmierzyć, ucieka gdzieś hen hen daleko? 

Pytania mnożą się jak zwykle, niczym te zające na wiosnę.  Nie mam jednak czasu teraz na nie odpowiadać. Wszak, jak te zające, mnożą się też wielkanocne obowiązki. Podlać rzeżuchę, udekorować babę, napisać wpis na blogu, wyjść do lasu,  rozmowy z Mamą, cieszyć się życiem, ugotować jaja, poświęcić jaja, zjeść jaja... Ach, Panie Zbyszku i jak ja niby miałabym tu w ogóle znaleźć czas na gonienie Ciebie... ;-P





środa, 20 kwietnia 2011

Erotyczne menu

Jest taki dzień w życiu każdej kobiety, kiedy uświadamia sobie, że facet, z którym się spotyka to właśnie TEN. Ten Jedyny, którego szukała przez całe swoje życie.
Jest to chwila wielka, wiekopomna, wyjątkowa. Gdyby istniał taki zmyślny gadżet do upamiętniania unikalnych chwil i uczuć, to użyty byłby właśnie w tym momencie. 

Muszę przyznać, że ostatnio czułam coś takiego kilka dni temu.  W stosunku do zielonej holenderki, którą ujrzałam w sklepie rowerowym. Teraz jest moja!
Jeśli chodzi o facetów, nie rowery, taka chwila w moim życiu jeszcze nie nadeszła. 

Póki co, dziś rano, jedyne, co sobie uświadomiłam to to, że nadszedł kolejny dzień jak co dzień z tym samym przewidywalnym scenariuszem. Ach, gdybym tak miała w słoju uwięzioną złotą rybkę. Bez chwili zastanowienia poprosiłabym, żeby w tym dniu wydarzyło się coś wyjątkowego, co odmieniłoby moje życie na zawsze!
Siedząc rano nad miską granoli z kozim mlekiem i wyławiając z niej suszone truskawki, uświadomiłam sobie wspaniałą rzecz. Przecież nie potrzebuję wyłowić z Bałtyku złotej rybki, by spełnić swoje życzenie. Może to głupio zabrzmi, ale to ja sama jestem złotą rybką! 
I nie musiała upłynąć minuta, by kolejna wspaniała myśl pojawiła się w mej głowie.
Zaproszę dziś Pana Zbyszka na erotyczną kolację!
Na samą myśl o tym, moje serce zaczęło bić szybciej. Był to niezawodny znak, że dziś jest ten dzień!

Myśl ta towarzyszyła mi przez kolejne kilka godzin pracy, w czasie której z pieczołowitością obmyślałam erotyczne menu. Nie musiałam się wiele namęczyć, bo (jak wiecie z poprzedniego wpisu) przez ostatni tydzień z zapałem młodego adepta studiowałam książkę, pt. "Kuchnia erotyczna". Listę najskuteczniejszych afrodyzjaków potrafię wymienić w minutę,  obudzona  nawet o trzeciej w nocy.
Ciekawe dlaczego zatem mój umysł atakował taki obrazek:




Uległam mu. Przygotuję zapiekane w cieście banany z czekoladą - zadecydowałam. Niby banał. Ale jak apetycznie się prezentuje! No i niekwestionowany afrodyzjak nr 1.

W podskokach i pląsach wracałam do domu. Menu już wybrane. Teraz należało jeszcze tylko zadbać o estetyczny wystrój pokoju, a i oto, by przypadkiem częścią tego wystroju nie była moja Starsza Siostra. Musiałam się jej pozbyć na ten wieczór. Sami rozumiecie... Ale najpierw zakupy zrobić! Przecież banany nie rosną u mnie na parapecie! A może po drodze do fryzjera wpaść? W końcu estetyczny wystrój samej siebie to sprawa pierwszorzędna.

W gąszczu tych przyjemnych obowiązków, byłabym zapomniała dać Panu Zbyszkowi znać o dzisiejszej kolacji!
Czyżbym zapomniała o tym ważkim szczególe z premedytacją? Wiecie dziewczyny jak to jest, kiedy przychodzi Wam zaprosić Jego na spotkanie. Właśnie, tu nie chodzi o spotkanie. Toż to randka! Hmm... Niby zwykły sms, a tyle trudu w naciśnięciu klawisza "wyślij". No bo co będzie jeśli on pomyśli sobie, że jestem natrętna? Albo, co gorsza, że jestem zdesperowana... A jeśli w ogóle nie odpisze?!

Wreszcie postawiłam moją radość z planowanego wieczoru wyżej, niż moje paranoidalne i bezpodstawne lęki i nacisnęłam ten cholerny klawisz.

Jeśli banany w cieście są banałem, to sama już nie wiem, jak nazwać tekst sms-a, którego wysłałam Panu Zbyszkowi. Grunt, że się zgodził!!!

Zgodził się!!! Yeah! :-D 

Do godziny zero miałam jeszcze sporo czasu. A więc w kuchni obyło się bez stresu. Postawiłam na cienkie chrupiące ciasto drożdżowe kryjące w środku słodkie i aksamitnie miękkie banany skąpane uprzednio w soku z cytryny i syropie waniliowym. Acha, ciasto... Tak się rozmarzyłam obierając te banany, że zapomniałam o proporcjach... Kto by o nich pamiętał, szykując się do kolacji erotycznej. W każdym razie była szklanka mąki (orkiszowej wymieszanej z pszenną). Był też rozczyn drożdżowy z ćwiartki świeżych drożdży, mleka i miodu. Kardamon. Trochę anyżku. Wyrośnięte ciacho wałkujemy. Plackami obtaczamy banany.


I sos czekoladowy - roztopiona gęsta czekolada z skórką pomarańczową.

Niby takie prościutkie, a przez to wszystko czas skrócił się jak niektóre sweterki po praniu. Stresu nie było w kuchni, ale za to w łazience. Umiecie jednocześnie malować paznokcie, golić niektóre partie ciała i robić sobie pilling twarzy? Ja sądziłam, że potrafię. Teraz już wiem, że nie. I nigdy nie spróbuję siebie przekonywać, że jest odwrotnie... 

Zaplątane w szczotce włosy, niewyprasowana sukienka, krzywo narysowana kreska nad okiem... Byłam w naprawdę opłakanym stanie, gdy zegar wybił godzinę zero. Minutę później miałam opłakiwać kolację erotyczną.
Cholera. Cholera? To mało powiedziane.

O godzinie 20.00 zamiast Pana Zbyszka w własnej osobie, zawitał do mnie sms od niego. Uprzejmie mnie raczył poinformować, że na kolacji go nie będzie. Super, więcej bananów dla mnie... Prawdę powiedziawszy, straciłam ochotę na banany. Na cokolwiek.

Jak tu bowiem być głodnym, gdy się jest wściekle wściekłym?
Wystawił mnie do wiatru, żeby powiedzieć cenzuralnie. 

Coś mu ciekawszego wyskoczyło w planach? Może jakaś inna randka? Bo przecież nie uwierzę, że nagle rozbolał go ząb. Nie mogę go też tłumaczyć uczuleniem na banany, bo nie wiedział, że je przygotuję. Ba! W ogóle go nie zamierzam tłumaczyć. Świnia jest i tyle.

Idę płakać.

Nie.

Co ja się tak przejmuję? A będę się przejmować! Bo mi zależy na nim. A jemu najwidoczniej nie. Tylko chcę wiedzieć czemu? Nie pasuje mu mój kolor włosów?
Co jest ważniejsze dla niego ode mnie? Albo... kto?

Kto by pomyślał, że odrobina gorzkiej czekolady i drożdży wykorzystana do przyrządzenia erotycznej kolacji może zakończyć się niestrawnością z powodu  wyrośnięcia tylu gorzkich pytań i refleksji. Lajf...






 

sobota, 16 kwietnia 2011

Do zakochania jeden kęs

Ile dni z rzędu można jeść to samo? Dajmy na to, że takie odgrzewane kotlety. Po trzech dniach trzewia zaczynają się buntować, a za czwartym wchodzą z nami w stan otwartej wojny.

Jedzenie tego samego ani nie jest smaczne, ani zdrowe. A już tym bardziej jest po prostu nudne.
Dlatego, drodzy Czytelnicy, obiecuję niniejszym, że to będzie już naprawdę ostatni post dotyczący Pana Zbyszka. No może nie tak drastycznie... Przyjmijmy, że będzie to ostatni post, w którym będę wałkować temat jego stanu uczuciowego. Wałkować jest lepiej ciasto na makaron. Na pewno daje wymierniejsze efekty. Bo co mi po takim ciągły gdybaniu nad absztyfikantem? Facetem nie jestem i nie wiem jak działa cholernie skomplikowana machina jego umysłu. Po samym napisaniu tego zdania się spociłam. Prędzej rozgryzę mechanizm funkcjonowania akordeonu .... niż to, czy Pan Zbyszek jest we mnie zakochany.

Jedyne, co mogę zrobić to dać sobie spokój. 
Nie tak prędko jednak. 
Hmm...
Mogę go najpierw sprowokować.  Od tak coś (afrodyzjaki!!!) upichcę (włożę w to me wszystkie kulinarne starania!!! Skorzystam z "Dobrej kuchni") naprędce (minimum pół dnia w kuchni).  Wpadając na niego niby przypadkiem (będę wyglądać przez okno, by widzieć kiedy wychodzi) w warzywniaku, zapytam niby od niechcenia, czy by nie wpadł do mnie wieczorem (błagam, błagam, powiedz TAK!!!). Jeśli na tak przygotowaną kolację w ogóle nie zareaguje, to sprawa będzie jasna. Bynajmniej dla mnie. 

Tylko co ja przygotuję... Mam fajną półprzezroczystą koszulinkę i nowe cienie do powiek. A, o przepis chodziło. Trochę się zapędziłam... No więc, od jakiegoś czasu trzymam na półce taką specjalną książkę. Okładka ledwie się różowi, choć sam tytuł wywołuje rumieńce raczej mocniejszego koloru. Kuchnia erotyczna.  Same nazwy dań stymulują. Wyobraźnię, rzecz jasna. Aż trudno się na coś zdecydować... Frywolne śliweczki. A może Uwodzicielskie bulwy? O nie, już wiem - Gejzer namiętności. A do picia koniecznie Herbatka kusząca.
Może po takiej kolacji skończymy jak te marchewki na okładce książki?



Gdyby to jednak tylko o seks chodziło. Być może wtedy sprawy miałyby się znacznie lepiej. Tak, tak, uwieść faceta jest bardzo łatwo.Tym bardziej, gdy ma się przed sobą listę dostępnych w pobliskim warzywniaku afrodyzjaków. Znacznie trudniej jest go oswoić. I zatrzymać przy sobie na dłużej. Tutaj nawet stosy imbiru, chilli, cynamonu, kardamonu, pieprzu i wanilii nie wystarczą.

Obojętnie jakie efekt przyniesie moja kolacja, zamierzam ją zrobić. Bo kocham... gotować.
A czy Pana Zbyszka również? 
???

Hmm... I tu jest pies pogrzebany. A może zamiast układać erotyczne menu powinnam poukładać sobie w mojej głowie? I zamiast wsłuchiwać się w rytm bicia serca Pana Zbyszka, powinnam usłyszeć bicie mojego własnego? Chyba przyszła wreszcie na to pora.

Czytałam kiedyś - nie dam sobie uciąć ręki (bo jak bym bez niej gotowała?!), ale chyba była to "Psychologia miłości" - o efekcie wzajemnego zakochania. Podobno (bo jak tu ufać badaniom i ankietom?!) osoba, w której się zakochaliśmy, na 70% czuje do nas to samo. Innymi słowy - nie ma co się zastanawiać, czy obiekt naszych westchnień odwzajemnia nasze uczucia, bo prawie na pewno tak jest. Optymistyczne! :-)
I po co mi było marnować te ostatnie dwa tygodnie nad dumaniem o uczuciach Pana Zbyszka? Mogłam ten czas i energię wykorzystać na smażenie placuszków z marchewki.

Pięknie. Tylko... Tylko, czy ja się zakochałam w Panu Zbyszku? Jej, to o wiele trudniejsza sprawa, niż dociekanie, czy Pan Zbyszek jest zakochany we mnie. Holender jasny! Kto by pomyślał?!

Robiąc listę zakupów na moją kolację pełną afrodyzjaków, sporządzam też listę wszystkich cech, które lubię w Panu Zbyszku. Czy ja użyłam słowa "lubię"?

Dobra, muszę kończyć tę pisaninę, bo mi zamkną sklep! I muszę się pospieszyć, bo jeszcze pięć minut i pocałuję klamkę.
Pobiegłam  iście olimpijskim tempem. I nie zgadniecie na kogo, cała zdyszana, wpadłam w samych drzwiach. Powoli zaczynam wierzyć, że moje życie to jakiś "Trmuan show" albo - co gorsza - jakaś telenowela. Z puszką śledzi w sosie musztardowym stał Pan Zbyszek. A ja jak ta ryba, milczałam, nie mogąc dobyć głosu. Tylko serce waliło mi jak oszalałe. Biło tak, bo biegłam, czy może na widok Pana Zbyszka? Bo na pewno nie na widok śledzi.

Jeśli w tym momencie łapiecie się za głowę na samą myśl o tym, że kilkanaście kolejnych postów będzie poświęcona postom na temat mego stanu uczuciowego, to Was pozytywnie rozczaruję.

Kropka.

wtorek, 12 kwietnia 2011

Czekoladowy dzień

Dziś jest  
Dzień Czekolady.

Wpisu nie będzie. Kto by czytał Bloga Czekolady ( a tym bardziej pisał...), gdy można z tej okazji zająć się czymś o wiele smaczniejszym... ciekawszym, miało być... 
Dobra, lecę, bo zaraz przypalę moje czekoladowe ciasto! 

***

Moja mama zasadniczo nie piecze ciast. Za wyjątkiem przepysznej strucli z jabłkami oraz Murzynka. Obu nauczyła mnie, gdy miałam tyle lat, co palców u rąk. Dlatego to, co teraz Wam przekazuję jest czymś niezwykłym. 

Sekretny przepis na Murzynka (mojej Mamy)

składniki:
pół szklanki mleka pełnotłustego (ma się rozumieć!)
szklanka cukru
dwie szklanki mąki
cztery jajka
kostka margaryny
dwie łyżeczki proszku do pieczenia
paczka cukru wanilinowego 
garść kandyzowanej skórki pomarańczowej
tabliczka czekolady 
pół szklanki kakao (a może być i więcej, w zależności od naszej czekoladożerności) 



Murzynek jest tak smakowity, że nie doczekał się fotografii po upieczeniu.  Jest tak dobry, że nawet tego nie żałuję ;-P

krok po kroku:
Choć Murzynek po upieczeniu, w porównaniu z kilkuwarstwowym tortem, robi wrażenie niepozornego, wykonanie go wcale nie jest takie proste. A bynajmniej nie jest to potrawa jednogarnkowa. Przeciwnie, zmywania będzie sporo. Dosyć tego zastraszania. Przystąpmy do radosnej twórczości. 
Najpierw podgrzewamy mleko w rondelku. Rozpuszczamy w nim margarynę oraz czekoladę. Studzimy.
W tym czasie, do oddzielnej miski przesiewamy mąkę.  Dodajemy kakao, proszek do pieczenia oraz cukier wanilinowy. 
Do kolejnej miski wbijamy białka jaj i wyżywając się, tworzymy sztywną pianę.
Jeszcze w innej miseczce ucieramy żółtka z cukrem.
To tyle jeśli chodzi o brudzenie naczyń. Więcej nie będzie.
Ostudzoną  masę czekoladową przelewamy do miski z mąką. Następnie dodajemy żółtka, a na samym końcu (powoli) pianę.
Proszę, zróbcie przyjemność sobie i swoim dłoniom i łączcie to wszystko bez użycia miksera oraz innych wynalazków pozbawiających nas niezwykłych doznań kuchennych.  

Ciasto powinno być dość płynne. 

Wlewamy je do foremki. Pieczemy w temperaturze ok. 220 stopni 45 min. 

Podawać z dżemem wiśniowym lub bananowym. Tak każe moja Mama. Sma-czne-go Murzynka czekoladowego.  



niedziela, 10 kwietnia 2011

Tam, gdzie rosną i pachną stokrotki

Wiecie jak to jest z tymi białymi misiami?
Niech no tylko ktoś Wam zabroni o nich myśleć, gwarantuję, że białe misie pojawią się w Waszych głowach co najmniej trzy razy na minutę.
Co z tego, że wiem. Padłam ofiarą efektu białych misi, jak ta pięciolatka, która sądzi, że skoro zna mechanizm działania pułapki na myszy, wkładając do niej palucha, nie zostanie boleśnie przytrzaśnięta. Ha-ha. Odkąd postanowiłam dać sobie spokój z myśleniem o Panu Zbyszku, pojawia się on w mej głowie niemal dwukrotnie częściej, niż przedtem. Zasadniczo oznacza to, że myślę wyłącznie o nim.  
Obsesja, mówiąc prościej. 

Co zrobić, by pozbyć się białych misi (czyt. Pana Zbyszka) raz na zawsze?  
Na pewno nie pomoże vanish. Białe Misie bardziej wybielone być nie mogą. A tak zupełnie serio, skoro zabronienie nie pomaga, to może pełne przyzwolenie?
Otóż, nie. Mózg tak samo reaguje na "białe misie" jeśli ustawimy przy nich słowo "nie", jak i "tak". Musimy skupić się na zupełnie innym obiekcie. Na pomidorkach koktajlowych, na przykład.

Tylko jak tu nie myśleć o Panu Zbyszku, skoro każdy jeden pomidorek koktajlowy w warzywniaku przypomina mi właśnie mego sąsiada, w którym bezpowrotnie jestem zadurzona? Okej, nie z tych jestem, co to widzą obiekt swych westchnień w każdym jednym nieco podobnym osobniku przechadzającym się pod oknem. Jestem w nieco bardziej tragicznej sytuacji, bo o Panu Zbyszku przypomina mi niemal 2/3 produktów spożywczych. Tyle pięknych wspomnień kulinarnych schadzek... Musiałabym przestać jeść, by zapomnieć całkowicie o jego istnieniu. Masochistką jednak nie byłam, nie jestem i nie będę.

A więc jednak... Mimo moich wcześniejszych zapewnień, trafiłam do krainy stokrotek. 
Do mojego rodzinnego Lesiowa, konkretnie. Weekend na wsi, jak to weekend na wsi, miał mi przynieść ciszę i spokój, który z takim trudem był uchwytny w mieście.
Czy zdziwicie się, jeśli Wam zdradzę, że było wręcz odwrotnie, niż to sobie wyobraziłam? Ale żeby aż tak?!

Nim zegar wybił godzinę 9.00, do moich uszu wdarł się okrutny jazgot. Zaraz potem dom zadrżał w posadach. Senny koszmar? Trzęsienie ziemi w Lesiowie? Nie, mały rodzinny remont. Tym razem moi rodzice wpadli na pomysł, by warto było wymienić podjazd. Tym sposobem moje urokliwie niegdyś podwórko zaczęło przypominać krainę Mordor. Zamiast soczystej kwetniowej zieleni, rozkopana ziemia. Wszędzie jakieś doły, trzeba bacznie uważać, by do jednego nie wpaść, choć od samego widoku, człowiek dostaje małego doła...
Nic, tylko uciekać. Z powrotem do miasta? Wpierw jednak do lasu. I na łąki.
Jak cudownie! Wszędzie mnóstwo małych stokrotek! Zaczęłam zrywać te urokliwe wytwory wiosny. Brakowało tylko bym zaczęła odrywać płatki, pytając "kocha", "nie kocha", a tym samym z mojego bloga zrobiłyby się popłuczyny po Jane Austen. Jane Austen jest jedna i niezastąpiona. A stokrotki niekoniecznie służą do pytania ich o swoje sprawy sercowe. Może Was zaskoczę, a może i nie, ale
stokrotki mogą służyć do jedzenia!

Nazbierawszy całą garść, już w drodze namyślałam, co by tu z nich przyrządzić. Tak małe, tak śliczne, tak słodkie...
Mając na uwadze nadchodzącą niedzielę i wiążący się z tym niepisany odwieczny obowiązek zjedzenia poobiedniego deseru, postawiłam na tartę bananową. "Phi? Tarta bananowa?" - parskniecie pod nosem, myśląc o tym, jak bardzo banalny to przepis. Nic bardziej mylnego!
Obronię się, zdradzając z jakiej książki kucharskiej korzystałam. Otóż, była to moja pierwsza książka kucharska! Stara, mamina, PRLowska książka, którą najpierw bezmyślnie kredkowałam, potem przeglądałam obrazki, a w końcu zapożyczałam pierwsze, nieśmiałe przepisy. Rzuciłam się na tę książkę, jakby sama była tartą bananową. Wybrałam ciasto kruche. Jeśli ciasto kruche to tylko z jakąś miękką i akssssamitną zawartością. Stąd banany. Co więcej, też budyń bananowy!

Tyle natchnionej paplaniny. Parę godzin ciężkiej pracy ręcznej później, wyszło coś takiego:




Przepis:

ciasto kruche:
( z książki "Dobra kuchnia") 
50 dkg mąki
25 dkg tłuszczu (ja użyłam margaryny)
15 dkg cukru pudru
2 żółtka
10 dkg gęstej śmietany

Jak ciasto kruche, to wiadomo - w mig zagnieść i odstawić na jakiś czas do zamrażarki.

budyń:
2 opakowania budyniu bananowego
0,4 l mleka pełnotłustego
szklanka nektaru bananowego
2 żółtka

Budyń, jak się robi, każdy wie. A jeśli nie, na odwrocie torebki instrukcje zdradzają każdy kolejny krok ;-P

warstwa wierzchnia:
piana ubita z czterech białek
cztey łyżki nektaru bananowego
dwie łyżki mleka w proszku


Nektar zmieszać z mlekiem. Wlewać powoli do ubitej piany.

poza tym:
3 banany pokrojone w podłużne paski
Garść stokrotek :-)

Filozofia tarty bananowej:
Rozwałkowane cienko kruche ciasto wkładamy do formy. Pieczemy krótko w dość wysokiej temperaturze (ok. 200 stopni). Po ok. 10 min pieczenia wlewamy do środka budyń. Układamy banany. Pokrywamy pianą. Raz jeszcze układamy banany. Wkładamy do piekarnika na ok 20 min - 30 min ( w zależności od możliwości naszego piekarnika).
Po wyjęciu udekorować stokrotkami. Te maleństwa można bez obaw zjadać. W smaku nie najlepsze, ale jaki efekt dekoracyjny!


Smacznego!
A! Poczekajcie aż wystygnie! To nie żarty! Rozpływający się budyń to nic sympatycznego!

A co z Panem Zbyszkiem? Cóż, pobudzająca wszystkie me zmysły pyszna tarta wcale nie ułatwiła mi zapomnienia o mym absztyfikancie. Czyli cdn.  



piątek, 8 kwietnia 2011

Postny post

To będzie naprawdę postny post.
Z subtelnym gruchaniem gołąbków w tle. Wcale się nie obrażę, jeśli ktoś odejdzie od monitora zdegustowany.

Zacznijmy jednak od tego, że po wielu tygodniach wyczekiwań, stało się! Szefu dał mi dzień wolnego!!! Hurra!
Uwielbiam mojego szefa!
Po tym, jak poprosiłam go, by powtórzył do moich uszu tę wiadomość raz jeszcze, zaczęłam gorączkowo zastanawiać się, jak tu spożytkować ten nadmiar czasu wolnego. No i wymyśliłam.
Nic.
Nie to, że nic mi nie przyszło do głowy. To znaczy, właśnie owo Nic zostało wymyślone. Ech...
Innymi słowy: wymyśliłam Nic-Nie-Robienie.
Taki postny dzień. Jeśli chciałabym przed Wami uchodzić za osobę modną, rzekłabym, dzień oczyszczenia, tak by pozalatywało jakąś ideologią buddyjską i żeby koniecznie przyszło wszystkim na myśl słowo Zen.


Zaczęłam więc od szklanki wody z cytryną i miodem na dzień dobry. Myślę sobie, przy dobrych wiatrach, wytrzymam tak do południa. Skąd taka zuchwała idea? A no, doszły mnie słuchy, że taka głodówka pomaga oczyścić jelita, ale też umysł. Nie będę wnikać, co lub kto zanieczyszcza moje drogi pokarmowe, wszak nie chcę siać niepotrzebnej paniki. Z chęcią podzielę się tym, co lub kto zagnieżdża mój umysł. Ci, którzy czytali poprzedni mój wpis wiedzą, że chodzi o sprawy sercowe. Ci, którzy należą do grona bardziej wtajemniczonych, wiedzą, że chodzi o mojego sąsiada, Pana Zbyszka. Sąsiada, dobre sobie... Facet wdarł się nie tylko do mojego umysłu, jak wygłodniały szczur do spiżarni pełnej starej pizzy, ale posiadł też fragment mojego serca.
Efekt? 
Tragiczny. To znaczy się, zauważam w sobie elementy postaci klasycznych tragedii. Coś tam z Julii, coś z Hamleta...
Pytać czy nie pytać?  
- nadal zadaję sobie ważkie pytanie.
Im więcej jednak słyszę porad, tym bardziej czuję się bezradna... 
Co czuje Pan Zbyszek? Czy mogłabym dostać od niego choć parę okruszków miłosnego wyznania? 
Te pytania, za moją własną zgodą, nadal pozostają dla mnie tajemnicą. 
Poczekam.
Duch Święty albo jakieś buddyjskie oświecenie? Nie wiem, ale tak mi podpowiedziała moja intuicja. Załóżmy wielkodusznie, że jest niezawodna.

Bynajmniej trochę bardziej, niż moja postna wola. 
Pół godziny po wypiciu miodowo-cytrynowej mikstury obudził się w moim żołądku potwór. Gotowa byłam zjeść wszystko, co było w zasięgu mojej ręki. Jak dobrze, że zaplanowałam postny dzień! W zasięgu ręki była... sałata!



Od namyślania na te miłosne tematy i rozkminianiu, jak gruchają zakochani faceci przyszła mi gigantyczna ochota na... gołąbki
By dochować resztek szacunku do samej siebie, postawiłam sobie twardy warunek - jeśli gołąbki, to tylko postne! W ten oto sposób, zabrałam się do robienia wiosennej i lekkiej wersji kapuścianego przysmaku z mielonym. Kapuchę zamieniłam śwież sałatą. Odnośnie farszu, zostawiłam ryż. Poczciwe mielone zastąpiłam łososiem. Dodałam soku z świeżej cytryny i limonki. Dla koloru wkroiłam trochę ugotowanej marchewki. Dla własnego kaprysu, wrzuciłam też parę czarnych oliwek. 


 O to, jak zakończył się mój post: przedpołudniową ucztą z gołąbków!


A niech to szlag... 
Przepraszam wszystkich wegetarian oraz hodowców gołębi. To nie tak miało być... Już się nawracam! O!



Gołąbki dwa... 
Nie mam pojęcia ( i chyba nie chcę mieć) czy dalszy ciąg dnia był efektem (kara jakaś, czy co?!) przerwanego postu, ale potoczył się nieco inaczej, niż sobie zaplanowałam. 
Dokładnie tak, jakby wszyscy doskonale wiedzieli, że mam wolne - mój telefon rozdzwonił się na dobre. Każdy czegoś ode mnie chciał. Znacie to, prawda? Zupełnie, jak gdyby ludzie cieszący się luksusem dnia wolnego od pracy, nie mieli nic innego do roboty...
Tymczasem ja przecież miałam mnóstwo kwestii do myślenia. To dopiero ciężka praca... 

Z powagą buddyjskiego myśliciela analizującego transcendencję bytu, zaczęłam zastanawiać się nad zachowaniem Pana Zbyszka. Wzięłam parę głębszych oddechów i...
Przecież zaprasza mnie do kina i do kawiarni. Oglądając komedie, śmiejemy się w tych samych momentach. Co prawda, nie wręczył mi czekoladowego serca na walentynki, ale to tylko dlatego, że się jeszcze nie znaliśmy. Czasem milczymy z sobą i nie wydajemy wtedy z siebie nerwowych chrząknięć. Gdy razem gotujemy, on nie zawaha się pozmywać naczyń. 
Czy trzeba czegoś więcej?
No pewnie, że tak.
Na przykład to, że uwielbiamy sobie dogryzać?
Nie wiem, czy to dlatego, że jest typową, czy dlatego, że jestem nietypową kobietą, ale nadal trzeba mi dowodów...

Całość postnego dnia zwieńczyła wieczorna migrena. 
Cieszę się, że nazajutrz wracam do pracy. A i odezwę się chyba do wszystkich znajomych, którzy dzwonili do mnie o przysługę.
Jeszcze jeden postny dzień, a skończyłabym w zakładzie dla obłąkanych albo raczej plantacji stokrotek. Zamiast nawozić rośliny, zrywałabym kwiatki i wyrywając płatki, pytałabym retorycznie - kocha? Nie kocha? Kocha? 

Mimo wszystko od raz podjętej decyzji nie uciekam. 
Nie zapytam Pana Zbyszka o jego zaangażowanie uczuciowe. 
Jeśli w przeciągu paru dni żaden post nie pojawi się na tym blogu, szukajcie mnie tam, gdzie rosną i pachną stokrotki.

środa, 6 kwietnia 2011

Skąd wiemy, że to już To

Gdy Wam powiem - przebiśniegi,
powiecie - przedwiośnie.
Gdy Wam powiem - kwitnąca forsycja,
powiecie - wiosna!

Egzamin zaliczony. Piątka z plusem.
Ale co to za sztuka zgadnąć, że mamy wiosnę?! Daje znać o swojej obecności nachalnie niczym akwizytor tanich perfum. Poznać ją głównie po ilości zakochanych par przechadzających się po parku. Wszyscy chodzą uśmiechnięci, jak gdyby Rząd Polski miał skład sympatyczniejszy, niż tania pasztetowa. Ci, którzy są amatorami przechadzek wśród zieleni, a nie mają nikogo do trzymania za ręce, zawsze mogą trzymać smycz na psa. Albo raczej psa na smyczy. Ja nie mam, ani zwierzaka, co warczy, ani takiego, co miauczy. Mam tylko Pana Zbyszka. Co ja piszę?! Jak to go "mam"? Czasem mam jego palec... Ale to nawet nie dłoń. Co tu dużo mówić o całym Panu Zbyszku... Czasem mam wrażenie, że już przynależymy do siebie. Wrażenie bywa bardzo mylne. Szkoda, że Pan Zbyszek nie daje mi tak wyraźnych znaków jak Pani Wiosna. Wiem, wiem, faceci są mało wylewni. Skąd mam jednak wiedzieć, czy z jego strony nasza znajomość wygląda tak samo jak z mojej? Oczywiście, że wygląda inaczej, choćby dlatego, że on jest dużo ode mnie wyższy.
Ale czy jemu również na mnie zależy?
Cholera, już całkiem sporo żyję na tym świecie, a nie potrafię odpowiedzieć sobie na banalne pytanie - 
jakie są oznaki zakochania? 
...
?

No więc wybrałam się do tego parku poprzyglądać się gołąbkom. Tym ludzkim, ma się rozumieć.  By podpatrzeć, w głównej mierze, jak gruchają panowie. Na nos włożyłam duże ciemne okulary, co by nie było widać mojego ostentacyjnego spojrzenia. Jak zaznaczyłam wyżej, nie miałam co ani kogo trzymać za rękę, kupiłam więc loda w rożku. Tym smakowitym sposobem doskonale wtopiłam się w tłum. Ponad połowa z zakochanych spacerowiczów zajadała się zimnymi deserami. Oczywiście nie był to jedyny powód, dlaczego i ja skusiłam się na lody. Generalnie,  należę do tego gatunku ludzi, który, gdy tylko temperatura podniesie się powyżej zera, już tęsknią za zimnem. Za lodami, znaczy się. Dlatego ostatnimi czasy wybieram lody na poobiedni deser, potem na podwieczorek, a i zdarza się, że na kolację. 
Trochę zboczę z tematu, ale muszę powiedzieć coś nie coś o efektach ubocznych takiej diety... No właśnie, dieta! Otóż, efektami ubocznymi zajadania się lodami są... boczki! Niesforne coś, co obrasta kości biodrowe. Rubens by piał z zachwytu, ja, co najwyżej, toleruję. Jako że mamy WIOSNĘ i kilkuwarstwowego odzienia koloru czarnego nie przystoi zakładać, toleruję coraz mniej. 
Dlatego, gdy wróciłam po wyprawie śledczej z parku pełna ciekawych wniosków, postanowiłam sobie dogodzić i przygotowałam Sałatę Wiosenną. Jako że wnioski, do których doszłam nie były koniecznie słodkie wybrałam do niej grejpfruta. A jako że niekoniecznie były też łatwe do przełknięcia, postawiłam na rybę z ościami, czyli makrelę. Oczywiście moje wybory motywowane były też przepisami dietetycznymi (jej, brzmi, jakbym zamieniła się w Gillian McKeith).


Grejpfruty, tak wyczytałam, to taka miotełka dla sadełka. A białko rybie, tak wyczytałam, wspaniale wpływa na metabolizm. Z pozostałymi składnikami nie było większego problemu. 
Pomidory, rzodkiewki, imbir, oliwa z oliwek, ocet balsamiczny, pietruszka, no i SAŁATA, ach sałata, sałata...  - wszystko to brzmi niezwykle świeżo, lekko, wiosennie. Od samego pisania tych nazw, czuję redukcję moich boczków. Może od patrzenia faktycznie się one zmniejszą? Jak myślicie? 



Myślcie sobie, co chcecie, ale fakt, że wszyscy przechodzą na dietę, jest najbardziej (dużo bardziej, niż plaga lodożerców i zakochanych) niezawodnym znakiem, że mamy wiosnę w pełni! Całe to myślenie o tym, że wkrótce trzeba będzie pokazać  się w bikini, przemienia nas w bezwzględnych pochłaniaczy roślin.
A swoją drogą, podobno właśnie też podjęcie wysiłku odchudzania świadczy o stanie zakochania u faceta. Gdzie ja to czytałam... Mniejsza o to, muszę koniecznie dowiedzieć się, czy w menu Pana Zbyszka przeważają warzywa i woda. Najlepiej niegazowana! 


Dieta oznaką zakochania? Bynajmniej mamy już jakiś pewnik. 
Moje własne wnioski wysnute z wnikliwej (na tyle, na ile się dało) obserwacji wcale nie są takie jednoznaczne. Niby każda z par działała podobnie, to znaczy całowała się, tak jakby zaraz miał nastąpić uroczysty Koniec Świata i to był ich ostatni buziak. Ale to właśnie budzi mój niepokój oraz powoduje, że moje wnioski nie są wcale dla mnie takie optymistyczne. Jeśli im bowiem zaufać (podobnie, gdyby zaufać "M jak miłość") to musiałabym z goryczą przyznać, że Pan Zbyszek czuje do mnie tyle sympatii, co do schabowego leżącego przed nim na talerzu. Tak, to oznacza dokładnie to, co myślicie. Ja i Pan Zbyszek prawie się nie całujemy...

Czy to znak, że on we mnie nie jest zakochany?  



Ech, to całe tropienie znaków już mnie zmęczyło... Zamiast iść po kolejną porcję lodów albo zabawę w podglądanie innych, może powinnam spotkać się z Panem Zbyszkiem osobiście i zwyczajnie go zapytać, co czuje?





niedziela, 3 kwietnia 2011

PSOTY, posty, znaczy się...


Jeśli Ty, który to czytasz, jesteś brodatym mnichem, który na obiad je obierki z starych ziemniaków, odejdź stąd daleko.
Bo to nie będzie postny post.
Będzie o pokusach.

Powodów jest kilka. 
Po pierwsze, za taką tematyką przemawia tytuł tego bloga.

Po drugie, mamy czas Postu. A z czym innym kojarzy się post, jak nie z pokusami właśnie.

Jest też trzeci powód.
Otóż jestem kobietą wyzwoloną i piszę o czym chcę.

Pokusa to nic innego, jak coś paskudnie znęcającego się nad naszą wolą. Niestety to prawda, że trudno jej się oprzeć. Zwłaszcza takiej, jak ta poniżej. 





Jeśli wierzyć starochrześcijańskim podaniom, to każdy demon ma imię. Ten tutaj zwie się truflami czekoladowymi. Ech, nawet nie ma co z nim walczyć. 
Co sprawia, że paskudnik jest tak trudny w zwyciężeniu? Jestem głęboko przekonana, że jego siła tkwi w serku mascarpone. 
Nie wiem, czy nie działam teraz jak jakiś mały psotnik, ale zamierzam powodzić Was nieco na pokuszenie i zdradzić przepis na te łakocie. Ciekawe jaką siłą woli się wykażecie, znając przepis. Do popełnienia grzechu zjedzenia całego talerza trufli, pozostanie już wtedy dosłownie jeden krok (wykonanie) a potem już tylko jeden kęs.. Mmm... Pałaszowanie.


Czy 20 trufli to już grzech ciężki?
Z pomocą miejscowego kaznodziei albo znajomego czekoladożercy konesera, spróbujcie to osądzić sami. W każdym razie ja tu tylko podaję składniki. Oto i one:
- dwie tabliczki czekolady ( zawartość kakao 70%)
- 200 g serka mascarpone
- 50 g twarogu
- odrobina mleka
- 2-3 łyżki kaszy manny- kilka kropel olejku karmelowego
- dwie łyżki cukru (tylko wtedy, gdy samych siebie naprawdę lubimy wodzić na pokuszenie)
- szczypta kardamonu
- 4-5 łyżek gorzkiego kakao

Naszą pracę... jaką, u licha, pracę?! Przecież wyrabianie trufli to czysta przyjemność! A więc zaczynamy ją od rozpuszczenia w gorącym mleku czekolady. Roztapiająca się powoli czekolada to jeden z piękniejszych widoków, obok zachodzącego słońca, czy też męskich pleców. 
Dodajemy do niej łyżkę kakao oraz olejku karmelowego. Zapach tak obłędny, jak ten, jaki wydzielają świeże truskawki z babcinego pola. Następnie, by masa była gęstsza i bardziej zwarta, dodajemy nieco kaszy manny. A jeśli ktoś woli ją słodszą, niech nie krępuje się dodać i cukier. Rozkosznie jest patrzeć, jak to wszystko znów tężeje. 
Równie miłe memu oku jest zerkać, jak kolejno masa czekoladowa łączy się leniwie z tłustym mascarpone. 
Teraz cała nadzieja na udane trufle spoczywa w energii naszych rąk. Trzeba wszystko dokładnie wymieszać. A następnie grzecznie odstawić do lodówki oraz... czekać.  Wiem, nie lubimy tego słowa. 
Ach, co to za pokusa - wiedzieć, że w lodówce kryje się czekoladowa masa, a mimo to czekać, by uformować z niej dwadzieścia małych kuleczek obtoczonych w kakao. 
I chyba właśnie ten ostatni krok jest najtrudniejszy. Mój trik na zgrabne kulki? Smaruję ręce czymś tłustym (masło, olej, oliwa) i co jakiś czas płuczę w zimnej wodzie. 
Tak wykonane kulki wkładamy raz jeszcze na (co najmniej) godzinę do lodówki. Znowu - cierpliwości!



Myślę, że trufle kuszą właśnie tym, że wymagają cierpliwego działania. Nie są łatwe.
Z truflami, zupełnie jak z kobietami. Kuszą niekoniecznie te w kusych spódniczkach, ale te, które są trudne do zdobycia. Co, do których trzeba poczekać, by je posmakować.

Nie jestem głosem płci brzyd... męskiej, ale wiem (może właśnie tym bardziej), że kobieta stanowi nie lada pokusę dla faceta. Śmiem twierdzić, że większą, niż wszystkie trufle świata razem wzięte.
Kobieta, jeśli tylko ma minimum świadomości, jak uwodzić faceta, ma go w garści, a jeśli nadto ma jeszcze trochę tupetu, by tej wiedzy użyć,  ma go na całe życie.
Pisałam, że kuszą te, które są niełatwo dostępne. Ale czym jeszcze kusi kobieta? I jak?

Naprawdę myślicie, że zdradzę nasze tajemnice?
Już widzę, jak zlatują się tu hordy mężczyzn głodnych wiedzy, jakież to sztuczki stosujemy, że tak, a nie inaczej działamy na naszych absztyfikantów.

Jeśli zaś zachowam post milczenia i nie pisnę ni słówka, zwabię tu tylko głodnych trufli łasuchów.

Zatem - panowie, obejdźcie się ze smakiem, łasuchy- smacznego! I nie martwcie się, z przyjemnością daję dziś wszystkim rozgrzeszenie na te małe czekoladowe szaleństwo.